Korona Gór Polskich - mapa

Beskid Makowski - Lubomir - mpie

Dzień Pierwszy

3:45. Sobota. Dzwoni budzik. O Jezu, kto go na taką niechrześcijańską godzinę nastawił? A no tak, ja sam. Przecież dziś jest Wielka Wyprawa. A może by tak iść spać dalej i powiedzieć że zaspałem? Nie, no bo jak zostanę w domu będę musiał myć okna. Też bez sensu. Wstaje więc po chwili - Korona wygrała z domowymi porządkami. Nieznacznie, ale jednak.
Szybka toaleta, ubranko i dopakowanie plecaka. Śniadanko pomijam bo żołądek jeszcze śpi. Co go będę budził. Na dworzec mam pół godziny spaceru. Ciemność prawie całkowita, nawet uliczne lampy jeszcze śpią. Na dworcu zimno. Dobrze że autobus zaraz przyjedzie. W środku się zagrzeję, myślę sobie. Po chwili faktycznie przyjeżdża. I co? Ha! Nic. Kierowca przyjechał prosto z zajezdni więc w środku pojazdu zimno jak na zewnątrz. Wsiadam i czekam na włączenie grzanka. Niestety, okazało się że początkowo byłem jedynym pasażerem, więc kierowca wyszedł z założenia że dla nas dwóch nie warto się fatygować i przekręcać wajchy od robienia ciepła. Z tęsknotą myślę o pozostawionych w domu zimowych rękawiczkach i ciepłej polarowej czapce. Jedyna korzyść z tego jest taka że nie grozi mi zaśnięcie w tej lodówce i ewentualne przespanie właściwego przystanku.
Przed Mszaną wyciągam mapę żeby spojrzeć dokładnie gdzie mam wysiąść. Zgodnie z planem reszta grupy powinna już nadjeżdżać z drugiej strony autobusem z Myślenic (dokąd mieli dojechać autem Jendrusza). Dzwoni telefon. Szef. U nich wszystko OK, chociaż mają niewielkie spóźnienie - właśnie wyjeżdżają z Krakowa. Szybko przeliczamy nasze czasy dotarcia na miejsce spotkania i wychodzi nam że będę miał 45 minut, co najmniej 45 minut na zwiedzanie Pcimia. Co tam.
6:44. Wysiadam na Dworcu Głównym w Pcimiu (jak to eufemistycznie określił kierowca autobusu). Dobrze że wiem czego się mogę spodziewać. Dokoła mnie tylko orne pola czyli środek budowy zakopianki, jakiś hotel w oddali, i jedna oaza dla spragnionego wędrowca - czyli knajpa Chata Sasa. Wypiję sobie gorącą herbatkę, myślę. Albo i nie wypiję - czynne od 9. Jako że w Pcimiu nie ma za bardzo co zwiedzać (zwłaszcza w zimny i wietrzny poranek) więc te trzy kwadranse spędzam na pobliskim przystanku, z nudów licząc przejeżdżające samochody. Wreszcie przyjeżdżają. Wyskakują wszyscy dwu- i czworonożni pasażerowie. Witam się z Kasią, Dżagietką i Jarkiem. Poznaję dwóch nowych grupowiczów - Jendrusza i Larego. Sympatyczna parka. Jeszcze tylko zostawiamy samochód na parkingu przed hotelem, ubieramy plecaki, w tym duża reklamówka z żarciem dla pieska (czemu on u licha nie ma też plecaka?) i szybko wyruszamy na szlak.


Wreszcie jesteśmy w drodze. Początkowo asfaltem wśród kurzu budowy, stopniowo zostawiamy jednak za sobą cywilizację i coraz bardziej wchodzimy w las. Stromo, momentami nawet bardzo. Przez co niektórym dość szybko zaczęły nasuwać się pytania typu "co ja tutaj robię?". Świadczyły o tym chociażby świszczące oddechy i coraz wolniejsze tempo marszu. Tylko Lary był szczęśliwy. Jendrusz spuścił go ze smyczy i psiak brykał sobie po całym lesie, w rzeczywistości robiąc trzy razy dłuższą trasę niż my. Cóż, co cztery łapy, to nie dwie. Zwłaszcza że z dobroci serca i miłości do zwierząt, jego plecak (czytaj: wielka reklamówę z suchą karmą) niesiemy na zmianę sami.


