Tatry-cichym ścigałem je lotem; wrzesień 2009

31 VIII'09  Zazadnia - Waksmundzki

D.1 – wyścig z czasem

Wybierając się na niedzielne skałki byłem już spakowany na wyjazd w Tatry, w które ruszyliśmy ze Szczepanem kilka godzin po dotarciu do Wrocławia.
W Zakopcu lądujemy następnego dnia rano, gdzie już czeka na nas Milka, ale pomimo wczesnej pory dopiero w południe wysiadamy przy Zazadniej.


Przy strumieniu Milka czyści plamę ze spodni, a my wymieniamy w męskim gronie spojrzenia… (czym to obdarzy nas przyszłość? - a pierwszy biwak już za parę godzin),
[powyższe zdanie nieco zmieniłem, i nabrało właściwszego znaczenia]
po czym ruszamy ku Wiktorówkom, gdzie przy pamiątkowej tablicy wspominam Jaśka.



Stąd krótki skok na Rubinową Polanę, na której dyskutujemy o wariantach dzisiejszej wędrówki.


Po dłuższej chwili jesteśmy na Gęsiej, później gdzieś tam dalej…


… a na razie wchłaniamy Bielskie z Wysokimi.


Poprzednich dwa postoje pochłonęły sporo czasu (przy kaplicy Milka była umówiona ze znajomymi), więc powoli zaczynamy się motywować, gdyż do zachodu słońca coraz mniej czasu. Nasze wcześniejsze plany ulegają zmianom i od Waksmundzkiej Równi raźniej poruszamy się na szlaku (z nie małym trudem dotrzymuję kroku idącym przede mną) - wygrywamy wyścig z czasem, więc przy Pańszczyckim Potoku chwila odpoczynku.


Trochę wody dla ochłody, i po chwili znajdujemy się na rozdrożu…

… prosto na południe w głąb Pańszczycy. Nie jest już za ciepło, ale bagaż oraz tempo na podejściu nieźle rozgrzewają. Czas wskazuje, że możemy zwolnić, więc przy Czerwonym Stawie krótka chwila na złapanie oddechu i uzupełnienie płynnych zapasów, aby wystarczyły na najbliższą dobę – przed nami Buczynowe Turnie.


Wejście na Krzyże rozbija naszą grupkę – każdy pokonuje ten odcinek już spokojniej, swoim tempem, z przerwami na foto. Na przełęczy pusto, żółta kula wisi nisko nad horyzontem, ale do jego zejścia pozostało jeszcze ponad pół godziny, więc w tym czasie wybieramy wygodne (i jak najmniej wietrzne) miejsce na biwak.
Widoki mamy szerokie (poniżej od Gerlacha po Hruby).


Na max zoomie Rysy z Niżnymi…


… i w mniejszym zbliżeniu wszystkie Mięgusze z Cubryną – przed nimi Miedziane.


Pora ruszyć trochę wyżej, aby lepiej uchwycić to, co za chwilę ma nastąpić.
Rozdzielamy się – Szczepan łapie zjawisko z Wołoszyna…

… a my obserwujemy ten moment z Waksmundzkiego. Mało zamieniamy słów ze sobą, ale jedno zdanie wypowiedziane przez Milkę na długo zapadnie w mej pamięci:
„wiesz sibi, dla tego widoku warto było tu przyjść z tym plecakiem…”

Niby nic takiego, ale od razu przypomniałem sobie, jak z tym swoim nie małym i nie lekkim balastem pokonywała dziś raźno i wytrwale drogę bez jakiegokolwiek marudzenia, byle zdążyć na czas - a ja z nie bez problemu dotrzymywałem jej kroku.
Wcześniej mieliśmy pewne obawy, czy z tymi kilogramami na plecach nie „pęknie” za szybko – jak na razie nieuzasadnione. Na razie, bo jutro przed nami OP – ale to dopiero jutro…

W tej chwili jest wniebowzięta…


… obserwując spadające za Giewontem słońce...




… bez którego horyzont tonie jakby w intensywniejszych barwach.


