Tatrzańskie Zimowe Marzenie

Pierwotny plan powstał pod koniec września 2012r. Obejmował niewiele bo zaszycie się w Schronisku Roztoka. Do końca roku zmodyfikowałam całość wplatając dodatkowe pięć schronisk.
Nie posiadając żadnego doświadczenia w zimowych górach wzięłam na siebie odpowiedzialność by wyjazd był ciekawy ale nie męczący. Nie wiedząc czego się spodziewać i jaką pogodę podsunie los bardzo bałam się o nasze bezpieczeństwo. Zrezygnowałam w całości z wyjść w góry planując wyłącznie szlaki doprowadzające nas do miejsc odpoczynków. W wyjeździe mają wziąć udział: moja przyjaciółka Ola z koleżanką Justyną, Kudłaty i Carlos.
Miesiąc przed:
Styczeń przebiega nam dość szybko, dużo omawiamy, planujemy, zaopatrujemy się w potrzebne ubrania i rzeczy niezbędne do wyjazdu i całe życie w okół Tatr nam się kręci.
Dzień przed wyjazdem:
Siedząc w pracy otrzymuję pierwszy niepokojący telefon. Carlos nie jedzie z nami z powodu choroby ojca. Jest mi strasznie przykro ale rozumiem. Wiem że dobrowolnie nie zrezygnowałby z wyjazdu. Dopada mnie świadomość że utraciliśmy osobą z największym doświadczeniem i największą możliwością wyciągnięcia nas z tarapatów jeśli byśmy w nie wpadli. Zaczynam się lekko bać bo zdaję sobie sprawę że organizując ten wyjazd biorę odpowiedzialność za ludzi których ciągnę w ten nieznany nam świat, jak również że oparłam się całą sobą na wiedzy Carlosa. Kolejny telefon mnie dobija. Dzwoni Ola, która walczy z grypą od tygodnia. Mówi że ma 38 stopni gorączki i jeżeli jutro będzie tak samo to ona i Justyna nie jadą. Przeklinając los, który tak sobie ze mnie drwi, pozwalając na miesiące marzeń, planów i przygotowań, waląc we mnie w przeddzień realizacji taką bombą dzwonię do Kudłatego. Jedyny pewny człowiek w tym wyjeździe. Rozmawiamy o tym co robić? Wiem jedno on się nie podda, nie zrezygnuje. Cały wieczór biję się z myślami. Pakuję się ze łzami w oczach z pomocą mojej przyjaciółki Asi, która mnie dopinguje i wierzy że pojedziemy. Ja sama nie wiem w co wierzyć i co robić. Oczekuję telefonu od Oli w sobotę.
Dzień wyjazdu:
Wreszcie nadchodzi do mnie upragniona informacja „Jedziemy.” Kamień spadł mi z serca.
To były najgorsze 24h.
Przed samym wyjazdem ważę plecak: 13kg. Zastanawiam się jak ja to poniosę na szlaku?
Jedziemy pociągiem z Bydgoszczy do Poznania przez Gniezno gdzie mamy na moment zobaczyć się z Carlosem. Otrzymujemy wraz z życzeniami udanego wyjazdu wiśniówkę na zdrówko :) Obiecuję że będę codziennie relacjonować mu o naszych przeżyciach. Odjeżdżamy do Poznania by tam przesiąść się w pociąg do Zakopanego. 21.20 ruszamy ku naszym marzeniom.
Na miejscu jesteśmy około 8.00 rano. Wita nas masa śniegu, mroźne powietrze i Kudłaty z Deranem. Chłopaki od godziny sterczą na mroziku w oczekiwaniu na nas. Deran przed 12h podjął decyzję o towarzyszeniu nam w wyjeździe. Idziemy na Krupówki zrobić zakupy, wypłacić pieniądze i zjeść śniadanie w moim ulubionym barze mlecznym. Ilości śniegu w mieście są dla mnie porażające, nigdy w życiu w Bydgoszczy nie widziałam takich opadów. Skoro tu tak wygląda to co zastaniemy na szlakach? Wyruszamy by się wreszcie przekonać. Bus podwozi nas do Kir i odtąd zaczyna się nasza przygoda

