Droga na Rysy - relacja Pakula sierpień 2013

Plan wypadu był następujący:
Palenica -> DPSP -> Świstowa Czuba -> MOK (nocleg) -> Rysy -> Pod Chłopkiem -> MOK (nocleg) -> Szpiglasowy Wierch -> DPSP -> Palenica


W trasę miałem ruszyć we wtorek (20.08) lecz ze względu na pewne opady w całym kraju wystartowałem w środę. Była to dobra decyzja ze względu na pogodę jak i ostatecznie udana próbę rezerwacji noclegu w schronisku, po przeszło tygodniowych staraniach. Do Zakopanego docieram PKS niestety dopiero po 12, do tego wita mnie ściana deszczu, co nie napawa optymizmem, chociaż wg prognoz od popołudnia pogoda ma się poprawiać. Po 13 docieram do Palenicy, przebieram się, „uszczelniam” plecak (ewidentnie muszę w końcu zakupić pokrowiec przeciw deszczowy) kolo 14 wkraczam do Parku i rozpoczynam swój treking: )

Pierwszego dnia moim celem jest schronisku MOK gdzie planuję spędzić dwie najbliższe noce. Chcąc potraktować ten dzień jako rozgrzewkę wybrałem trasę przez DPSP i Świstówkę. Podobno ma to być spacerek, więc w sam raz. Trasa faktycznie łatwa, w ładną pogodę pewnie nawet przyjemna i możliwe, że z ładnymi widokami. Mnie niestety było dane iść w ciągłej mżawce z dość przeładowanym plecakiem i naprawdę kiepską widocznością. Droga ze względu na pogodę dość monotonna i raczej samotna. Po minięciu schroniska w DPSP gdzie zatrzymałem się na zupkę, nie spotykam już nikogo aż do MOKa. Ze względu na aurę wykonałem tylko parę fotek. Niemniej były dwie sytuacje o których warto wspomnieć.
Zatrzymując się przy Małym Stawie byłem porażony panującą tam ciszą. Całą drogę słychać było padający deszcz, szum wody, jakieś ptaszki czy chociażby wiatr. Natomiast tutaj panowała kompletna cisza, której efekt był spotęgowany ograniczoną widocznością. Słyszałem tylko swój oddech i zadałem sobie dość hmm dziwne, pytanie. „Czy osoby głuche słyszą swój oddech?”. Na szczęście kaczki urzędujące przy brzegu zweryfikowały moją umiejętność słyszenia: P Ruszyłem dalej,
W okolicy Świstowej spotkałem dość odważnego ptaszka, który nie dość, że nie odleciał na mój widok, to dalej bez skrępowania zażywał prysznica pod mchem a i prawie mnie dziobną za próbę dotknięcia go: P Niestety wyjmując aparat, zaszeleściła mi butelka i ptaszek zniesmaczony pokicał w zarośla.
Po 18 docieram do okolic schroniska. Tam zostaje przywitany przez dwie dość roześmiane pracujące tam Panie. Na wstępie pytają mnie się, czy nie przyjechałem samochodem. Bo jeśli tak przestrzegają bym uważał na kluczyki, ponieważ dzisiaj jakiś Pan dopiero na parkingu na Palenicy zdał sobie sprawę, że zostawił kluczyki w schronisku, a to psikus: P Mnie jednak takie niebezpieczeństwo nie dotyczy. Idę się zameldować, rozpakować, zjeść umyć i spać, ponieważ trzeba wcześnie wstać. Przewidywane pobudka o 4 rano. Ma nadzieje, że jednak do jutra się wypogodzi. Coś na sen, stopery, zasłaniam oczy i śpię.