Szlak do schroniska nie jest długi - zgodnie z mapą około 3 godzin marszu. Co by nam nie było zbyt łatwo i monotonnie po drodze czekają na nas różnorodne niespodzianki. Takie jak błoto po kostki, kilometry asfaltu przez środek wsi i oczywiście obszczekujące nas wszystkie okoliczne psy, które na widok Larego bardzo wyraźnie i głośno informują nas że nie lubią obcych.


Na szczęście trafiają się też drobne przyjemności, w postaci wspaniałych widoków z majaczącą w oddali majestatycznie Babią Górą. Przy odrobinie wyobraźni możemy dostrzec ośnieżone wierzchołki Tatr. Na górze widzimy także pierwsze oznaki nadchodzącej wiosny - czyli bazie. Szlak wyprowadza nas drogą ponad wieś kończąc się błotnistą polaną, gdzie znajduje się Schronisko na Kudłaczach. Obok budynku schroniska pod lasem widzimy zadaszoną wiatę, w środku której znajduje się palenisko. Oczyma wyobraźni wszyscy widzimy na kolację pieczone kiełbaski z ogniska. Jest tylko jeden problem. nikt z nas nie ma kiełbasy.
Wtedy dowiadujemy się dlaczego to Szef jest Szefem. Jarek wyciąga telefon i dzwoni do Agaty. Krótka rozmowa i po chwili juz wiemy że wieczorem przy ognisku będzie nas więcej. Umawiamy się z Agatą w pobliżu góry Chełm. To ponad 2 godziny drogi. Idziemy więc do schroniska zrzucić plecaki i zostawić zbędne rzeczy.


Po chwilowym odpoczynku i drobnym posiłku idziemy na pokoje. Tu - zaskoczenie. Zamiast łóżek - "lotnisko" czyli wielkie łoże, w rzeczywistości złożone z połączonych ze sobą trzech normalnych piętrowych łóżek. Jarek zdecydowanym gestem zajmuje dla siebie całą górę. Nikt z nas nie ma odwagi zaprotestować, chociaż w głębi duszy przyznajemy mu rację. Jak się położy wzdłuż, to będzie to jego pierwsze schronisko w którym zmieści się bez problemu ze swoja długością. Widząc jednak nasze niepewne miny zdobywa się na szlachetny gest i oświadcza że ostatecznie moje wziąć do siebie "w nogi" jedną osobę. Wybór pada na Dżagietkę.
Po wyładowaniu bagaży ruszamy znów na szlak. Na Chełm. Po Agatę. Na szlaku, oprócz wszechobecnego błota i częstych domków letniskowych widzimy także kilka kapliczek. Po drodze zauważamy wielką polanę z rzadka gdzieniegdzie wystawiającymi swoje główki krokusami. Rozłazimy sie po tej łące. Każdy z aparatem fotograficznym w dłoni polujemy na najpiękniejsze ujęcie. Wreszcie, gdy już chyba każdy z rosnących tam kwiatów został zapamiętany dla potomności, ruszamy dalej. Agata już tam pewnie czeka. I faktycznie czekała. Trochę zmęczona, nie do końca pewna czy wszystko wzięła, ale szczęśliwa wita się z nami. Jest tak pięknie że postanawiamy tu chwilę posiedzieć. Dżagietka, Kasia i Jendrusz zjeżdżają kolejką na dół do Myślenic po piwo. Ja błąkam się po lesie. A Agata z Jarkiem siedzą na słoneczku i pilnują Larego.
Po powrocie ekipy z dołu szybko wypijamy zimnego(!) żywca i ruszamy z powrotem. Dziś czeka na nas jeszcze Lubomir. Prowadzeni przez Agatę tempo mamy dość ekspresowe. Chęć zobaczenia krokusiej łąki (czyżby obawa że znikną?) dodaje jej skrzydeł. Tam - oczywiście kolejna sesja fotograficzna. Krokusy chyba się już do tego przyzwyczaiły, bo nie wygląda żeby im to przeszkadzało.


Kwadrans przed schroniskiem dostajemy kolejną miłą wiadomość - Antenka na nas czeka! Skończyła pracę, zapakowała się do samochodu i przyjechała. Super! Przyspieszamy kroku by po chwili przywitać się z Naczelnym Śpiewcą Grupy. Wspólny posiłek i przygotowanie do głównego ataku na szczyt. Gotowi do boju wychodzimy ze schroniska. I nagle konsternacja. Przed nami natura kończy właśnie przygotowania do wspaniałego zachodu słońca. Niebo zaczyna przybierać niesamowite kolory, a majaczące na horyzoncie góry zaczynają zapraszać złotą, jakby zawieszoną nad nimi słoneczną kulę aby schowała się w nie. Krótka narada i zostajemy na zachód. Lubomir może poczekać. Do jutra.