Dzień pierwszy: Dolina Kościeliska
Jesteśmy w dobrych nastrojach. Zakładamy plecaki i ruszamy w kierunku wejścia do doliny. Orientujemy się że Ola zostawiła kijki trekingowe w busie więc jak na Motyla przystało „lecę” przez zaspy by go złapać. Udało się i radośnie wracam do moich towarzyszy. I co widzę? Plecak Justyny z urwanym ramieniem. Jeżeli tak zaczynamy nasz wyjazd to ja już podziękuję na wstępie.
Mamy dwie możliwości albo wracać do Zakopanego kupić nowy lub jakoś go powiązać i dotaszczyć do Schroniska Ornak by tam go pozszywać. Deran bierze na siebie ten kłopot i wytrwale na jednym ramieniu transportuje go. Ludzi mijamy niewielu a widokami cieszymy się jak dzieci. Śnieg z początku sypał łagodnie ale im bardziej oddalamy się od cywilizacji tym gęściej pada. Ciężar plecaka zaczynam dość szybko odczuwać. Szlak z początku wydeptany zaczyna znów dobierać śniegu i spowalnia nas trochę. W niektórych miejscach czai się lód więc idziemy ostrożnie co by nóg nie połamać. Docieramy do Schroniska Ornak w nie najlepszych nastrojach. Zmęczenie nocną podróżą i masa padającego śniegu źle wpływa na moje towarzyszki, które wściekle oświadczają że zamierzają przenieść się do kwatery w Zakopcu. Po nie najlepszym posiłku w Schronisku i odpoczynku bez plecaków humor nam się poprawia. Robimy wojnę na śnieżki i zawody :) biegi w głębokim po uda śniegu rozładowały ciężką atmosferę dnia pierwszego. Wieczorne piwko przy kolacji usypia nas dość wcześnie. Jutro pobudka o 8.00, najpóźniej o 10.00 musimy opuścić Schronisko Ornak.

Dzień drugi: Dolina Chochołowska
Wyruszamy wypoczęci i z dobrym nastawieniem. Śnieg przestał padać i naszym oczom pokazały się wspaniałe widoki. Po drodze robimy masę zdjęć. Planujemy dostać się na czarny szlak i do Doliny Chochołowskiej iść Drogą Nad Reglami. Od wejścia na szlak droga pnie się lekko w górę. Idziemy po starych zasypanych częściowo śladach jednak nie jest na tyle głęboko by bardzo nas to męczyło. Dochodzimy do Przysłopu Kominiarskiego. Przepiękna polana z dwoma szałasami w których robimy krótką przerwę. Słońce pięknie świeci a widoki ładują nasze akumulatory. Ruszamy w kierunku Niżniej Polany Kominiarskiej. Od niej szlak zaczyna prowadzić dość mocno w górę i na całej swojej długości aż do zejścia do Polany Jama był nieprzetarty. Wymęczyliśmy się solidnie podchodzeniem w śniegu a w odcinkach gdzie lód zalegał na szlaku jeździliśmy jak na łyżwach. Do schroniska na Polanie Chochołowskiej dotarliśmy po 16.00. Sam budynek w środku zrobił na nas wspaniałe wrażenie. Pokoje i sanitariaty były bardzo czyste a jedzenie przepyszne co było miłym zaskoczeniem po obskurnym schronisku Ornak. Jeszcze nigdy w życiu nie jadłam tak wspaniałej szarlotki jak właśnie w tym schronisku. Obsługa była bardzo miła i sympatyczna. Wieczór spędziliśmy na oglądaniu zdjęć i rozmowach o tym co widzieliśmy. Cieszyliśmy się że punkt drugi na mapie naszego wyjazdu został osiągnięty. Zmęczeni ale szczęśliwi zasypiamy. Jutro wstajemy o 6.00 by wcześniej dotrzeć do kolejnego schroniska i mieć więcej czasu na wieczorne relaksowanie i korzystanie z uroków życia w górskich domach.

