Elbrus - najwyższy szczyt Kaukazu

Elbrus - bo to o nim będzie pisane

Masyw Elbrusa położony jest w centralnej części łańcucha Wielkiego Kaukazu, 11 km na północ od głównej grani, która stanowi aktualnie granicę z Gruzją.

Góra jest wygasłym wulkanem, którego ostatni okres aktywności miał miejsce w czasach historycznych około połowy I w n.e. Na wysokości 3.700-4.000 m n.p.m. zaczyna się lodowiec, który ma powierzchnię około 138 km². Elbrus jest o około 1.500 metrów wyższy od otaczających go szczytów, co sprawia że jest dobrze widoczny ze znacznych odległości. Znajduje się tu ponad 50 lodowców o łącznej powierzchni ok. 144 km2. I tym samym nazywany bywa Małą Antarktydą

ELBRUS, Oszhomaho, (5642,7m n.p.m.) to najwyższy szczyt Kaukazu i zarazem najwyższy szczyt Rosji. Masyw Elbrusa ma dwa odległe od siebie o około 3 km wierzchołki: zachodni o wysokości 5642,7 m. oraz wschodni o wysokości 5621 m stąd niektórym widok ma Elbus skojarzy się z "Piersiami dziewicy". Inni podają, że: nazwa góry wywodzi się od perskiego słowa Alborz, które z kolei odnosi się do nazwy legendarnej góry Harā Bərəzaitī z perskiej mitologii. W językach karaczajsko-bałkarskich Elbrus nazywany jest Mingi Tau (ros. Минги тау), co oznacza „wieczną górę”. W języku czerkaskim określana jest jako Uashhemafe, co znaczy „góra szczęśliwości” bądź „błogosławiona góra”. W języku gruzińskim Elbrus nosi nazwę Ialbuzi

Ciut historii

Pierwszych udokumentowanych wejść dokonali: na szczyt zachodni
w 1874 r. angielska ekspedycja kierowana przez Florence’a Crauforda Grove’a, na szczyt weszli także Frederick Gardner, Horace Walker, szwajcarski wspinacz Peter Knubel oraz ich przewodnik Ahiya Sottaiev.
Jeśli chodzi o niższy wschodni wierzchołek, do dziś nie ma zgodności, kto go zdobył - Rosjanie twierdzą, że kabardyjski pasterz Killar Chaszirow (10 czerwca 1829 r.), a Zachód twierdzi, że szczyt zdobyła ekipa wspinaczy w składzie Douglas W. Freshfield, Adolphus W. Moore i Comyns C. Tucker pod wodzą francuskiego przewodnika Francois Dévouassoud .

Pierwszym Polakiem na wierzchołku góry był Jerzy Rudnicki w 1956 r.

Elbrus "przerasta" okoliczne szczyty, charakteryzuje się wyjątkowo zmienną pogodą, bardzo silnymi wiatrami jak i niskimi temperaturami. Rozległość góry w połączeniu z otaczającą bielą podczas niepogody powoduje duże trudności w orientacji.

Istnieje kilka (naście) dróg prowadzących na Elbrus.

Od południa idą "kolekcjonerzy szczytów" oraz wyprawy "medialne", jak i klienci biur, oraz emeryci i renciści. Normalny pasjonat górski wybierze (powinien wybrać) każdą inna drogę. Droga cywilizacyjna przez "złomowisko" to (wg mnie) tylko dla takich jak Mes.....r, Martyna ...... i innych pseudo górskich turystów.

Dla kolekcjonerów magia "Naj" przyciąga - toteż kolekcjonerzy zawsze wybierają najprostrzą, najłatwiejszą drogę (jakby "śmigło" mogło wylądować na przełęczy , to medialni z tamtego punktu by wychodzili na "kolekcjonerski szczyt", a tak muszą startować tylko z wysokość 4600-4700m

Trasa od południa

ujęcie z zasobów netu

Sam, niespodziewanie jako emeryt ruszyłem tą drogą, prowadzi ona z Azau. Dostępność kolejki sprawia, że szybko dostałem się na wysokość ok. 3500m, dalsza (już śnieżna) droga wytrasowana jest przez ratraki, bezpiecznie i z daleka omija strefy z groźnymi szczelinami. Górę (szczyt) można zdobyć pieszo lub na nartach, jednak większość skiturowców zostawia narty w rejonie "Skał Pastuchowa" a dalszą drogę pokonują w rakach.

Czy ta droga jest trudna?, skoro 13 września 1997r, załoga jadąca Land Roverem osiągnęła wysokość 5621 metrów (trzeba również powiedzieć, że momentami to auto było wciągane do góry). Rekord ten został odnotowany w Księdze Rekordów Guinnessa.

Wędrówka drogą normalną czyli „południową” (przy stabilnej i pewnej pogodzie) jest technicznie b.łatwa. Jest wyczerpująca, do pokonania mamy ok. 1500m przewyższenia (rejon Prijut leży na wysokości ok. 4100m), w połączeniu z wysokością, oraz ew.zmienną pogodą , na tę trasę musimy wyjść dość wcześnie.

Wejście na zachodni szczyt zajmuje 6 - 10 godzin, na zejście 3-6 godzin. Turyści „Medialni” (Mes...er, Martyna - zbieżność nazwisk, imion przypadkowa) mogą (i wyjeżdzają) wyjechać ratrakiem do "Skał Pastuchowa" na wys 4600-4700m, a zdarzało się , że ratrak dotarł do wys 5100m (podobno to jest max. w tym rejonie).

Po rzekomych incydentach w 2011 roku, zachodni turyści (czyt medialni upss. kolekcjonerzy) zmuszeni byli atakować górę tylko z północy (wschodnia jak i zachodnia również była zamknięta) czyli w 2011r wszyscy "kolekcjonerzy" szczytów - Elbrus odpuścili

Mniej popularna, ale warta polecenia droga od wschodu. Po powrocie z tej góry mam niedosyt, teraz wiem że na Elbrus różnymi wariantami poprowadzonych jest kilkanaście dróg. Jednak „medialni” wybierają tylko i wyłącznie tę jedyną drogę; południową (kto z czytających zna kogoś kto wszedł na tę górę inna drogą niż południową).

Elbrus jest najłatwiejszym szczytem, który przez głupotę Mess…….a „zaliczony został do „Korony Ziemi”(aczkolwiek niesłusznie uważa się go jako najwyższy szczyt) Europy, (Kaukaz nigdy nie był, nigdy nie będzie w Europie).

Mimo to, każdego roku na górze ginie kilkanaście osób. Głównym powodem tragedii (które dotyczą w 90% to obcokrajowców) w tym rejonie jest ….. pogoda, która w sposób naturalny skraca pobyt w regionie (czyt. skraca wizę), gdy brakuje czasu, to pośpiech „zbiera swoje żniwo” .

W rejonie Azau pogoda załamuje się dość często ( 4600-5500m ), ale symptomy tej zmiany są przewidywalne, także zawsze mamy czas zawrócić.

Jednak determinacja i wyraz „Naj” odbiera czasami ludziom rozum. Gdy widoczność spadnie praktycznie do zera, to i temperatura gwałtownie spada, następnie dochodzi wiatr, suma tych czynników sprawia, że do tragedii już tylko mały krok.

Tragedie (w 90% obcokrajowców) spowodowane są głównie faktem, że Elbrus jest górą bardzo eksponowaną i znajduje się dość blisko Morza Czarnego, co sprzyja zderzeniom ciepłych mas powietrza z zimnymi. Ostatni śmiertelny wypadek z udziałem Polaka oraz Irańczyka zdarzył się w marcu 2013r podczas nagłego załamania się pogody (ratownicy mówią co innego, owszem było załamanie ale ono było sygnalizowane od kilku dni, napiszę więcej - ogłoszono, że potrwa min. 3 dni). Jednak wyjście, pomimo ostrzeżeń, w nie najlepszych warunkach pogodowych, to pośrednio proszenie się o kłopoty (czyt. niepotrzebnej i głupiej tragedii).

