Tatry-cichym ścigałem je lotem; wrzesień 2010

2 wrze'10 - d.1  Kasprowy - Świn.P. - Karb - Murowaniec

wrzesień 2010

d.1 - Kasprowy - Świnicka Przeł. - Karb - Murowaniec

Po wyjściu z kolejki zapoznaję Anię i Marcina, którzy mieli zamiar ruszyć w tę samą stronę - jeszcze tej trasy nie przechodzili, więc postanowili się do kogoś przyłączyć.
Do Liliowych prowadzą ślady 2 osób, często zawiane, bo aura wietrzna, plus brak widoczności, więc o fotkach można zapomnieć - z przełęczy na przemian z Marcinem torujemy drogę.
Dopiero coś można ustrzelić od Skrajnej Turni.


Jest 2 września, a wokół lód na przemian z twardym oraz kopnym śniegiem, bez raków drogę pokonujemy powoli.
Wokół nas tylko mleczna biel, ale na Pośredniej Turni zaczęło się bardziej przejaśniać - bawimy tu dłużej, bo nie wiadomo, czy ponownie chmury nas nie okryją.
Grubość pokrywy śnieżnej ok.30cm, dochodząca miejscami do pół metra. A Kris chciał mi pożyczyć swój sprzęt - ale nieee, przecież jeszcze lato, więc ile tego śniegu może zalegać...
A od 1900 m panuje typowa zima.


Za chwilę zejdziemy żlebem ze Świnickiej Przełęczy. Na Świnicę się nie pcham - bo i sprzęt by się przydał, samotnie w takich warunkach to co innego, a i ostatnio byłem zimą na szczycie 7 miesięcy wcześniej z tej samej strony.

W żleb opadający ze Świnickiej Przełęczy pierwszy zapuszcza się Marcin.


Wyglądem przypomina górną część drogi No 3 Gully przy Ben Nevisie, przy czym ten szkocki charakteryzuje się większą stromizną, a z którego 30 gru’09 lawina porwała 3 mężczyzn (2 nie przeżyło).
Śnieg jest tu twardy, wygląda na stabilny, temperatura ok. -2 czy -4 st., skały pokryte szronem oraz lodem, na tej wysokości typowe warunki zimowe – w niczym nie przypomina to letniego dnia 2 września.
Ale dopiero gdy kompan zniknął nam z oczu jakieś 50 m niżej zezwalam Ani wejść na przetarty szlak. Jest to ich pierwszy zimowy raz w Tatrach, więc czuję za nich jakąś odpowiedzialność – beze mnie nie odważyliby się tu zapuścić, pierwszy raz są w tym miejscu, i od razu zimą.
Czasu mamy dość, więc dziewczyna schodzi ostrożnie, lecz z pewną dozą adrenaliny w wypowiadanych przez nią słowach. Kolej na mnie, staram się nie naruszać zbytnio śniegu, który sunąłby się w dół narażając ją na niepotrzebny stres. Zerkam na przełęcz.


Po wyjściu ze skalnej gardzieli, nachylenie jest nieco łagodniejsze, lecz śnieg traci tu zwartą konsystencję i osuwa się spod nóg. Ania stanęła prawie w miejscu i zaczyna nieporadnie schodzić tyłem, słyszę w jej głosie oznaki strachu, oby nie wpadła w panikę. Nakazuję jej na nic nie robić i zaczekać chwilę na mnie, więc gdy już jestem przy niej tłumaczę, co ma robić. Mój głos jest spokojny, opanowany – jestem trochę tym zdziwiony, ale wiem, że tylko tak może się ona uspokoić, bo wygląda jak sparaliżowana. Trzymam ją mocno za dłoń, mówię i pokazuję jak ma się poruszać, jak postąpić w razie poślizgu. Schodzimy tak razem kilkadziesiąt metrów, więc czas, aby sama spróbowała swoich sił, bez mojej pomocy. Z oporami, ale daje się namówić, bo przecież nie może zawsze liczyć na czyjąś pomocną dłoń.
Jestem tuż obok niej „w razie czego”, ale już sama pokonuje zejście. Prawie dygocze, jednak idzie jej coraz sprawniej, więc na niewielkim już nachyleniu Świnickiej Kotlinki odłączam się od niej i zbiegam do Marcina, któremu spodobał się dupozjazd od połowy ostatniego odcinka.
Krótki postój u stóp Świnicy i proponuję trawers na Karb, zamiast przecierać szlak śladem letniego, ponieważ im niżej, tym śnieg bardziej mokry, pod nim chlupie już woda, a będzie jeszcze wilgotniej. Mojemu obuwiu to nie przeszkadza, natomiast oni zauważyli zmiany na swoim.