Budzę się po 2 co mnie wcale nie cieszy... Czekam do tej 4, gdyby poprzedni dzień był suchy i ładny to może i już bym się zebrał. Oczywiście przed samą 4 łapie mnie spanie i stwierdzam, że nie dam rady tak wcześnie wstać LOL no ale 15po jestem na nogach. Miałem brać zimny prysznic ale było w środku na tyle chłodno, że zrezygnowałem z tego. Obmywam twarz, jem śniadanie, robię zapasy, piję gorącą Yerbe. Plecak wypycham śpiworem, wrzucam kurtkę, polar,jedzenie i wodę. Ostatecznie wychodzę równo ze wschodem słońca – 5.40 z czego jestem dość niezadowolony... Niestety organizm nieprzyzwyczajony do takich godzin nie ruszył z metabolizmem, ale ile można czekać... więc ruszam na wariata: P Mój cel na dzisiaj to Rysy oraz Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem.
Jest jeszcze szarawo, nikogo nie ma ani nie słychać. Pierwszy raz jestem o takiej porze w górach, pierwszy raz też jestem w nich sam. Hmm podoba mi się. Ruszam.
Jest dość rześko, sucho, widać przebłyski nieba. Rezygnuje z grubszego ubrania idę tylko w termo koszulce którą kupiłem przed wyjazdem. Świetnie się sprawdza, poprzedni dzień mimo lekkiego deszczyku też przewędrowałem tylko w niej. BodyDry - Bionic , polecam: ) Czarny Staw osiągam dość szybko, w drodze migną mi czerwony plecak, więc ktoś idzie już przede mną. Faktycznie pod stawem spotykam odpoczywającą parę. Chwile gadamy. Dowiaduję się, że mieli ruszyć już o 3.30 ale była taka gęsta mgła, że czołówki nic nie dawały. Dzień wcześniej jakaś kobieta w schronisku mówiła, że w okolicy jest niedźwiedzica z małymi. Nie chcieli ryzykować bliskiej konfrontacji więc ruszyli po 5. Nie dziwie się im i rozumiem. Życzę powodzenia i lecę dalej. Po paru chwilach uśmiech maluje mi się na twarzy bo widzę dwa namioty, a 3min wcześniej słuchałem o niedźwiedziach. Poranna dawka czarnego humoru hehe: P Na szczęście chłopaki właśnie wychodzą z namiotów. Gratuluje im, że żyją, opowiadam o niedźwiedziu. Troszkę się wystraszyli: P przy okazji dowiaduje się, że jestem dziś pierwszy na szlaku, co mnie niezmiernie cieszy. Lece dalej. Zostawiam Staw za sobą i rozpoczynam podejście na Rysy.
Na początku widoczność jest raczej słaba. Nie wiem czy to za sprawa mgły czy na tej wysokości już chmur. Na szczęście kamień jest w miarę suchy i powiewa delikatny wiaterek. Trochę się męczę... słabo się wyspałem. Niemniej droga jest przyjemna i zaczyna się przejaśniać. Moim oczom co raz pokazują się szczyty nade mną, dostrzegam mój cel podróży i po jakimś czasie piękne widoki na Stawy za mną. Napotkana para została daleko