Ale spójrzmy na to z drugiej strony? Paradoksem jest, że sami (pośrednio) jesteśmy sobie temu winni. Decydując się na podróż w rejon Elbrusa, musimy wystąpić do konsula o vizę (z 2-3tygodniowym wyprzedzeniem), oraz liczyć (w czasie naszego pobytu)na stabilną i dobra pogodę. Kto wykupuje miesięczna vizę ? , są tu tacy ? nie, każdy bierze 14 dniową i zrobi wszystko aby wejść na tę górę, dlatego kolejki, ratraki, to już "normal". Długa jak i kosztowna podróż, zmusza nas do działań tzw. „siłowych i skrótowych”, co czasami przekłada się na późniejszą porażkę. Skoro wydaliśmy tyle „kasy” załatwiliśmy „wolne” udało nam się zebrać ekipę, załatwić wszelkie pozwolenia, przepustki, Oviry itp. (im więcej tym lepiej), przejechaliśmy ponad 2000 km, to teraz mamy zawrócić, odpuścić górze?

Tylko dlatego, że pogoda nieciekawa, zmęczenie po podróży, (zazwyczaj mamy mniemanie, że wypadki zdarzają się innym, nam, w żadnym wypadku). Jeżeli posiadamy wcześniejszą aklimatyzacje to pół biedy, ale czy cały zespół ją posiada?. I tak powolutku wpadamy w wir „zdobywcy”. Szczyt doskonale widoczny, droga południowa łatwa, środki tzw. dopalacze (kolejki , ratraki) są do naszej dyspozycji i "kieszeni", trasa która już w kraju została opracowana w drobnych szczegółach, to teraz od 4600m tylko prawa. lewa, prawa, lewa i z każdym krokiem bliżej szczytu.

Owszem droga (południowa) na tę górę (z daleka) wydaje się tak banalna, że przy dobrej pogodzie jest niemożliwe, aby ktokolwiek (zaaklimatyzowany) nie doszedł do zachodniego wierzchołka.

Ale po kolei,
dlaczego tam pojechałem, otóż na jednym z górskich for znalazłem takie info:

„kolega zrezygnował z wyjazdu, miejsce w aucie jest, potrzebna szybka decyzja
trochę czasu pozostało na załatwienie formalności szczegóły w poście otwierającym..."

Posiadane doświadczenie (w moim mniemaniu) pozwala mi „w ciemno” jechać w góry wysokie z „każdym”. Od dawna wiem, że mogę liczyć na siebie

Pierwsze co, w necie przeglądam pogodę z tego regionu z ostatnich 3 lat, stwierdzam; jest (będzie) nieźle. Przyjmuję główne założenie: za stary jestem abym „na siłę” wchodził na tę górę, otrzymuje zgodę od małżonki i piszę do autora postu i ……..już (w myślach i teorii) jadę z nimi.

Teraz formalności, spory szok, w Katowicach nie ma żadnego biura, które załatwiłoby vizę oraz vouczer na ten rejon? Trochę dziwne, dowiaduję się, że te sprawy muszę załatwić w Bielsku Białej ew. w Krakowie. Suma sumarum po złożeniu wniosku (Transsyberyjska.pl) , dostarczeniu zdjęcia, po 3 tygodniach mam już Vizę, Vouczer, oraz ubezpieczenie – całość (na razie) kosztuje mnie 480zł.

Po wymianie maili z Markiem (autor ogłoszenia) dowiaduje się, że nasza droga prowadzi od wschodniej strony (szczerze, wówczas nic mi to nie mówiło). Na razie nie mam pojęcia o drogach bo …….(tak mi się wydaje, że wszędzie dam radę). Czytam kilka relacji, jednak nie znajduję żadnego praktycznego info o wschodniej drodze (ew źle szukam). Toteż, po raz pierwszy w życiu, całkowicie zdaję się na „innych”, trochę to do mnie niepodobne. Trudno, kieys musi byc ten pierwszy raz  . Kilka dni przed wyjazdem dowiaduję się, że jedzie z nami koleżanka Ania, która mieszka w pobliżu, jej udział uzależniony był od zbiegu okoliczności (tj. wyrobienia w trybie expresowym Paszportu jak i Vizy, uszycia ciuchów, niezbędnych zakupów etc). Jej obycie w górach wysokich jest „zerowe”, toteż często utrzymujemy telefoniczny kontakt. No cóż na naukę jest już za późno, owszem w kwietniu 2x byłem w Alpach, ale teraz nie mam szans pojechać i sprawdzić Anię jak porusza się po lodowcu?.

Zbliża się 24kwiecien, to dzień naszego realnego poznania się, miejscem spotkania był Lublin. Jednakże przygody z odebraniem paszportu, puchowej odzieży przeciągnęło się do godz 21, toteż Lublinie spotykamy się dopiero ok. godziny 1 w nocy ale to już jest 25.04 . Szybki „przepak” i wg GPS tylko 48 godzin do celu.

Auto Wiesława którym jechaliśmy, nieźle „dostało po zawieszeniu”


Trasa podróży:

Muza w tle http://www.youtube.com/watch?v=5lMbVzFtvM8 i czytanko dalej

Według GPS do celu niecałe 2400km .

Na granicy (Dorohusk) czekamy ok. 5 godzin, podobno to jest szybko?. Po przekroczeniu granicy z Ukrainą, okazuje się, jak rzeczywiście wyglądają ich drogi. Napisać, że są to drogi fatalne to duże uproszczenie, już nigdy nie powiem, że polskim drogom daleko do normalności. Stan dróg do Kijowa (przez Ronve) to istne „kartoflisko”. Dość często ustawione przy drodze posterunku policji przywracają myśli o dawnej potędze i jedynej słusznej ideologii „Kraju Rad”. Widoki z okna świadczą, że tutaj” czas” zatrzymał się 30 lat temu.

Ogromne połacie ziemi oraz brak na horyzoncie jakichkolwiek domostw świadczy o dziczy tego regionu, zaskoczony byłem, że na polach brak dzikiej zwierzyny, która tak chętnie opanowała nasze polskie rolnicze tereny (ba, często zwierzęta te podchodzą pod zamieszkałe osiedla). Przejeżdzając przez Kijów widzę jeszcze reklamy z ostatnich mistrzostw Europy w piłce nożnej. Gps prowadzi dalej przez Charków, droga już o niebo lepsza i tak aż do granicy z Rosją. Monotonia widoków jak i wymuszona pozycja sprawia, że zatrzymujemy się coraz częściej aby „rozprostować ciało”, za kierownicą Wiesław wraz z Markiem sprawnie zmagają się z drogą jak i własnym zmęczeniem. Wyczerpani ukraińskimi wybojami dojeżdżamy do graniczy U/R. Jest godz. ok. 3 w nocy. Na granicy zero ruchu, stoimy urzędowo, aż otrzymujemy zgodę na wjazd w strefę , tutaj także zaliczamy pierwszy „souvenir”, bowiem strażnik ukraiński na karteczce z numerem samochodu nie wpisał w środku jednej cyferki, Wiesław oddając karteczkę w kolejnym okienku był tego nieświadomy, ale czujne "oko" pogranicznika wyłapało tę niezgodność, po czym „skazał: to jest niedopuszczalne” ? i trzeba to wyjaśnić, spisać protokół u Naczelnika. No cóż, potrzebny był souvenir (czytaj; banknot 10$) i dalsza droga stała otworem (w teorii) teraz pogranicznicy z Rosji, kolejne wypełnianie papierów (zero skreśleń) niby nas kontrolują, wertują w bagażniku, ale nie za bardzo jest do czego się przyczepić. Po dwóch godzinach spędzonych na bezludnej granicy, poznajemy drogi w Rosji, na razie są o niebo lepsze niż na Ukrainie, ale przy głównych drogach dwukrotnie więcej patroli policji. GPS kieruje samochód na Mineralne Vody, na tym odcinku zostajemy zatrzymywani przez cywila jak się okazuje to także rodzaj policji, jednak po sprawdzeniu dokumentów, jedziemy dalej i dalej w kierunku Baksanu. Tam niezła droga się zakończy, a auto znowu „dostaje po zawieszeniu”. Oj po powrocie do kraju obowiązkowo auto do przeglądu zawieszenia.