W oddali, za Zadnim Stawem Gąs., widzę zarys zasypanej ścieżki, lecz najpierw kluczymy wśród głazów bez pośpiechu, bo wpadamy często w powietrzną pustkę. Zatrzymujemy się na skale ponad stawem, który musimy obejść. Cofamy się nieznacznie i obchodzimy go po północnej stronie. Teraz trochę spokojniej, bo trawersujemy po śniegu lekko w górę omijając nierówności terenu.


Ale dalej jest trochę gorzej – nachylenie stoku się zwiększa i zmuszeni jesteśmy znowu kluczyć wśród kamyków i czasem na nie się wspinać, bo pustka pod śniegiem jest tutaj zdradliwa. Poruszamy się w niedalekiej odległości od ściany Kościelna, z którego odpadają topniejące kawałki lodu. Nie widzę zagrożenia, ale Ania od kilku minut nakłania nas na zejście wprost na Długi Staw z obawy przed oberwaniem się lawiny. Na tej wysokości 1900m śniegu jest tu niewiele, poza tym podłoże sprzyja związaniu go z białym puchem, więc staramy się ją uspokoić, ale nie zmieniamy kierunku, co wiązałoby się z większą akrobatyką pokonywania głazów i szczelin między nimi – letniej ścieżki nie mam zamiaru odszukiwać, bo można stracić więcej czasu niż byłoby to warte.
Trawers lekko w dół dla jej spokojności, ale znowu przez fragment ruszamy prosto pod górkę w kierunku ściany Kościelna omijając większe bloki skalne i wychodzimy na wygodniejsze podłoże śnieżne.


Kierując się teraz wprost na Karb natrafiamy na zawianą ścieżkę, której torowanie jest nie mniej uciążliwe niż kluczenie wśród kamyków. Na przełęczy krótki odpoczynek i przez Mały Kościelec schodzimy nad Czarny Staw Gąs. – Marcin wybiera zjazd jednym z niewielkich żlebów, ja schodzę z Anią wydeptanym letnim szlakiem, okrutnie wyślizganym. Wolałbym pójść w ślady kompana, jednak 1 głos jest przeciw, więc nie zostawiam jej samej na szlaku – ale o prowadzeniu za rękę nie ma już mowy…
Nad stawem tradycyjna fotka…


… i zejście do Murowańca, gdzie - za (jak to określili) cudowną wycieczkę - uraczono mnie browarem. Po tym miłym geście i kolejne podzięce za spokój i opanowanie w chwilach dziewczęcej trwogi rozstajemy się – oni podążają na niziny, ja zostaję w schronisku z dylematem: co dalej? bo moje plany całkowicie się zawaliły. Na Świnicy, Kościelcu, Żółtej, Wierchu pod Fajki, Skrajnym byłem ostatniej zimy.
Na jutrzejszy wieczór jestem umówiony w MOku. Tylko czy mi się chce ruszać tam bez sprzętu w te anomalia pogodowe?