w tyle albo słabo im idzie albo mam dobre tempo. Dochodzę do pierwszych łańcuchów. Po chwili namysłu, ze względu że mam naprawdę zajawkę, zacząłem chodzić na ściankę itp. podejmuję decyzję iż zdobędę Rysy bez używania łańcuchów. Oczywiście w miarę możliwości. No to się wspinamy. Z każdym metrem pogoda się nie tyle co poprawią ile ja jestem coraz bliżej nieba. Z widokami poniżej bywa różnie. Dostrzegam w dali pojedyncze osoby, zmierzająca tam gdzie ja. Wspinaczka bez łańcuchów i z dużym plecakiem jest troszkę mozolna, kamień momentami jest mokry. Ostatecznie jednak nie napotkałem większych problemów, jedynie przechodząc odcinek granią asekuruję się łańcuchami, ponieważ nie ma co bezsensu ryzykować. W tym miejscu spotykam też trzech starszych Słowaków którzy jako pierwsi zdobyli dziś Rysy od Ich strony. Wymieniamy pozdrowienia, mijamy się i każdy rusza w swoją stronę. Tym sposobem rażony promieniami słońca docieram na szczyt – jest 9.00 Jestem szczęśliwy i dumny z siebie, przez chwilę jestem sam. Odpoczywam, cieszę się. Dosłownie 3-5min po mnie na szczyt wpada starszy Pan, który dość intensywnie mnie gonił, a nawet obawiałem się, że mnie przegoni: P Okazało się, że wyprzedził kilkanaście osób i od Czarnego Stawu dotarł tu w niecałe 2 godziny, szacunek. Trochę pogadaliśmy, porobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia. Było naprawdę zimno, wg prognozy odczuwalna -2C. Opatulony we wszystko co miałem, trochę odpocząłem, zjadłem porcje wędzonego boczku, napiłem się Yerby. Zbierało się coraz więcej ludzi, trochę jeszcze pogadałem, pocykałem ludziom fotki i o godzinie 10 zacząłem się kierować w dół. Na szczęście na łańcuchach było jeszcze mało ludzi, skała była sucha i dość szybko pokonałem ten odcinek. Później zaczął się koszmar: P Pomijając już łańcuszek ludzi, poniżej łańcuchów zrobiło się dość mokro i dla mnie naprawdę ślisko. Albo ze mnie jest taka łamaga albo twarda podeszwa Vibram tragicznie się sprawdza na mokrym kamieniu. Jakikolwiek w miarę równy i lekko nachylony w dół kamień mroził mi krew: P parę razy prawie wyrżnąłem i nawet lekko się poharatałem... Dość sporo ludzi mnie mijało, cóż. Po dotarciu już do suchych rejonów, tempo od razu się polepszyło i przegoniłem co poniektóre z tych osób. Na suchym terenie podeszwa sprawuje się idealnie, nie ma szans na jakikolwiek poślizg itp. jednak schodzenie po mokrym to gehenna, której już niejednokrotnie doświadczyłem. Oczywiście są to moje subiektywne odczucia i w rzeczywistości może faktycznie jestem ciapą: P



