Doliną pojedziemy kilkadziesiąt km do miejscowości Elbrus. Z każdym kilometrem jesteśmy bliżej celu. PO drodze , posterunki wojska, czasami musimy zatrzymać się przed "STOPEM" i dopiero po geście dowódcy odcinka, krętym odcinkiem drogi przejeżdzamy obok stanowiska wojskowego, istne zasieki. Karabiny wiszące na ich szyjach robią wrażenie. Mijamy wioski i miasteczka, ogrom ruin, widać dużo opuszczonych budynków, pasące się krowy i zdewastowane fabryki.

Co jakiś czas Wiesiek zwalnia, zatrzymujemy się, czasami slalomem omija idące drogą (publiczną) zwierzęta. Po drodze (już w dolinie w jakimś miasteczku) wymieniamy $, o dużej ilości wojskowych patroli przy głównych drogach nie piszę, bo to w tym rejonie normalne.

W latach rozkwitu Związku Radzieckiego cały ten region zwany Prielbrusem cieszył się szczególną opieką państwa, które dbało o jego rozwój oraz czyniło z niego element propagandowy i jednoczący naród radziecki. W najlepszych czasach, na szczyt wchodziły grupy obywateli ZSRR liczące sobie nawet 200 osób! Dzisiaj ten złoty wiek przypomina tylko podupadająca infrastruktura turystyczna.

Ok. godz. 17 przybywamy do miejscowości Elbrus, w sklepiku pytamy się o "normalny" nocleg (dostajemy namiary na dawny ośrodek sportowo-szkoleniowy, cena dla nas 500 rubli/osobę, po negocjacji Marka spada do 450).

Padnięci, myjemy się w zimnej wodzie (woda ciepła będzie w sezonie), ale kaloryfery powolutku się nagrzewają. Mając dostęp do prądu, ładujemy komórki, akumulatorki, robimy porządki w plecakach, na szybko robimy prostą kolacje, potem rzut oka na mapę (naszą trasę), wspomagamy się napojami rozgrzewającymi, które szybko (na chwilę) stawiają nas na nogi, jednocześnie dość szybko dopada nas ……….sen.

Czas w rejonie Ebrusa, jest przesunięty o dwie godziny do przodu (w stosunku do czasu polskiego)

Sobota 27.04.2013r

muza w tle http://www.youtube.com/watch?v=jrhyU4juHGc
i rozpoczynamy marsz w gorę

start Miejscowość Elbrus 1835m – nocleg 2845m

Trasa naszych pierwszych dni


Powyżej, na szkicu trasa M+W została pokazana informacyjnie, jej rzeczywisty przebieg jest inny niż pokazany na szkicu. Właściwy tj. prawidłowo przebieg drogi południowo-wschodnie pokazany jest w poniższym linku.

http://www.gpsies.com/map...errer=trackList

oraz także tutaj :

Pogodny poranek powoduje, że dość szybko opuszczamy nasze pokoje, ruszamy na trasę, jednak muszę napisać, że miejscowość (na mapie) niby duża, ale to dziwna miejscowość. Niczym nieprzypominająca polskich górskich miasteczek niby są sklepiki, podobne do naszych blaszanych warzywniaków, w których kupimy wszystko. Gdzieś krowa wyjada śmieci z rozwalonego śmietnika, środek drogi opanowały kury, obok owce , tu i ówdzie coś niszczeje, kruszy się, wkoło rozrzucone zdewastowane budynki, ogrom żelastwa, pobudowane bez ładu i składu oraz przechylone drewniane szopki, jakieś wysokie kominy, generalnie wszędzie widać wyrzucone zbędne rzeczy, ogólny śmietnik. Remont to wyraz który tutaj, nie istnieje. Zabawiające się dookoła samotne dzieci, pomimo skąpego ubioru są uzupełnieniem tych kaukaskich stron, ale w ich oczach widać radość, i zdziwienie. Widok na ten „chaos” nie mieści mi się w głowie, ale ponad tym wszystkim są góry, cudowne góry, to one ciągną nas w te strony. Co za dziwne połączenie.

Starujemy w góry, nasza droga prowadzi w głąb doliny Iryk, jesteśmy sami, my i góry. Ścieżka jest w miarę czytelna, jednak po pewnym czasie ilość ścieżek przybywa a wybór, którą powinniśmy iść dalej, zależy tylko i wyłącznie od nas. Kierunek jest niby wiadomy, ale wybór danej ścieżki zależy w dużej mierze od „oka” prowadzącego. Niestety każde szczęście ma kiedyś swój koniec i sam się o tym przekonałem, gdy doszedłem do miejsca , gdzie dalsza kontynuacja tą ścieżką (z naszymi ciężkimi plecakami) może narazić nas, idąc po osuwającym się piasku na zsunięciu się o kilkanaście metrów w dół.

Gwałtowny zwrot do góry, teraz trawersujemy (każdy na swój sposób) porośniętym zboczem, cały czas do góry, zmęczeni (ale zadowoleni) po kilkunastu minutach wychodzimy na „właściwą ścieżkę”, no cóż mój ostatni wybór ścieżki był błędny i kosztowało nas to niepotrzebną stratę sił. Moja wina.
Jesteśmy na wys.ok 2100m nie ukrywam zmęczeni tym ostrym trawersem. Tutaj robimy nasz pierwszy postój. Widoki, widoki, widoki przy tej pogodzie –super.

Teraz już, klarowną ścieżką podążamy w głąb doliny, po pewnym czasie z lewej dochodzi ta moja nieszczęsna ścieżka, z której słusznie zrezygnowaliśmy. Przechodzimy przez zniszczony las, od lewej strony cały towarzyszy nam szum górskiej rzeki. Każdy z nas idzie swoim tempem, jednak wszyscy jesteśmy w zasięgu wzroku. Dochodzimy do dużej polany, gdzie w niezłym stanie, stoi pasterski szałas, tutaj robimy dłuższy popas.

Pogoda dopisuje, plecaki (szczerze) dobiją. Wysokość ok. 2300m, idziemy dalej, widoki cudowne, a góry nasze, cudowna dolina. Dochodzimy do kolejnego pasterskiego szałasu, jednak on już jest w porównaniu z poprzednim uboższy i w gorszym stanie, ale w nim razie niepogody można spokojnie przeczekać. Widzę Elbrus, cel naszego wypadu, jest piękny i ten groźny krater.


Oglądam się wstecz, widzę cudowny łańcuch górski, ogrom szczytów ale jakie to szczyty i przełęcze? któż to wie.