Z zapartym tchem, od czasu do czasu zwalniając migawkę w naszych obiektywach, oglądamy jak słońce powoli wpływa za nierówną linię horyzontu zmieniając barwę na coraz to zimniejszą. By po chwili zniknąć całkowicie.


Koniec dnia. Czas przygotować drewno na ognisko. Dziewczyny znikają w schronisku, my jako mężczyźni musimy się w końcu czymś wykazać. Krótka rozmowa z właścicielem schroniska nic nam nie przynosi - swojego drewna nie chce dać. Ale przynajmniej wskazuje najlepszy kierunek, w jaki powinniśmy się udać, by długo go nie szukać. Wskazówki okazują się na tyle cenne, że już po kwadransie mamy wystarczający zapas drewna. Szef znów pokazuje klasę i rozpala ognisko bez użycia zapałki i papieru. Do przybycia damskiej części grupy ogień pali się już w najlepsze.


Wreszcie nasze damy pojawiają się, ale ku naszemu zaskoczeniu omijają nasze ognisko szerokim łukiem udając się w siną dal. No cóż, nawet Jarek twierdzi że kobiety trudno zrozumieć. Na szczęście towarzyszy nam jeszcze jedna przedstawicielka płci pięknej - Agata, która zajmuje się bardziej właściwymi rzeczami. Bawi się w kucharza przygotowując i piekąc nam kiełbaski. Kobietki jednak wracają, niosąc ni mniej ni więcej, tylko... tort urodzinowy dla Jarka. Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszyscy wyciągamy poukrywane wcześniej prezenty. Nie wiemy czy Szef się tego spodziewał czy nie, bo jego zwykła maska indianina na twarzy niczego nam nie zdradza. Ale sądząc po ilości czasu jaki stał nic nie mówiąc z prezentami w dłoni, musi być mile zaskoczony. Tort podczas swojego transportu na górę (niesiony, jak się okazało, w reklamówce z hipotetyczną psią karmą) stracił trochę ze swojego pierwotnego wyglądu. Ale nikomu to nie przeszkadza. Jest pyszny i zjemy go później już w pokoju.


Przy ognisku, oprócz standardowego wspólnego "Sto lat", Antenka odśpiewuje jeszcze swoim niesamowitym głosem kilka góralskich piosenek. Jest zimno więc siedzimy blisko ognia. Nagle, o zgrozo! Jendrusz wyciąga żubrówkę! Jako nowy, nie zna widocznie naszych zasad. Ale my sami ich chyba też nie znamy, bo prawie wszyscy bez żadnych skrupułów, by nie powiedzieć z zadowoleniem, wlewamy w siebie rozgrzewający napój.


Siedzimy długo, jednak zdając sobie sprawę że jutro musimy wcześnie wstać (w końcu Lubomir nadal czeka) powoli zbieramy się i odchodzimy w stronę schroniska. Jeszcze tylko zostaję chwile dłużej z Jarkiem żeby ugasić ognisko, po czym obaj udajemy się do schroniska za resztą.


Tu dowiadujemy się o ogłoszonym właśnie "Dniu brudasa". Łazienka jest zamknięta na klucz. Spoglądamy na nasze czarne dłonie i uśmiechamy się do siebie. Idziemy się myć w śniegu. Kasia posuwa sie o krok dalej i kombinując od Jendrusza trochę wody mineralnej udaje się na pole (dla mieszkańców Wrocławia i okolic czytaj: dwór) by umyć zęby. Gdy wraca, wszyscy juz leżą w swoich śpiworkach. Wyjątkiem jest Lary, który ma jeszcze ochotę się przespacerować na zewnątrz. Kasia znów więc wybywa w ciemną i wietrzna noc. Przy akompaniamencie chrapania Jendrusza (co by Anetce nie było smutno bez mantka) i niepokojących odgłosach skrzypienia górnego łóżka (cóż oni tam robią?) wspominamy jeszcze przez chwilę wrażenia kończącego się dnia. Po chwili wraca Kasia z Larym i tuz przed północą wszyscy powoli zapadamy w sen.