→ 7 km
↑ 300 m
↓ 750 m

https://picasaweb.google.com/105168701637958549387/TATRYKoziWZimowyWrzesien2010090205

3 wrze'10 - d.2 Murowaniec - Zawrat - Piątka - M.Oko

d.2 – Murowaniec – Zawrat – Piątka – M.Oko
Pokój zwalniam równo z dobą hotelową. Wciąż nie wiem czy mi się chce, bo plany uleciały, wciąż wypominam sobie propozycję Krisa – bez głębszego zastanowienia zrezygnowałem z pożyczenia raków i czekana, bo przecież jeszcze jest lato… Na zewnątrz zupełnie inaczej to wygląda.
Przy śniadaniu słyszę, że sporo osób wybiera się do Piątki przez Zawrat, jakaś dziewczyna samotnie wystartowała z Zakopca i chce ruszyć tak jak większość z zejściem Dol.Roztoki i powrotem do miasta . Podziałało to mi jakoś na ambicję, chociaż wciąż nie mam ochoty przejść tylko przez przełęcz i jestem bliski zrezygnowania ze spotkania w M.Oku - wczoraj w trakcie telefonicznej rozmowy poinformowałem o panujących warunkach, i żeby zabrali sprzęt zimowy (nie usłyszałem potwierdzenia ani zaprzeczenia, nie wiem dlaczego).
Jednak decyzję podejmę na Zawracie i o g.11 opuszczam Murowaniec. Nie śpieszy mi się, człapię z jakimś niezdecydowaniem, co dalej. Pierwszy postój przy stawie – aż pół godziny.


Drugi nad Zmarzłym g.12.30 – w Zawratowy Żleb weszło 14 osób, więc znowu ok.30 min., aby zdążyli wejść na przełęcz zanim ja znajdę się w ich obecnym miejscu. Czas na doładowanie kalorii i wchłanianie widoków - jednak już wolę zimową scenerię od letniej.


W międzyczasie parę osób mija mnie w drodze na grań. Czas ruszyć za nimi, aby w żlebie wysunąć się na czoło. Tam 12-latek jest mocno wystraszony, więc mimo wygodnych stopni zrobionych przez poprzedników wykuwam je często głębiej, aby poczuł się wygodniej. W końcowej części spadający z Zawratowej Turni topniejący lód powoduje, że zakładam kask i odbijam na lewo robiąc nowe ślady, bo chłopak jest bliski paniki.


Na Zawracie g.13.40 znowu półgodzinny postój – tu kontaktuję się z umówionymi 4 osobami (gdzie są w trasie i jaki przewidują czas przybycia do M.Oka – przed północą). W takim razie spotkamy się tam i dzwonię do tamtejszego schroniska, aby zarezerwować nocleg. Dzisiaj zaczyna się weekend, więc do g.20 miejsce będzie trzymane. Mówię, że będę ok.19, a na pytanie gdzie obecnie jestem pani poddaje w wątpliwość, że dotrę na czas. Proponuję deal – jeśli będę za 5h to nocleg za free, a jeśli później to zapłacę podwójnie. Propozycja została odrzucona.


Im niżej tym śnieg coraz bardziej mokry, dziś jest cieplej niż poprzedniego dnia, ale cała dolina pokryta śniegiem.


O g.15.40 docieram do Piątki, gdzie najchętniej bym został. Spędzam tu półtorej godziny ociągając się z ruszeniem w dalszą drogę. W międzyczasie chmury się rozwiały odsłaniając wszystko dookoła. Wydeptana ścieżka prowadzi wąskim żlebem wprost na Kopę powyżej Świstowej Czuby. Strome wejście z widocznymi śladami dupozjazdów, nie zawsze planowanych, o czym słyszałem w schronisku. Nikt nie podąża w moim kierunku, jeszcze kilka osób udaje się do Piątki, a ja schodzę z linii ewentualnego zjazdu kogokolwiek.


Między Kopą a M.Okiem spotykam tylko 1 osobę idącą z naprzeciwka, zamieniliśmy parę słów – nie miałem pojęcia, że nasze drogi jutro się skrzyżują, że ma na imię Ania, że jest partnerką Fogla z tego forum (jaki ten świat mały).
Do schroniska docieram o g.19.20, pozostali prawie 4h później. Lekko się zdziwiłem, że nie mają sprzętu zimowego – dopiero się przyznali, że w Tatrach po śniegu jeszcze nie chodzili, więc tu nie mamy czego szukać, bo wokoło nic nie przedeptane.


→ 12 km
↑ 900 m
↓ 1000 m

https://picasaweb.google.com/105168701637958549387/TATRYKoziWZimowyWrzesien2010090205#5742161192490203746

 

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com