Ukazuje się "Uszba", Marek, wskazuje mi tą sławną dwuwierzchołkową górę .
(z lewej strony)

prawie centralnie


Za jakiś czas dolina dzieli się na dwie części, my odbijamy w prawo,


Przed nami trawers, tylko 300m w górę, („tylko” nieźle dało nam popalić). Zaczynam odczuwać ciężki plecak jak i pojawiają się pierwsze oznaki zmęczenia. Na tym odcinku min. 3 razy robimy kilkunastominutowe postoje. Tutaj Marek idzie pierwszy, ma kondycj , ja jakoś na ostatnim odcinku osłabłem ? niby dobrze się czuję, ale gdzieś na ostatnim odcinku gwałtownie sił ubyło, mały szok. Wychodzę na śnieżny płaskowyż, pojawiają się kolejne nowe widoki, jednak moje oczy często kierują się na prawo , tak na Elbrus, dokładnie na krater. Tutaj ubieram stuptuty, są one konieczne, gdyż (w dużej mierze przez ciężki plecak) często zapadam się po...kolana. W promieniach zachodzącego słońca idę dalej, jest cudownie, od momentu opuszczenia głównej doliny, komórka nie ma zasięgu, od teraz kontakt ze światem jest zerwany, możemy liczyć tylko na siebie.

Powoli zachodzi słońce robi się coraz zimniej, jesteśmy w rejonie naszego dzisiejszego planowanego biwaku (wys. ok 2825m), rozglądam się za miejscem na rozbicie namiotu. wybieram ciekawy kamienny plac, Marek rozgląda się niżej. Dochodzi Ania, jak dla niej to nowy rekord wysokości i niespodziewanie oznajmia, że…….ma dosyć. Szybko rozbijam i osłaniam kamieniami namiot, Ania gotuje wodę, Marek z Wiesławem wybrali miejsce pod namiot około 100m niżej. Mój Gps wskazuje 2845m, zapisuję pozycję.

Zmierzch przychodzi bardzo szybko, robi się coraz zimniej, pojawia się okresowo porywisty wiatr, który szarpie namiotem. Jednak ciepła kolacja powoduje, że wstępują we mnie nowe siły, wskakuję w śpiwór, och jak przyjemnie.

Analizuję dzisiejszy dzień? Chyba ciut przesadziliśmy (dźwigając tak ciężkie plecaki), jak na debiut od razu 1000m przewyższenia? Anka nieźle sobie radzi, zarówno z ciężarem, kondycyjnie także jest niezła. Marek imponuje kondycją ciągle robi ujęcia, a obiektyw ma lepszy, to i jego ujęcia są ostrzejsze  . Wiesław zamykał nasz zespół czyli wszystko ok. Na jutro zaplanowany jest aklimatyzacyjny wypad na Iryk szczyt podobno łatwy, mający ponad 4000m, a później możliwe, że przeniesiemy namioty dalej na widoczną morenę, różnica wysokości niewielka (ok. 50m wyżej), ale jakby nie było kilometr dalej, a tym samym bliżej przełęczy. Szczerze, trochę dziwnie się czuję, nie znam rejonu, drogi, muszę zaufać kolegom? Ania porusza kilka ważnych tematów i ……szok, chyba nie ruszy dalej tą zaplanowaną wschodnią drogą?. Po tej rozmowie rozmaite myśli nie dają usnąć.

Niedziela 28.04.2013r

muza w tle http://www.youtube.com/watch?v=q7U1fvpuWWU

Wcześnie wstaję, dookoła cisza, odpalam palnik, cichutko robię jedzonko, spoglądam na dzisiejszą „aklimatyzacyjną” trasę, jednak w głowie mam zakodowane „info” Ani, że jednak wraca. Oczywiście nie pójdzie sama. Co jakiś czas spoglądam na namiot Marka i Wiesława. Widząc, że podążają w naszym kierunku czekam na rozwój sytuacji odnośnie najbliższej rozmowy Ani z Markiem?, no cóż …..

Aby rozładować sytuację proponuję aby natychmiast wyjść do góry, czas często jest najlepszym lekarstwem na rożnego rodzaju „boleści”.
Na lekko, tylko w trójkę wychodzimy w górę, na razie idziemy dużym żlebem, po którym kilkanąście dni temu musiała zejść ogromna lawina, moje lenistwo powoduje, że męczę się idąc do góry bez raków, po pewnym czasie rozum zwycięża, od teraz szybko pokonuję kolejne metry.

Każdy z nas idzie swoim tempem (dystans pomiędzy nami to max 30-200m).

Każdy z nas (prawdopodobnie) sam analizuje ten niezaplanowany rozwój sytuacji. Świadomie idę ciut szybciej, przed sobą widzę i wchodzę na kilka okolicznych ciekawych (oryginalnych) skałek o trudnościach max.I-II.

Mam czas, bowiem tempo Marka i Wiesława jest wolniejsze od mojego, ale jesteśmy w zasięgu wzroku, pogoda super.

Po pewnym czasie idziemy jednak razem razem, temat Anii nie jest poruszany (i ja go nie poruszam) oczywiście rozmowa "nie klei się", nie znamy się, ale żeby już pierwszego dnia zespół został rozbity; jak dla mnie to szok. W duchu myślę, a noże ......
Spoglądam na góry, po lewej Uszba, po prawej sylwetka przypominająca naszego "Śpiącego Rycerza" tj. „Giewont”

Spoglądam na nasz namiot, z daleka widzę, że Ania również podjęła próbę podejścia do góry, idzie naszą trasą, no oko analizuję, że znajduje się na wys. ok. 3000m , dla niej to kolejne nowy rekord wysokości. A może.....

A może jednak wszyscy razem pójdziemy dalej, buduję się kolejnymi myślami. Wspólnie dochodzimy do wys. ok. 3600m, postanawiam, że dla mnie to na dziś maksymalna wysokość. Marek a szczególnie Wiesław chcą iść dalej, no to idą.

Dość szybko schodzę, w oddali widzę, że Ania nadal dzielnie podąża do góry, jest coraz wyżej. Dochodzę do miejsca, gdzie odpoczywa Ania. Jesteśmy na wys. 3222m .

Oczywiście nawiązuję do wcześniejszej rozmowy i ……już wiem, drogi naszego 4 osobowego zespołu dzisiaj rozejdą się. Jednocześnie wiem, ze teraz to w naszym dwuosobowym zespole ja będę liderem ? owszem na szybko staram przypomnieć sobie kilka relacji z opisu wejścia na Elbrus, drogą południowa. Szczerze, nie za bardzo pamiętałem szczegóły tej trasy, pamiętam, że to b. łatwa i cywilizacyjna droga, ale ja do tej pory nigdy bez mapy ew. szkicu nie poruszałem się po górach całkowicie mi obcych. W plecaku miałem jedzenia tylko na tę drogę, a teraz? trzeba będzie na dole dokupić, może uda mi się kupić gdzieś mapę. Jak sobie pomyśle, że trzeba schodzić z tym ciężkim plecakiem, to .....
Po pewnym czasie schodzi Marek, Ania informuje o decyzji „ nie jest zadowolony” (tak dyplomatycznie napiszę), powoli pakuję wszystkie swoje rzeczy. Po godzinie schodzi Wiesław i już wie……………

Umawiamy się na 3.05 przy aucie w Elbrusie, ew. jak gdzieś będzie "sygnał” to dajemy do siebie znać co i jak. Następuje chłodne.......szybkie rozstanie.

Co ja myślę, o tej niespodziewanej zmianie planów, publicznie nie napiszę

Jest późno schodzimy śladem „po wczorajszej drodze”, do miejsca, gdzie planuję nocleg mamy kawał drogi, toteż w milczeniu wracamy, po drodze do rozwidlenia się doliny spotykamy czterech sympatycznych Rosjan, z których dwójka robi aklimatyzację przed czerwcowym wypadem na 8-tysięczną Nangę. W okolicach szałasu pasterskiego spotykamy dużą kilkunastoosobową grupę prowadzone przez znane biuro turystyczne, gdzie asystentem jest przesympatyczny Rościsław, który swego czasu mieszkał w Polsce. Obecnie pracuje w biurze i namawia szczególnie naszych na ciekawe trasy prowadzące na szczyty Elbrusa. Biuro jest solidne, jak i opis tras także w jęz. polskim
Kilka ujęć na okoliczne góry:

centralnie to:wierzchołek Ullukary 4302m npm, a przełęcz z prawej strony: Kashkatash 3730m npm;

Schodząc z góry, prawie wszyscy nas zaczepiają pytając się o stan drogi jaki czeka ich powyżej, jednocześnie składają gratulacje. Ania, z braku rosyjskich słów, tak to tłumaczy, że dochodzi do komicznej sytuacji, z jej słów zrozumiałem że, my niby "zrobiliśmy" Elbrus od południa a teraz schodzimy drogą wschodnią - jest zabawnie, wszyscy śmiejemy się, życząc nawzajem dalszego sukcesu.