Dzień trzeci: Dolina Kondratowa.
Żal nam było opuszczać wspaniałą Dolinę Chochołowską ale planu nie chcieliśmy modyfikować. Pragnęliśmy poznać inne schroniska, inne zwyczaje i innych ludzi. Znaleźć miejsca w które z radością wracać będziemy i które latem staną się miejscami z których będziemy ruszać w góry. O 6.00 rano budziki rozdzwaniają się niemiłosiernie. Szybka kawa, śniadanie, pakowanie i o 8.00 ruszamy w drogę. Pozostawiamy za sobą budynek schroniska z przemiłą obsługą w środku i piękną Polanę Chochołowską. Droga do Siwej Polany przebiega pod naszymi stopami bardzo szybko. Czasami nawet za szybko co kończy się twardym lądowaniem. Bus jak na złość odjeżdża nam spod nosa a od górala dowiadujemy się że następny będzie za godzinę. Ręce mi opadają. Na szczęście ten przemiły człowiek ściąga dla nas tego Busa z powrotem. W Zakopcu robimy zapasy na kolejne dwa dni i jedziemy do Kuźnic. Przy dworcu zaopatrzyliśmy się w jeszcze jedną ważną rzecz – Dupozjazda :) Kupiony dla zwykłej fanaberii okazał się bardzo pomocny w kolejnych dniach naszych wędrówek po schroniskach. W Kuźnicach Justyny plecak znów nawala. Pęka drugie ramię więc znów na początku szlaku mamy problem. Wcześniej wymieniony z nazwy Dupozjazd właśnie rozpoczyna swoje pierwsze zadanie. Ruszamy niebieskim szlakiem do Doliny Kondratowej . Kudłaty został podkuty w raki i miał za zadanie wciągnąć dobytek górski Justyny do Schroniska. Szlakiem wspaniale się szło, był cały przetarty ale ilość ludzi na szlaku była bardzo duża. Na miejsce dotarliśmy koło godziny 13.30 i zaczął gęsto sypać śnieg. W schronisku ciepło i przytulnie a na dworze istne wariactwo. Jem najlepszą borowikową na świecie a przez szybę obserwuję to śnieżne szaleństwo. Spędzamy sporo czasu na dworze by nacieszyć się tą ilością śniegu bo żadnemu z nas nigdy nie było dane tego doświadczyć. Schronisko pustoszeje i z gości zostajemy tylko my i dwóch braci z Warszawy. Ponieważ wspaniała aura schroniska, gór w pobliżu i całej masy śniegu ma bardzo pozytywny wpływ na nas a energia nas rozpiera postanawiamy po odśnieżać przed schroniskiem co ku radości naszej gospodyni zamienia się w wojnę nie na śnieżki a na łopaty :) Na szczęście nikomu nic się nie stało. Przemoczeni ale szczęśliwi jak dzieci siedzimy do późna i bratamy się z nowymi kolegami Warszawiakami.