Dzień Drugi

W niedziele budzimy się o 6:00. Jako pierwsza ze swojego śpiworka wypełza Agata. Inni jeszcze chwile leżakują. Ale pół godziny później wszyscy już wstają. Zupełnie niepotrzebnie i nie wiadomo po co. Umywalnia nadal zamknięta. Nawet nasze głośne tupanie po schronisku nie robi na nikim żadnego wrażenia. Dopiero przed godzina ósmą ktoś się zlitował i zszedł do nas na dół, otwierając łazienkę i kuchnię. Na śniadanie wykańczamy resztki urodzinowego tortu przegryzając go zwyczajowym kabanosem. Jeszcze tylko fotka na tle schroniska i ruszamy znów na szlak. Kierunek - Lubomir. Początkowo zimno, jednak wraz ze wzrostem wysokości robi sie coraz cieplej. Jest też coraz więcej śniegu. Mokrego i wilgotnego. Przynajmniej się nam buty umyją. Ładnych widoków jest jak na lekarstwo, ale świadomość zbliżającego się zdobycia kolejnego szczytu Korony gna nas do przodu.


Po drodze Kasia próbuje zastąpić Jarka w zamykaniu tyłów. Szybko się to jej jednak nudzi. Teraz ja przejmuje rolę "czerwonej latarni". Z plecakiem na plecach i statywem w łapie nie mam się gdzie spieszyć.


W końcu dochodzimy na szczyt. Tu - lekkie rozczarowanie. Wszystko co widać to niewielka polanka z kamieniem oznaczającym wierzchołek i drzewa wkoło. Widoków zero. Za to wieje zimny wiatr. Ruiny obserwatorium astronomicznego ograniczają sie do trzech kamiennych schodów, gdzieniegdzie porośniętych mchem. Nie zaprzeczę, że liczyłem na coś więcej. Ponieważ czeka nas jeszcze długa droga do domu, po pstryknięciu zwyczajowych zdjęć, ruszamy z powrotem. Po drodze w schronisku zatrzymujemy się jeszcze tylko na bigosik i piwko. Po posiłku zabieramy plecaki, żegnamy się z właścicielami i wyruszamy ponownie na szlak.


Po dwustu metrach zatrzymujemy się. Ups. Tu stoi samochód Antenki. Z szybkością błyskawicy poraża nas jedna myśl: to początek końca wyprawy. Tak, to prawda, tu rozstajemy się z Agatą i Anetką. Żegnając się, wiemy że więcej ich już nie zobaczymy. Gdzieś tam w środku każdy z nas czuje coś jakby lekki smutek. Do odjeżdżających dziewczyn dołącza jeszcze Dżagietka, ale ona będzie na nas czekać w Krakowie.


Trasa w dół mija nam o wiele szybciej niż dzień wcześniej. Bez zbytniego opóźnienia docieramy do Pcimia, wsiadamy w samochód i wyruszamy do Krakowa. Dajemy się namówić Jarkowi i jedziemy spróbować "najlepszą czekoladę na świecie". W Krakowie szukając miejsca parkingowego robimy tylko dwie pętle. Przed wejściem do kawiarni spotykamy Dżagietkę. Tam mamy poważne obawy czy takich brudasów z plecakami jak my, i jeszcze z wielkim psem, gdziekolwiek wpuszczą. Nasze wątpliwości rozwiewa zdziwiony pytaniem sam kelner. Wchodźcie, mówi.


Czekolada, a później szarlotka i kawa są wyśmienite. Niestety wszystko co dobre, kiedyś sie kończy. Na parkingu musimy pożegnać się z Kasią, Jendruszem i Larym, Czeka ich jeszcze długa droga do domu. Po krótkim instruktażu jak mają jechać żeby wyjechać z centrum na autostradę, odjeżdżają. Zostaje nas tylko troje. Smutno robi sie tak jakoś coraz bardziej.


Idziemy jeszcze na chwilkę pod Wawel usiąść nad brzegiem Wisły by pożegnać Kraków. Potem szybkim krokiem udajemy się w kierunku dworca autobusowego. Tu odbywa się ostatni akt spektaklu.


Godzina 19:00. Pożegnanie Dżagietki. Basia wsiada do autobusu i odjeżdża. Wewnętrzny smutek narasta. Piętnaście minut później na przystanek podjeżdża mój autobus. Szybki uścisk dłoni z Jarkiem i znikam w otwartych drzwiach pojazdu. Mój smutek osiąga apogeum. Ale trwa on tylko ułamek sekundy. Chwilę później podejmuję decyzję: jadę następnym razem, bez względu na koszty. To wystarcza by powrócił do mnie dobry nastrój. Autobus wyjeżdża z Krakowa, a ja uśmiecham się w duszy na myśl o następnym spotkaniu. Do Zobaczenia Na Szlaku!




Opis autorstwa: mpie

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com