Robi się coraz ciemniej, do miejsca noclegu mamy jeszcze trochę drogi, ciemności dopadają nas w lesie, wiem, że przed nami jeszcze niecały kilometr, toteż z czołówkami na głowie pokonujemy ostatni dzisiejszy leśny odcinek. W całkowitych ciemnościach szukam miejsca pod namiot (jesteśmy na wys. ok. 2100m), owszem na niebie gwiazdy powolutku się pojawiają , ale ich siła na razie jest niewielka. Jest, równe i w miarę płaskie miejsce, wspólnie oczyszczamy teren z szyszek, rozkładam namiot. Ania zajmuje się gotowaniem. Kolację spożywamy w towarzystwie tysiąca gwiazd, w oddali widać nieliczne światełka w miejscowości Elbrus. Zmęczenie powoduje, że po wskoczeniu do śpiwora nagle zasypiam

Poniedziałek 29.04.2013r

muzyka (Mika) w tle dalej na gra, i kolejny dzień

Wczesna pobudka, teraz oglądam nasz drugi nocleg, jak w tych ciemnościach postawiłem nasz namiot

śniadanko, pogoda super, nowe siły, nowe wyzwania, nie ma co "gdybać", życie jest za krótkie aby wracać wstecz, to już "przeszłość". Wracamy właściwą ścieżką , na ujęciu poniżej z lewej strony powstało osuwisko przez które musieliśmy dwa dni wcześniej trawersować do góry

coraz wyraźniej widzimy budowlany chaos panujący w miejscowości Elbrus.

Po drodze widzę tablicę z regulaminem Parku, ale co tu pisze?

Dochodzimy do miejscowości Elbrus, robimy zakupy, Ania pyta się przygodnego kierowcy o podwózkę do Azau, kierowca ochoczo ładuje nas do auta, (10 $ za dwie osoby) na Kaukazie nikt nie zapina pasów, światła? jakie światła, kierowcy jeżdżą po .....kozacku, ale też ich drogi to istny off-road. Dojeżdżamy pod kolejkę do Azau (2350m), przy dolnej stacji kolejki gdzie są rozłożone stargany, dość często "puszczany" był utwór (a tym samym wpadł mi do ucha  , który od powrotu, nie dawał spokoju, wreszcie go odnalazłem i jeśli będziecie czytać poniższą relację to puście sobie ( w tle) tę muzę

http://www.youtube.com/watch?v=1qWdKk-Jwug

Nerwowo szukam sklepiku gdzie mógłbym kupić mapę, rezultat zerowy. Dookoła ogrom narciarzy, do wyboru mamy dwie kolejki: „gondolowa” oraz klasyczna. Kolejka („klasyczna” jak i gondolowa), na wys. ok. 3000m posiada stację przesiadkową , jadąc dalej wywożeni jesteśmy na wysokość ok. 3500m.

Kolejka „klasyczna” czynna jest od 8.00 do 17.00, wjazd kosztował 400 rubli (dla obcokrajowców 17,5 $, kasjerka powiedziała, że dla swoich już za kilka dni będzie cena 500 rubli) bilet jest dwustronny.

Z górnej stacji (3500m) czasami kursują pojedyncze krzesełka do miejsca, które potocznie nazywane jest Beczkami ok.3700 m

Tutaj zrobiliśmy sobie ok. 40min przerwę, dwóch przewodników dość głośno opisuje co widać w poszczególnych pasmach, ale zapamiętać to to jak dla mnie za trudne.

Jak dla mnie widok w stronę Elbrusa jest porażający, jak można było tu zgromadzić tyle zbędnego żelastwa, pordzewiałe słupy energetyczne, ogrom jakiegoś zbędnego żelastwa, cała otoczka tego miejsca to coś nienormalnego (tylko pytanie co jest normalne), wybudowanie tutaj pojedyńczej kolejki krzesełkowej to już porażka.

Ogrom skuterów śnieżnych jak i kilku ratraków, to tylko dopełnienie tego miejsca. Budki z jedzeniem, zapach oleju napędowego, kilku górskich rowerzystów wraz ze swoim sprzętem, ogrom „ski” narciarzy, jak i wielu biegaczy trenujących przed majowymi zawodami ; i my „normalni” górscy turyści?

Nie, nie nigdy więcej, teraz to już wiem, że to najłatwiejszy sposób na zdobycie tej góry, każdy zwykły (medialny) „zaliczać” wybierze tę drogę, aby zaliczyć swój kolejny szczyt, (upss, niektórzy mnie poprawią i uznają ich za kolekcjonerów górskich szczytów), to inna grupa, oni niewiele mają wspólnego z turystyką górską.

Normalny turysta atakując” Elbrus” powinien o tej drodze zapomnieć, owszem wiedzieć o niej ew. nią schodzić, ale wchodzić tą drogą do góry to profanacja naszej górskiej pasji.
Szeroką wyratrakowaną drogą podążamy w kierunku „Beczek”,

Za nami jak i przed nami wielu skiturystów jak i biegaczy,

którzy z zaciekawieniem spoglądają na nas jak i nasze plecaki. Czapeczka z napisem Polska, trochę ich onieśmiela, ale i tak wielu zagaduje.

Powoli ale spokojnym krokiem oddalamy do tego złomowego przybytku, owszem widok Elbrusa trochę wyrównuje mi ciśnienie, ale dla duszy to porażka. Po ok. godzinie dochodzimy do Beczek, gdzie "złomowy spektakl ma ciąg dalszy" oglądam ten cud i od razu dostaję propozycję noclegu (tylko 500 rubli za noc),

w pobliżu kilka namiotów, rozglądam się za miejscem pod nasz namiot , znajduję obok rozbitego i zdemolowanego ratraka dość ciekawe miejsce, od razu biorę się za rozłożenie namiotu.

Dochodzi Ania, jest uśmiechnięta, w niezłej formie, po wypiciu ciepłej herbaty, już na lekko wysyłam ją 150-200m wyżej. Sam natomiast w rozbitym ratraku urządzam „naszą kuchnię” topię śnieg, jednocześnie wybieram swoje obserwacyjne miejsce aby nie widzieć tego nagromadzonego „żelastwa”, jednocześnie podziwiam okoliczne pasma górskie.

Ogrom ośnieżonych wierzchołków szczytów, na chwile podnosi moje morale.
Mam zasięg, dzwonię do „Małej” mówię o zmianach w planie itd, wybieram numer do Marka (ale jest poza zasięgiem), wysyłam do znajomych sms o podanie pogody( dzięki: mantek, Jarko) . W oddali widzę Anię jak spokojnie (za moja radą) wędruje do góry.