Dzień czwarty: Hala Gąsienicowa
Poranek wita nas wspaniałym piernikiem od naszej gospodyni Basi, która w ramach wdzięczności za odśnieżanie i odrobinę naszego wieczornego humoru postanowiła nas sowicie nim wynagrodzić. Żegnamy się obiecując szybki powrót. Znów nam żal odchodzić. Czuliśmy się tu wspaniale. Przed schroniskiem doznajemy szoku. Szlak zniknął po całonocnych opadach całkowicie. Brniemy w śniegu po uda z powrotem do Kuźnic. Zastanawiamy się jak dotrzeć do Murowańca. Nikt z nas nigdy tam nie był a śniegu jest bardzo dużo i co gorsza cały czas sypie. Plan pierwszy był taki by dotrzeć przez Boczań, drugi taki by wjechać kolejką na Kasprowy i schodzić żółtym szlakiem do Murowańca. Pracownik TPN-u spotkany w Kuźnicach oba plany nam odradził. Skonsultowaliśmy tę sprawę jeszcze z TOPR-em co by mieć pewność że nie narażamy się na jakieś niebezpieczeństwo i tu również odradzono nam oba plany. Został nam trzeci którego nie bardzo chcieliśmy brać pod uwagę, drogą transportową z Brzezin. Po przeanalizowaniu wszystkiego co usłyszeliśmy podjęliśmy decyzję że niechciany trzeci plan jest jedynym realnym dla takich żółtodziobów jak my :) . Powiedziano nam że szlak jest przetarty gdyż rano jechał samochód z transportem do Murowańca a dzień wcześniej pług. Po dotarciu Busem pod szlak okazało się że śniegu leży cała masa a po starych śladach samochodowych nogi wyginają się niemiłosiernie na boki. Przejście tym szlakiem było dla mnie drogą przez mękę. Kręgosłup pod obciążeniem zaczął mi siadać. Ponieważ od lat zmagam się z dyskopatią wiedziałam że ten ból sam nie przejdzie i będzie mi niestety towarzyszył do końca wyjazdu. Modliłam się tylko by jak najszybciej dotrzeć do schroniska. Do Psiej Trawki byłam już cała obolała i sama nie wiem jak udało mi się dotrzeć do samego końca. Kudłaty z Deranem całą moją drogę krzyżową wspierali mnie na zmianę. Tu chciałabym im serdecznie podziękować za wsparcie i cierpliwość bo mi łatwo nie było a wam ze mną wcale. :)
Widok schroniska na horyzoncie dodał mi sił. Obawiałam się tylko że okaże się fatamorganą i zniknie jak podejdę. Obsługa w schronisku pozostawia wiele do życzenia ale sam budynek jest po prostu piękny. Kucharki robią wspaniałe jedzenie niestety porcje malutkie a jednocześnie bardzo drogie. Przez mój kręgosłup przelewała się co chwila fala bólu i marzenie o łóżku w którym się wreszcie wyciągnę musiałam zrealizować w trybie szybkim. Przed snem dotarły mnie jeszcze słuchy że TOPR może w czwartek ogłosić lawinową 4. Zapowiadają silne wiatry i dalsze opady śniegu. Martwi mnie to bo jutro spory kawałek mamy do przejścia a mój obolały kręgosłup umęczy się jeszcze bardziej. Zasypiam z niemą prośbą do Boga by mój stan się poprawił i żebym dotarła o własnych siłach do kolejnego schroniska.

