Weekendowy turysta

Wyjazd w Tatry kojarzy się na ogół z kilkudniowym przyjazdem w czasie urlopu, lub wakacji. Przyjezdni mają do wyboru - albo zakwaterowanie w Zakopanem, lub jego pobliżu, albo noclegi w schroniskach. Każdy wybiera to, co lubi. Bierze pod uwagę różnice warunków pobytowych i ceny. A jeśli chce się przyjechać tylko na dwa dni? Mnie niekiedy nachodzi taka potrzeba. O jeden nocleg nie jest łatwo. Poza tym, ktoś może zapytać, czy warto na tak krótki okres przyjeżdżać? W tym momencie nie chcę oceniać, co jest lepsze, czy warto? Chciałbym jednak, aby moja krótka relacja pobudziła do pewnych analiz.

... Właściwie przyjechałem nocnym pociągiem bez żadnych planów. Najważniejsze było to, aby dotrzeć do tego miejsca. Patrzałem z moreny na falujące, złocone słońcem wody Morskiego Oka i falujące w nim odbicia przeciwległych pionowych, skalnych ścian. Gdzie pójść dalej?

Wszędzie było blisko. Wszędzie pięknie. Wszędzie już byłem, ale chciałbym wszędzie jeszcze raz pójść.

Na Rysy, jak dla mnie nie więcej niż trzy godziny. Może Mięguszewiecka Przełęcz, albo Szpiglasowa? A może zdecydować się, gdzieś poza szlak? Wyruszyłem, przed siebie. Aby do góry. Nie myślałem, czy dojdę na szczyt lub grań, czy też nie. Czy to takie ważne? Szedłem i wkraczałem w utęskniony świat. Znane były mi widoki i znany niemalże każdy kamień. Nareszcie byłem znowu "u siebie". Mięło już pół roku od chwili, gdy ostatnio moje oczy i stopy miały kontakt z tymi miejscami. Tęskniłem za tym światem....

... Usiadłem w cieniu skały i popatrzałem z góry na tych, którzy kłębili się poniżej. Popatrzałem na tych, którzy dotarli do schroniska, z jakiejś podtatrzańskiej miejscowości. Mieli zapewne wspaniałe kwatery. Nie spali tak jak ja na glebie, ale zapewne śmierdzieli już potem tak jak ja. Podejście dało im się we znaki. Zapewne spoglądali w kierunku, gdzie siedziałem wśród nachylonych na zboczu traw i kłaniającym się nad mą głową skalnych nawisów. Pewnie widzieli zarys gór. Nie starczało im jednak sił lub czasu, by wejść w świat tatrzańskiej, przepięknej przyrody....

... Leżałem sobie w trawie pod pionową skałą i patrzałem jak ostatnie osoby schodzą ze szlaku. Ostatnie promienie słońca ogrzewały mą sylwetkę, podczas, gdy w dolinie cień zalewał już wszystko. Miałem czas. Oni do schroniska mieli jeszcze kawałek drogi, a później jeszcze zejście na kwaterę. Tam czeka na nich kolacja i bielutka pościel. Na mnie - zamówiona jajecznica, lub proszkowana zupka z ostatnim kawałkiem suchej kiełbasy i własny śpiwór leżący w kącie korytarza. Byłem jednak szczęśliwy. Było mi tu dobrze. Wcale im nie zazdrościłem. Przecież to lubię. Przyjechałem na dwa dni, aby oderwać się od życia codziennego. Wiedziałem, że gdy wrócę do domu, żona przygotuje mi coś dobrego. Wie, co lubię. Tu jednak lubię to, co mam. Tu wystarczały mi góry w zasięgu ręki. Tu wystarczała mi ostra skała i łyk rześkiego, czystego powietrza....

... Przed schroniskiem stało kilka osób. Wszyscy podobni do mnie. Nie rozmawialiśmy o niczym innym, jak o górach. Telewizora i gazety nikt nie widział od kilku dni. Wszyscy żyli tylko tym, co nas otaczało. W tym momencie ważne były tylko mrugające światełka gwiazd gdzieś ponad Mnichem i dzisiejsze minione wrażenia jakie pozostały we wszystkich zmysłach i pamięci. Wiatr spływał z grani pieszcząc delikatnie twarze zmęczonych, chętnych do górskich wspomnień nowych znajomych. Wieczór był długi. Do tego miejsca nie docierały żadne odgłosy z dołu. Nie widać było żadnych "szyb niebieskich od telewizorów"....

... Było trochę twardo, ale ciepło śpiwora stwarzało warunki prawie domowe. Duszne powietrze, a właściwie zaduch spoconych butów, zatykało nozdrza, ale to nic. Szum kołyszących się na wietrze świerków rosnących tuż za oknem kołysało mnie do snu.

Z góry przez okno zaglądały do mnie gwiazdy. Gwiazdy inne niż te w dolinach....

... Wstałem bardzo wcześnie. Lubię tak wstawać, chociaż niekoniecznie tak wcześnie wychodzić na szlak. Wychodzę wtedy przed schronisko i patrzę. Niekiedy widzę góry w pierwszych promieniach słońca, a niekiedy spowite gęstą mgłą. Ja jednak i tak je widzę, bo są to "moje" widoki. Niekiedy, gdy pada deszcz wsłuchuję się w krople wody i czekam, by, choć na moment ukazały mi się znajome wierzchołki. Wsłuchuję się w wiatr wiejący z grani i ciszę, jaką przyniósł poranek. Gdy nad wierzchołkami złoci się niebo, planuję sobie wyjście. Może tu.... może tam.

Tego poranka było przepięknie. Ptaki już dawno swym głosem dawały znać, że będzie piękny dzień.

Trzeba go wykorzystać, bo wieczorem wsiadam do pociągu i wracam do ... ach....

Mariusz

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com