Po pewnym czasie Ania wraca , jest zadowolona na razie czuje się nieźle. Proszę ją aby policzyła do 30 i teraz od 30 do 1, dziwi się ? Oglądam się po okolicy. Na razie rozpoznaję tylko charakterystyczną Uszbę, jak i Donguzoma wraz z Nakratau

Nagle zagaduje mnie Rosjanin i już jestem zaproszony na symboliczny „Czaj”, ciepełko, jedzonko, coś nie coś wypiłem, atmosfera staje się miła, okazuje się, że Rosjanie wiedzą dużo o polskich himalaistach (Wielicki, Kukuczka, Bielecki), owszem mój rosyjski jest "cienki jak ołówek", wspomagam się językiem migowym -hihiih, z czasem coraz więcej słów mi się przypomina  . Na małym "gazie" ale w dobrym humorze wracam do namiotu, gdzie oznajmiam, że jutro ok. godz 8-9 wychodzimy w rejon Prijuta (ok. 4100m) to tylko 400m w górę, i tam założymy na kilka dni naszą "bazę", następnie szybko zasypiam.

słowa do utworu, który mi się tak w Azau wpadł do ucha
http://www.youtube.com/watch?v=EJvXTDdKJ6w


Каким ты был, таким остался,
Орел степной, казак лихой...
Зачем, зачем ты снова повстречался,
Зачем нарушил мой покой?

Свою судьбу с твоей судьбою
Пускай связать я не смогла,
Но я жила, жила одним тобою,
Я всю войну тебя ждала.

Ждала, когда наступят сроки,
Когда вернешься ты домой.
И горьки мне, горьки твои упреки,
Горячий мой, упрямый мой.

Но ты взглянуть не догадался,
Умчался вдаль, казак лихой...
Каким ты был, таким ты и остался,
Но ты и дорог мне такой.

Czyli, powyższa muza w tle i można czytać

Wtorek 30.04

W nocy niezle dmuchało, namiot lekko oszroniony, leniwie wstajemy ok. godz 7 (naszego czasu, czyli wg lokalnego to godz. 9), totalny luzik, plecy trochę poczuły ciężar plecaka. Samopczucie Ani dobre , to teraz czas na śniadanko, potem zapoznanie się lokalnym WC (a jakże, od razu łapie się do kolejki) znajdujący się obok „Beczek”.
Namiot ciut cięższy, ale z uśmiechem na ustach, pakujemy nasze graty i do boju.
Wychodzimy ok. godz 9 , widoki do przodu, super, jak tu pięknie, chce się żyć

Idziemy szeroki wyratrakowanym śladem, co chwilę obok nas śmigają skutery śnieżne, jak i ratraki, którym musimy ustępować.

Prawa, lewa, prawa z każdym krokiem coraz bliżej Prijuta.
Na szczęście "Żelastwo" zostaje w tyle,

przed nami tylko dwa wierzchołki Elbrusa, i od razu męskie skojarzenie

Co chwilę proszę Anię, aby wędrowała jeśli potrafi, ciut wolniejszym tempem, bowiem zapycha do przodu jak błyskawica, muszę ją świadomie hamować, domyślam się co o tym myśli. Co jakiś czas oglądam się za siebie, „żelastwo” coraz mniej mnie drażni.

Uważnie i często obserwuję Anię jak podąża tym "wolnym" tempem, wiem, że mogłaby iść o wiele szybciej, ale dla potrzeb organizmu lepiej iść wolniuteńko z wieloma kilkuminutowymi przystankami (oczywiście dotyczy to tylko Ani, bo ja jestem zaaklimatyzowany, tak mi się wydaje) Na trasie w tym samym kierunku podąża kilka ekip

Co jakiś czas przejeżdza obok nas kolejny ratrak z klientami. Zapach oleju napędowego roznosi się po trasie. W takich chwilach mam dość tych stron.

Zbliżamy się do dzisiejszego naszego celu:

Po niecałych dwóch godzinach jestem w rejonie Prijuta (ok 4080m), owszem po lewej stronie widzę rozbitych kilka namiotów, budynek Hotelu Prijut. Zrzucam z siebie plecaki i rozglądam się za "miejscówką", Ania daleko ale w zasięgu wzroku, czerwone spodnie puchowe są widoczne, macham do niej, widzi mnie, jest oki.

widok na znane mi szczyty jakie? .........

Rozglądam się dookoła, znajduję dwa ciekawe miejsca pod naszą ew."bazę", gdy przeniosłem swoje bagaże w pobliże ew. "bazy", spostrzegłem pośród czarnych skał kilka metalowych pomieszczeń, oglądam je, są zamknięte. Jeden z tych żółtych blaszaków jest zasypany tzn. jest odkopany, ale przez cała zimę poprzez szczeliny do środka przedostała się duża ilość śniegu, który topiąc się, jednocześnie skutecznie zablokował otwarcie go (drzwi otwierają się do wewnątrz). W jedynym otwartym „blaszaku” siedzi przedstawiciel pkt. medycznego/ratownictwa, jak usłyszał, że jestem z Polski to zagadał i tak od słowa do słowa pogadaliśmy (szczerze to ja mniej mówiłem)……co nie co w uproszczonym języku dowiedziałem się o ostatnim (marcowym) wypadku naszego rodaka. Jednocześnie zapytałem się o ten zasypany biwak czy gdyby.., powiedział, że jak go otworzę to mogę w nim przebywać ? No to wskoczyłem na skałę, pokierowałem Anię, jak najwygodniej ma dotrzeć do mnie. Spoglądam na Hotel Prijut 11 (cena noclegu jak się później dowiedziałem 500rubli/noc).

Czekan w rękę (jedyny użytek na tym wyjeżdzie -z niego, ale jaki debiut), łopatę i co nie co przez tę szparę odkopałem, potem już wspólnymi siłami udało nam się na tyle rozszerzyć drzwi, że Anii (cudem) udało przecisnąć się do środka- huraa, huraa (ja z tym dużym brzuchem, to do lata bym nie dał rady - ups. to przecież mięsień piwny) dalej już było łatwo, czyli cudem zaadaptowaliśmy na trzy dni nasz blaszak jako „bazę”. Oto on (od zewnątrz)

Jak to się mówi, czasami „…….ma trochę szczęścia”,
Teraz mały rozpakunek i jedzonko, cały czas bacznie obserwuję Anię, jak znosi wysokość, jak się czuje, mówi, że jest nieźle, ale widzę, że jest lekko na buzi opuchnięta, aczkolwiek ona tego nie widzi (zapomniała lusterka- hiihii , jest pierwszą dziewczyną, która wędrując ze mną, zapomniała takiego "ważnego" przedmiotu -hiii). Dociekliwie zadaję jej pytania o poczucie, sprawdzam jak sobie radzi z liczeniem tzw "wstecz". Pogratulowałem jej, bowiem to jej kolejny nowy rekord wysokości tj 4089m, powiedziałem jej o tym gościu co dyżuruje w następnym „Błaszaku”. Jednocześnie proszę ją o natychmiastowa informację gdyby tylko źle się poczuła, miała wymioty czy tez biegunkę. Wychodzę na zewnątrz, przyglądając się drodze prowadzącej na szczyt. Przypominałem sobie, co o niej kilkanaście dni wcześniej czytałem. Zapamiętałem zdanie : "Droga na Elbrus nie jest trudna technicznie, ale bardzo długotrwała. Trzeba jednak uważać na szczeliny i zalodzenie. Do wejścia na szczyt (z Prijuta) potrzeba 8-10 godzin, na zejście 4-6 godzin. Ze schroniska Prijut idzie się pomiędzy dwoma równoległymi graniami skalnymi. Gdy Ania krzątała się w biwaku, sam wyruszam na drugą stronę, aby poznać okolicę. Znowu czapeczka (chyba) spowodowała, że zostałem zagadnięty przez dwójkę nowo poznanych Rosjan i ……znowu „czaj” (i nie tylko). Ale dzisiaj dość szybko pożegnałem się z nimi, gdyż Ania została sama. Przychodzę a dziewczę „klepie” smsa za smsem do swojego chłopaka, jest zadowolona –hiii. Sam nawiązuję kontakt telefoniczny z „małą” otrzymuje sms od Wiesława (Markowi komórka padła), opisuję mu nasze plany na kolejne dni etc.
Wieczorem zaczęło dość mocno wiać, pomiędzy futryną a drzwiami wytworzyła się nie duża szczelina, która w połączeniu z wiatrem wydawała dość nieprzyjemny dla ucha dźwięk, uszczelnienie drzwi skutecznie wytłumiło nieprzyjemny hałas. Informuje Anię, że jutro (jeśli będzie się dobrze czuła) to chciałbym abyśmy ruszyli na tzw "aklimatyzację" (na lekko) do "Skał Pastuchowa" tj na wys. Ok 4600m , ale wyjdziemy jak będziemy gotowi, godzina nie została sztywno ustalona. Raczej szybko usypiam.