Dzień piąty: Morskie Oko
Budzę się o godzinie 6.00 i stwierdzam że oprócz lekkiego zesztywnienia z kręgosłupem nie jest tak źle. Spieszymy się dziś wyjątkowo bo długa droga w złych warunkach przed nami. Do tego mamy przymusowy powrót do Zakopanego po zapasy i pieniądze, które mogą spowodować wieczorne dojście do schroniska. Do Brzezin schodzimy drogą która wchodziliśmy. Śniegu znów napadało i było trzeba brnąć w nim po kolana a momentami po uda. Cały szlak prowadzi wśród drzew z których sypie się nam na głowy sporo strącanego śniegu. (średnia przyjemność) Mamy jednak sporo szczęścia bo Bus dociera pod szlak parę minut po nas. W Zakopcu żegnamy się z Deranem który musi wrócić natychmiast do Sosnowca. Po załatwieniu wszystkich pilnych spraw znów ruszamy busem, tym razem na Polanę Palenica by rozpocząć ostatni etap naszej wędrówki po schroniskach.
Zadziwiające widowisko rozgrywa się na szlaku. Pług kursuje to w górę to w dół przez cały dzień. Nie ukrywam że początkowo bardzo mnie to ucieszyło, nie miałam ochoty ponownie iść w śniegu po kolana. Nie minęło jednak pół godziny naszego spaceru jak wcześniejszy zachwyt przemienił się w stek przekleństw. Cała droga to jedna wielka oblodzona ślizgawka. Że nikt tam nóg nie połamał to zwyczajny cud. Rozdzielamy się. Ola z Justyną ruszają skrótami a ja z Kudłatym idziemy tym lodowiskiem ponieważ moje plecy znów o sobie przypomniały. Robie coraz częściej przystanki a droga wydaje mi się nie mieć końca. Nigdy nie lubiłam tego asfaltowego szlaku a tego dnia nienawidziłam go jeszcze bardziej. Od Włosienicy do samego schroniska nie było już odśnieżane więc znów w śniegu po kolana, przeklinając ciężar w plecaku, śnieg na drodze a w szczególności własną niedołężność pokonuję ostatnie 2km. Po 16.00 docieramy na miejsce. Moja wściekłość sięga zenitu gdy okazuje się że w pokoju temperatura jest bliska tej z dworu i wysiadło oświetlenie a na dobicie kuchnia tylko do 18.00 wydaje posiłki. Leżę pod kołdrą i ryczę z bólu, zimna a w szczególności z bezsilności. Nie mam nawet siły się podnieść. Zmuszona jestem lekami do pionu sie ustawić. Do żywych zaczynam wracać po godzinie. Mój humor się polepsza wraz ze wzrostem temperatury w pokoju i działaniu leków przeciwbólowych. Naprawione oświetlenie i zejście na czas na obiad ma na mnie zbawienny wpływ. Wieczór mija nam na suszeniu wszystkiego co mieliśmy. Rzeczy z plecaków i z całego dnia jak nie mokre to przynajmniej wilgotne były. Ciuchy wisiały dosłownie wszędzie. Jak nie w oknach to na wszystkich możliwych gwoździach i meblach.
Jak co wieczór z Kudłatym udajemy się porobić zdjęcia . Stare Schronisko Morskie Oko pięknie się prezentuje ale szczytów nie widać ani trochę. Kładziemy się spać później ale jutro nie musimy się zrywać i nigdzie spieszyć. Budziki ustawiamy na 9.00.

 