O 12.30 dotarłem do Czarnego Stawu, więc mimo wszystko czas nawet spoko. Cały dzień przede mną. Dostałem info, że popołudniu może się zrobić trochę pochmurnie ale bez deszczu. Byłem dość głodny ale postanowiłem posilić się już na trasie do Przełęczy, ponieważ przy stawie było tłoczno i było tam sporo ludzi, że tak powiem nie na miejscu. Schodząc z góry także spotkałem nie jedną taką osobę.
Po około 15min wdrapałem się na jakąś trawiastą półkę skalną zastanawiając się czy to jest owa „koleba” o której czytałem. Później okazał się, że nie: P Mimo wszystko w tym miejscu posiliłem się chwilę, odpocząłem itp. Po drodze minąłem parę osób a jedząc, minęła mnie grupka osób w adidaskach, co mnie troszkę zdziwiło, bo podobno to mało uczęszczany szlak. Podjadłem, ruszam dalej. Osiągając potoczek gdzie rozpoczynała się jako taka wspinaczka hmm zafascynował mnie ten szlak. Niestety po przekroczeniu owej przeszkody, robiło się z każdym krokiem coraz wilgotniej i „ciemniej”. Nie wiem czy to mgła czy chmury. Mijając 10 osób tylko 2 były na przełęczy reszta zrezygnowała, ponieważ nic nie widać i jest naprawdę ślisko, niebezpiecznie. No ale nie ma to jak własna ocena, postanowiłem to mimo wszystko sprawdzić: P miałem cichą nadzieję, że się jeszcze przejaśni i poszedłem dalej. Teraz wiem, że to był już błąd. Zaczęła się cicha dość żmudna samotna wspinaczka. Z każdą chwilą widoczność była coraz gorsza i w pewnym momencie odwracając się za siebie nie dostrzegałem już znaczników, trochę się wystraszyłem, bo jest się tam gdzie zgubić... Spotykam parę osób a przed samymi klamrami ekipę 3 osób która właśnie „rozwiązuje” się ze wspólnej asekuracji (jak na lodowcach, jak to się nazywa hm?). Wszyscy oni byli na Przełęczy ale jeszcze jak była pogoda. Ostatecznie pokonałem wszystkie klamry, chociaż jeden punk naprawdę tylko przez siłę, bardziej się wciągnąłem. I wtedy już naprawdę się wystraszyłem, ponieważ stwierdziłem, że nie dam rady zejść, jest tak mokro... a jak mi się uda to się zgubię. Przed wyjazdem na nieświadomce obejrzałem „Czekając na Joe” co mnie jeszcze bardziej podkręciło. Zaraz natrętne myśli „Każdy myśli, że jego to nie spotka”...: P No ale jako, że już i tak nie dam rady zejść, pozostaje mi tylko iść dalej: P No to idę... Po dosłownie 3min spotykam schodzącą parę. Wydawali się dość ogarnięci Chwilę rozmawiamy, ostatecznie pytam się czy mogę z nimi zejść, ponieważ boję się, że później się zgubię itp. Nie mieli nic przeciwko, tak więc już prawie u celu, przekroczywszy najgorszy moment, postanawiam zawrócić. Sam nie wiem jak to skomentować. Po drodze, minęliśmy parę osób które się kierowały dalej na przełęcz, nawet jakaś dziadzia mnie wykpiła...: P cóż. Ludzie do których się podpiąłem byli bardzo mili. Okazało się, że to ich podróż poślubna; d Dotarliśmy razem aż do Czarnego Stawu. Naprawdę miła droga. Podziękowałem bardzo, zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia i ich opuściłem nie chcąc się bardziej naprzykrzać,
Miałem trochę moralniaka, chociaż z drugiej strony byłem w jakimś sensie dumny z siebie, że jednak sobie odpuściłem. Ostatecznie wiem, że dobrze zrobiłem i wiem, że będę musiał tam wrócić tylko w pewną letnią pogodę. Gdybym mimo wszystko tam dotarł, już pewnie nie wrócił bym do tego miejsca. Nie ukrywam, że naprawdę się wystraszyłem i aż mi ulżyło kiedy klapnąłem bezpiecznie na kamieniu przy stawie, było chyba po 15.