01.05.2013r- Święto Pracy

Muza (na dziś)
http://www.youtube.com/watch?v=XrqGiqXxYeA
http://www.youtube.com/watch?v=fpjASw_9Gyw
lub też bardziej dynamiczna
http://www.youtube.com/watch?v=J_77_Sr7cEk


Poprzedniego dnia wieczorem, proszę Anię, aby obudziła mnie na wschód słońca, tak też czyni. Niechętnie opuszczam ciepełko, ale warto było.

Jeszcze wskakuje do ciepłego śpiworka, oj jak dobrze

Wstaliśmy dość wcześnie tj ok. godz 6, Odpalam palnik i po raz kolejny gotuję wczorajszą stopioną wodę (tak ta codzienna czynność pochłania nam najwięcej czasu) musimy dużo pić, (moja własna sprawdzona teoria), gdy jestem na „4” , a jest możliwość, to wypijam w ciągu doby minimum 3 litry. Pogoda super, jest bezwietrznie, widoki na Elbrus fantastyczne. Dzisiaj mamy aklimatyzacyjne wyjście do "Skał Pastuchowa" czyli spokojne dotarcie do Skał, tam chciałbym posiedzieć 2-3 godziny, a następnie wolniuteńko zejść do „bazy”. Takie były moje plany, ale samego rana Ania, stwierdza, że nie najlepiej się czuje, gdy słyszy, że idziemy na lekko, zmienia zdanie oznajmia, że w takim razie spróbuje. Oczywiście mówię, że nic na siłę, ale Ania jest uparta, oznajmia; jak coś się będzie „działo” to zawracamy, oki. Pasuje mi taki sposób jej myślenia. Wiem, że sam posiadam niezłą „klimę” (w kwietniu 2x byłem w Alpach), chcę aby dziewczę powoli „łapało” wysokość, ale „nic na siłę” . Świadomie opóźniam wyjście do góry, chciałem dać Anii dodatkowy czas, na zmianę zdania. Dzwonię do "małej", mówiąc co i jak Wychodzimy ok. godz 10.

Widok do tylu

Późne wyjście z „bazy” miało także swoje złe strony, śnieg jest miękki, ciepło, skutery, ratraki, ale z drugiej strony zdrowie jest najważniejsze, widać dużą grupę młodych Rosjan na „deskach” (snowbord). Hałas, zapach oleju przejeżdżających trzech ratraków jak i kilku skuterów śnieżnych, ponownie zburzył mój mit o spokoju w górach wysokich. Może to już syndrom nowoczesnego zdobywania szczytów. Z drugiej strony skoro dla wielu turystów górski "idol" jakim jest Messner prawie do wszystkich himalajskich baz, latał „śmigłem”, to inni idą jego śladem. Jednak ja inaczej patrzę na góry, owszem w pewnych sytuacjach sam korzystam z usług górskich kolejek, jednak wszystko musi mieć jakieś granice. Wracamy do tematu, idziemy wolniutko cały czas do góry, obserwuję Anię, tj jej chód w rakach 
Zbliżając się do skał, widzę, że i tu można znaleźć ciekawe miejsce pod namiot (ujecie nie wyraźne, ale pokazuje że można i tu znaleźć miejsce pod namiot )

Po niecałych trzech godzinach osiągamy wysokość prawie 4700m, owszem wcześniej dotarliśmy do pierwszych kamyków „Skał”, ale świadomie podchodzę ciut wyżej. Inne ekipy także czynią to samo

Widok na „Skaly Pastuchowa” (tak to tylko porozrzucane rożnej wielkości kamienie) a co dalej widzimy …..

oglądamy na wyczyny ski-turystów,

jak i „deskowców”, patrzymy na schodzących dzisiejszych zdobywców Elbrusa.

Wielu z nich idąc na Elbrus pozostawiło przy skałkach swoje narty, teraz zdejmują raki z butów i w parę minut "śmigają po dzikim stoku", to mi się podoba. Tylko jeden minus, ja nie potrafię poruszać się na ski-turach a tym bardziej jeździć na nartach w dzikim nieprzygotowanym terenie. Kilka widoków, ale dziś moją uwagę przyciąga słynna „Uszba”

Po 2-3 godzinach spędzonych na tej wysokości powoli schodzimy do bazy, jeszcze tylko jedno –dwa ujęcia i w dół,


Teraz klasyka czyli topienie śniegu, jedzonko, wykonanie kilku telefonów, jeszcze raz spojrzenie na sms-a z pogodą (Mantek- jeszcze raz dzięki), kolejne topienie śniegu i napełnienie gorącą wodą termosu, pakowanie plecaka, szykowanie ubioru jak i wszystkiego co uważam za niezbędne do wyjścia w góry, chyba wszystko, no to …… do śpiwora. Pobudka będzie w nocy o godz. 0 30 (naszego czasu). Tak wcześnie, jeszcze w żadnych górach nie wstawałem ?



02.05.2013

Oczywiście obowiązkowo muza w tle (super) teraz można czytać

http://www.youtube.com/watch?v=5lMbVzFtvM8

Alarm dość szybko wyrywa mnie ze snu, dobrze, że telefon był poza zasięgiem moich ramion, bo.... niechętnie opuszczam cieplutki śpiwór. Powolne ruchy jak i ogólna ospałość powoduje, że moje ruchy są powolne, wszystko dzieje się jak w filmie, który puszczony został w zwolnionym tempie. Podgrzewam jedzenie, szczerze, zupa którą lubię wcale mi nie smakuje Ale o tej porze to mi nic nie smakuje, spożywam ją na „siłę” ale wiem, że muszę. Obowiązkowo wypijam ciepłą herbatę, jest już godz. 1 10?. Ania już gotowa, a ja?, mówię, aby powolutku wychodziła, Szook, jak ten czas szybko leci? Teraz tylko buty, założenie raków i w drogę, jest godz 1.28. Po 15-20 minutach dochodzę do Anii. Drogę znamy, przed nami „wąż turystycznych światełek”, jednak oni wyszli wcześniej. Czuję zapach oleju, wiem to ratrak wiozący „innych” turystów pod skały, po kilku minutach ustępujemy miejsca kolejnemu ratrakowi, za chwilę ustępujemy miejsca teraz temu wcześniejszemu ratrakowi, który wraca jako„pusty”na dół , powoli zaczyna świtać, powoli wchodzę w rytm, mijamy "skały Pastuchowa".
Ania, idąc po lodowcu w rakach, nie czuje się pewnie, i …… odpuszcza sobie szczyt.

Na wysokości ok. 5000m zaczyna się trawers (w lewo), co prawda droga od dawna jest otyczkowana i bardzo widoczna, a założony (chwilami) wąziutki śnieżny ślad na lodowcu jest bardzo widoczny. Kilka ekip idzie innym wariantem przez lodowiec tj. kilkadziesiąt metrów niżej. Są powiązani czyli wiedzą co robią. Idę sam, to podkręcam tempo, czuję się super. W miejscach, gdzie jest to bezpieczne wyprzedzam kilkunastu turystów, kilka ekip robi sobie „przystanek” na tej wąskiej ścieżce, szok. Powoli robi się coraz ładniej moje „foto” jest w plecaku, a lenistwo jak i ewentualne zagrożenie innych, nie pozwala zatrzymać mi się na tej ścieżce. Na razie odpuszczam robienia ujęć. Mijam kolejne osóby, dochodzę do bezpiecznego miejsca tj. zakrętu, skąd widzę już przełęcz (pomiędzy szczytami Elbrusa).