Dzień szósty: Dolina Roztoki
Oczy otworzyłam ku własnemu niezadowoleniu o godzinie 7.00. Na siłę próbowałam pospać jeszcze trochę ale wreszcie się poddałam. W pokoju było przyjemnie ciepło i bardzo jasno. Jedno spojrzenie przez okno i cichy jęk zadowolenia zbudził wszystkich. Śnieg przestał padać a widoczność była rewelacyjna, zapowiadał się słoneczny piękny dzień. Widok pięknych ośnieżonych szczytów starł z moich powiek resztki snu. 20 minut później stałam na zewnątrz schroniska z aparatem w ręku. Reszta moich towarzyszy dobiegła do mnie po kilku minutach. Spędziliśmy sporo czasu obserwując jak słońce pieści po kolei ośnieżone szczyty. Stałam oczarowana i szczęśliwa tym pięknym widokiem. Bóle pleców i inne niepowodzenia przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Doceniłam własny wysiłek właśnie tego dnia. Grzejąc się w zimowym słoneczku i ciesząc oczy cudownymi widokami uświadomiłam sobie że tak właśnie pragnę żyć i zniosę wiele. Do godziny 11.00 spędzaliśmy czas obserwując ciągle zmieniający sie widok, napływające czasem chmury tańczyły ze słońcem nad szczytami. Ostatnia podróż będzie krótka więc nie spiesząc się ani trochę zaczynamy przygotowywać się do zejścia do Doliny Roztoki. Niosę mój plecak 2km do Włosienicy i pomimo tego że mój przyjaciel ból się nie pojawił rzucam plecak na dupozjazda co by losu nie kusić. Do samego schroniska w Roztoce idę na lekko. Nadwyrężone plecy czasami dają o sobie znać ale na krótko. Śliskość na drodze nie zmieniła się od dnia wcześniejszego ani trochę. Do Roztoki docieramy po 14.00 Jest tu pięknie i magicznie. Śniegu uzbierało się tu do pasa ale szlak jest przedeptany. Zadziwia mnie ilość ludzi ponieważ w większości schronisk kręciły się pojedyncze osoby a tu tłumy. Okazało się że odbywają się w Roztoce szkolenia lawinowe. Większość dnia przyglądamy się i słuchamy TOPR-owców. Dowiadujemy się sporo o technikach ratowania ludzi. Pierwszy raz mam okazję zobaczyć psa ratownika w akcji, mało tego sama stałam się obiektem poszukiwań (oby zawsze tylko szkoleniowo) Przemiły Toprowiec opowiedział mi również sporo o szkoleniach i pracy czworonożnych ratowników. Wieczorem wrócił do nas Deran. Biesiadujemy do późna przy piwku i wspaniałościach kuchni. Nocna sesja z Kudłatym oczywiście musiała się odbyć. Zasypiając o 3.00 analizuję nasz wyjazd, myślę o ludziach którzy ze mną tu są i ciesze się że udało mi się cały plan zrealizować.

Dzień siódmy: Zakopane i powrót do domu.
Ranek jest bardzo cichy, każdy z nas pakuje się w skupieniu. Milczące śniadanie jest wynikiem żalu że już koniec naszej przygody. Każdy krąży z aparatem i przegląda zdjęcia, wspomina i marzy by cofnąć czas i móc przeżyć to znów. Koło południa ostatni raz patrzę na to magiczne miejsce ale wiem że tu wrócę. Droga mija nam pod stopami w ciszy. W busie też mało co rozmawiamy. Taki żal odczuwam za każdym razem gdy opuszczam góry i wiem że znów będę zmuszona czekać i marzyć o powrocie. W Zakopcu zostawiamy bagaże i ruszamy na zakupy. Koniecznie muszę odwiedzić moją ulubioną księgarnię i znów zaopatrzyć się w literaturę górską.
Tym razem powracam z książkami o Wandzie Rutkiewicz. (skrobnę parę zdań w temacie książki jak tylko je przeczytam) Czas wracać. Żegnam się z tym wspaniałym miejscem pełna żalu ale i radości że było mi dane. Cieszę się bo byli ze mną moi przyjaciele bez których góry nie miały by takiego smaku jaki mają, bez których nie przeżyłabym i nie wiedziała tego wszystkiego co miałam okazję przez ten tydzień, bez których Tatrzańskie Zimowe Marzenie nigdy by się nie spełniło.

Na samym końcu chcę serdecznie podziękować:
Kudłatemu za nocne sesje w plenerze, które sobie bardzo cenię nie tylko za bogata ilość pięknych zdjęć ale i za rozmowy , które wzmacniały mojego ducha po bólach dołujących mnie niesamowicie.
Deranowi za to że dołączył do nas wnosząc niesamowite poczucie humoru i energię.
Justynie za energię którą zarażała i entuzjazm.
Mojej przyjaciółce Oli za to że była ze mną od początku mojej górskiej pasji i dała się niesamowicie zarazić. Jak również za ogromne wsparcie.
Podziękowania należą się również Carlosowi, który pomimo że ciałem nie był to duchem był stale z nami. Również za to że wspomagał nas swoją wiedzą, kontrolował pogodę, dawał wskazówki : co, gdzie, którędy.
Do zobaczenia na kolejnym wyjeździe już wkrótce.:)

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com