Dalej to już spacer do schroniska. Spotkałem ludzi którzy spali tam zeszłej nocy. Pogadaliśmy, dość się pośmialiśmy. Poprzedniego wieczora czułem się troszkę samotny będąc już w schronisku. Dzisiaj większość ludzi przełamało lody. Każdy z każdym gadał, opowiadał i śmiał się. Idąc do schroniska myślałem tylko o tym jaki jestem głodny, że się umyje i idę spać. Ostatecznie minęło parę godzin zanim zacząłem robić cokolwiek kolo siebie: P Zasnąłem koło 22.


Koło 7 wstaje pakuje się, jem itp., po 8 ruszam. Koło 14 chciałbym być już w Zakopcu, umówiony jestem ze znajomymi. Wpadam do nich na jedna nockę do Niżnej Bańskiej, siedzą już tam prawie tydzień. Z tej racji plecak swoje waży. Normalne ubrania, dodatkowe buty, nawet litr pigwówki się tam znajdzie; P Dzisiaj kieruję się na Szpiglasowy Wierch, dalej na DPSP i na Palenicę.
Pogoda jest dość ładna, ludzi już troszkę dookoła. Mimo to prawie nikt nie kieruje się na żółty szlak. Droga dość przyjemna, chociaż mam chyba lekki kryzys fizyczny. Żegnam się z okolicami Morskiego Oka i ruszam w drogę powrotną. Mnich przykuwa uwagę i robi na mnie dość duże wrażanie. Słychać taterników, chyba komuś wspinaczka nie idzie, bo ktoś kogoś dość intensywnie pogania i każe iść dalej: P Niestety nikogo nie dostrzegam. Droga do Wrót Chałubińskiego wydaje się ciekawa i tajemnicza... Tym bardziej, że nikt się tam nie kieruje. Natomiast dostrzegam coraz to nowe osoby kierujące się pod Mnicha. Do Szpiglasowej przełęczy nikogo nie spotykam, raczej się męczę więc i troszkę fotek popstrykałem. Pod Wierchem spotykam dość dużą odpoczywającą ekipę, którą było widać wcześniej na szczycie. Zagaduje, pytam się czy mógłbym zostawić im na chwile plecak, ponieważ chciałbym chociaż troszkę przyjemności mieć z tego całego wypadu: P tak więc biegnę „wolny” na szczyt. Parę fotek, schodzę na przełęcz i dziękuje za popilnowanie plecaka. Oni ruszają dalej do Piątki ja postanawiam się posilić i tym sposobem wyczerpać zapasy. Tak więc wędzony boczek, pomidor itp. Ruszam. Na łańcuchach zrobił się mały korek, schodzi się oczywiście kiepsko do tego wszystko jest jeszcze mokre. Dość ciekawą sceną było to, że kiedy „My” mijaliśmy się, przepuszczali, wdrapywali czy zdrapywali. Dwóch panów jak by nigdy nic, nawet nie przerywając rozmowy, przeszło przez cały ten odcinek z głowami zadartymi do góry, nie zwracając nawet na nachylenie terenu itp. Było to dość ciekawe i hmm motywujące: P Sam jednak postanowiłem nie rezygnować z asekuracji i jakoś się stoczyłem z tym plecakiem na dół: ) Doganiam tamtą ekipę i mimowolnie się podpinam: P Po chwili okazuje się, że jedna z dziewczyn jest fizjoterapeutką tak więc jako, że sam jestem masażystą, docieram z nimi prawie pod samo schronisko, paplając ile wlezie: P W schronisku skosztowałem szarlotki, która jak się dowiedziałem od starszej Pani do której się przysiadłem, wcale nie jest taka dobra: P Dzisiaj omijam Siklawę i czarnym szlakiem kieruję się do Wodogrzmotów, Zakopanego itp. Dalej nie ma już co opowiadać. Coraz więcej ludzi w adidaskach, balerinkach itp. Już raczej rezygnuje z witania się ponieważ niektórzy, aż dziwnie na mnie patrzą: P Oooo warto jeszcze wspomnieć o chłopakach którzy spali pod Rysami. Byłem troszkę w szoku ale okazało się, że byli to „kamikadze w japonkach”. Nie mieli plecaków tylko torby itp. a na rysy wybrali się po 11, spotkałem ich schodząc na dół. Cóz, tak czy siak mieli fajna przygodę.






































Hmm można by powiedzieć, że już koniec. W Zakopanym zaliczyłem jeszcze Gubałówkę, itp. W Bańczy troszkę poszalałem: P i w Sobotę po 20 byłem w domu. Przyznam się, że zakwasy dalej mam i to cholerne...: P

Podsumowując cały wypad. Jestem raczej zadowolony. Pogoda w miarę dopisała, jedynie z tym Chłopkiem miałem przygodę: P Sam szlak na Rysy łatwy i przyjemny, z zejściem na Słowację naprawdę musiał by być fajny wypad. Oczywiście start jak najwcześniej. Także odwrotny układ tj. Szpiglasowy -> MOK -> Świstowa wydaje mi się jednak trafniejszy i przyjemniejszy. Pierwszy raz byłem w górach sam. Jestem dość pozytywnie zaskoczony i pewnie jeszcze nie raz będę tak wędrował. Tutaj na forum ktoś raz napisał. Hmm „Idąc samemu poznaje się ludzi, idąc z kimś raczej od nich stroni” czy jakoś tak: P całkowicie się z tym zgadzam: )

Pozdrawiam wszystkich i życzę udanych wypadów. Mam nadzieje, że opis będzie w miarę do przetrawienia. Nie jestem raczej zwolennikiem takich rzeczy jak i nawet pykania fotek: P ale jak już chce być tutaj z Wami hmm nie ma nic za darmo: p


Pozdrawiam, Pakul , yo: )

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com