Spoglądam się za siebie

W kilka minut docieram do przełęczy. Tutaj zaplanowany kilkunastominutowy postój, zmieniam rękawice, smaruję twarz porcją kremu, piję herbatę oraz obowiązkowo batonik. Siedzę jednocześnie obserwuję drogę prowadzącą dalej. Patrzę też na szczyt wschodni. Kilku turystów jest jeszcze przede mną, ich sylwetki oraz krótkie tyczki, wskazują prawidłowy kierunek drogi na szczyt.

Do przełęcz dochodzą kolejne grupy, oni także tutaj robią sobie przerwę.

Niebo idealne, ruszam do góry, wyprzedzam wolniejszych turystów, widzę już szczyt jest coraz bliżej. Na wypłaszczeniu widzę przewodnika z amerykańskim turystą, (dopiero później się dowiedziałem, że to amerykański kolekcjoner) który co kilka kroków „pada” jak ścięty? Ale reakcja przewodnika zerowa,

wyprzedzam ten dziwny „układ”. Widzę już szczyt, każdy zna to uczucie, sił przybywa, serducho wali mocniej, jednocześnie (przez ciekawość) co chwilę obracam się i przez moment obserwuję ten dziwny teatr dwóch aktorów

Godz 8.20 jestem na szczycie, nieduży kopczyk z kamieni wieńczy śnieżną kopułę Elbrusa.

Wyciągam aparat, który jednak nie pozwala mi wykonać więcej niż kilka ujęć, bateria pada jedna po drugiej szok. Na szczycie temp minus 12 wiatr ok. 20km/h, skąd wiem ? na szczycie jest ekipa, która posiada przyrząd pomiarowy. Proszony jestem o zrobienie im kilku ujęć, sam proszę o to samo, skoro mój pada aparat, to proszę o kilka ujęć z mojej komórki. Doszedłem na najwyższy szczyt Kaukazu, jest radość, ale niepełna, sam . Marek z Wiesławem napewno dziś dojdą (albo już doszli) na szczyt wschodni, Ania dotarła prawie do 5k patrze z zazdrością na inne zgrane zespoły.

Wchodzą kolejni turyści, gratulują sobie jak i wszystkim obecnym na szczycie, pamiątkowe zdjęcie, ogólna radość, rzut oka na okolicę. Z tej wysokości rozciąga się wspaniały widok na Kaukaz, szkoda, że rozpoznaję tylko legendarną Uszbę jak i Donguzoma. Po kwadransie schodzę z góry, na szczyt zbliża się kilka osób oraz ten dziwny układ klient-przewodnik. Na odcinku przełęcz–szczyt-przełęcz spotkałem wiele osób w różnych przedziałach wiekowych. Po dotarciu do przełęczy, robię przystanek, teraz czas na gorące kakao, do przełęczy zbliżają się kolejne ekipy, po kolorach poznaję, że je dawno wyprzedzałem. Pogoda super, godzina wczesna, bacznie obserwuję, czy jest gdzieś założony jakiś „stary ślad” by bezpiecznie ruszyć, na drugi szczyt. Rozglądam się, czy jakiś zespół nie ma w planie wędrówki na niższy wierzchołek. Żałuję, że nie posiadam mapy dlaczego nic nie pamiętam z tych kilku relacji które czytałem, gdzie zaczyna się ew. droga na niższy wierzchołek? trochę jestem zły, sam na siebie. Oj tak, teraz przydałaby mi się mapa, poziomice napewno pomogłyby wybrać właściwy bezpieczny wariant wejścia na tę górę. Ciągnie mnie ten wierzchołek? Różne myśli chodzą mi po głowie?, samemu... bez mapy.... za duże ryzyko? niby droga wydaje się prosta, ba, wygląda na łatwą, ale, właśnie to ale, powoduje, że …… boję się samotnie ruszyć. W takich sytuacji, tak wiem, że to brzmi dziwnie, ale obawiam się tej drogi. Ostatecznie odpuszczam, daję sobie spokój z wejściem na ten niższy szczyt.

Teraz, gdy siedzę przed kompem, mam mapę to oczywiście wiem, że nie byłoby (przy tej formie jak i pogodzie jaką wówczas miałem) żadnej siły abym wówczas nie poszedł samotnie na ten niższy szczyt, ale co by było gdyby……

Schodzę w dół wchodząc na trawers oglądam się za siebie, tam przed chwilą byłem, szkoda, że sam…..

Ja już tam byłem, to w dół, ale inne ekipy podążają do góry


Na trawersie nie ma nikogo, czyli wszyscy co chcieli dzisiaj zdobyć szczyt są już w jego pobliżu lub tez na nim.

Dochodząc do Skał, widzę jak na dłoni przebieg dzisiejszej drogi

Nie chce mi się schodzić do „bazy”, nie jestem zmęczony, czuje się świetnie, właściwie to mógłbym ruszyć wyżej a nie w dół?. Siadam na małym kawałku karimaty obok większego kamienia, wyciągam termos, tak teraz czas na kawę, dzwonię do „małej”, patrzę z uśmiechem na Snikersa (chyba gwiazdorzę – przypomina mi się telewizyjna reklama). Patrzę na te cudowne góry.

Oj ładne są, ładne, już się widzę jak jakiś weekend śmigam po nich, najpierw ruszyłbym.....nie nie na Uszbę, najpierw na "Donguzoma" szkoda, że te góry tak daleko od Polski i te Vizy jak i cała papierkomania. Faktycznie, jak już tu jechać, to na miesiąc, oj byłoby co tu robić (wędrować) , a może zniosą wizy do Rosji to byłoby ……….oj nie za mojego żywota,rozmarzyłem się .

No nic, trzeba schodzić , tam dziewczę same, po drodze widzę oryginalny sposób zabezpieczenia nart na lodowcu

Dużo turystów idzie aklimatyzacyjnie do Skał, pojawiają się także szybkobiegacze, Ciekawe połączenie; obuwie lekkoatletyczne ze śniegiem (lodowcem)

Co jakiś czas oglądam się za siebie, ten jeden szczyt mi nie daje spokoju,

Po zejściu do bazy, Ania niby szczęśliwa, jednak wyczuwam, że ma niedosyt. Sam także mam lekkiego „kaca”. Pogratulowałem Ani, jakby nie było, dotarła na wysokość ok.4980m. Na trzeźwo analizuję taki a nie inny wariant naszej wędrówki. Ryzyko było zbyt wielkie, aby stawiać „wszystko na jedna kartę”. Żadna góra nie jest warta ceny najwyższej. Topię śnieg, szykuje jedzonko, dzwonię do „małej” wysyłam do kilku znajomych sms-y. Wychodzę na zewnątrz, w pobliżu dotarła ekipa Rosjan, rozmawiam z nimi, poznaję nawet Nepalczyka, który przyjechał tu na „górską ....naukę”. Patrzę dookoła, zdaję sobie sprawę, że powoli zamykam rozdział Elbrusem zwany. Analizuje ilość wody po stopionym śniegu, trochę mało, ale na dwie ranne herbaty wystarczy. Do śpiwora biorę rozładowane akumulatorki, następnego dnia chciałbym wykonać jeszcze kilkanaście ujęć w zejściu.

http://www.youtube.com/watch?v=Alm3ROJtlGE muza w tle

03.05.2013 dzień ostatni

Budzę się na ostatni w tym rejonie wschód słońca

 

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com

Poprawiony (sobota, 20 lipca 2013 13:07)