Siedzimy, obserwujemy, zachłystujemy się tą atmosferą – ale powoli kończy się ten spektakl, kolory bledną, jednak wciąż jest na tyle jasno, aby…

… jeszcze przez chwilę pofocić okolicę w blado-różowym odcieniu.



Po słonecznym upadku staliśmy się ciut rozmowniejsi wspominając przebieg dzisiejszego dnia i wybiegając w najbliższą przyszłość, od czasu do czasu wciąż korzystając z aparatu.


W najbliższym czasie pogoda ma dopisywać i powinno obejść się bez niespodzianek, a w tej chwili delikatny (acz już chłodny) wiaterek powiewa przypominając, że czas niedługo zapakować się w śpiwory, gdyż siedząc tak bezczynnie powoli zaczynamy odczuwać jego przenikliwość.
Na koniec jeszcze ostatnie ujęcia kolorowego nieba z konturami gór.



Po zejściu z Waksmundzkiego przygotowujemy legowiska w wesołej atmosferze, ponieważ Milka informuje nas, że jest totalnym zmarźluchem i zakłada na siebie wszystkie bluzy – łącznie sztuk 4. Uśmiałem się z dowcipu, ale byłem w błędzie – ona rzeczywiście robi to, co powiedziała. Spodziewam się temperatury koło zera, więc zostawiam na sobie 1 polara i w rezerwie wrzucam kurtkę do śpiwora (w razie czego).
Wiater lekko poświstuje odbijając się od płachty, więc wkładam korki do uszu – takie maleństwo, a tak przydatne w spokojnym śnie (nawet w schronisku na chrapiących), a często o nich zapominam.

Długo nie mogę zasnąć, nie chcę – leżę patrząc pionowo w górę, widzę migoczące gwiazdy, obserwuję nieliczne obłoki przesuwające się po niebie, zerkam na cienie gór. I w tym momencie uważam, że to dla takich chwil żyję, z dala od miejskiego gwaru, bez dachu nad głową, a właściwie dachem jest mi przestrzeń, którą oddycham pełną piersią.
Obok mnie dwoje wporzo kompanów – nasza znajomość ze Szczepanem (czasami ufam jemu bardziej niż sobie) jest w wieku Milki, a ona otwarta dziewczyna da się po prostu lubić, pogaduchy to jej żywioł a czasami chciałbym… pomilczeć…

Gdybym był tu sam, nie byłoby gorzej – nauczyłem się chodzić w pojedynkę korzystając z uroków takich wędrówek, bo przecież w ten sposób najczęściej przemierzałem Tatry zanim Szczepan „dojrzał” do gór.
Powieki coraz częściej opadają, gwiazdy zamazują, odlatuję, by…


→ 12 km
↑ 1400 m
↓ 200 m

 1 IX'09  Krzyżne - OP - Zawrat - Dol.pod Kołem

D.2 – Orlą Percią

… zapaść w spokojny sen, chociaż gdzieś w środku nocy muszę owinąć się kurtką.
O brzasku nikomu nieśpieszno wyskoczyć ze śpiwora, gdy Szczepan prezentuje nam butelkę z pływającym wewnątrz lodem, czyli jest jakieś -2°C. Jednak czas ten szybko się zbliża, a przecież po to tu wylądowaliśmy, by obejrzeć co nieco. Milka marudzi, że dla niej za zimno i chce odpuścić, ale szybko daje się przekonać i (tak jak we wczorajszy wieczór) śpiwór zabiera ze sobą.

Wschód słońca rozpocznie się o g.5.50 (wczorajszy zachód był o 19.30).
Zostawiam ich na Waksmundzkim, skąd widzą to zjawisko tak…


… natomiast ja usadawiam się na Wielkiej Koszystej z takimi widokami na wznoszącą się żółtą kulę...




… spoglądając również na stopniowo doświetlany rejon OP.


Czuć rozgrzewające promienie na ciele, robi się przytulniej, milej.
Po zakończeniu zjawiska dobijam do kompanii i schodzimy razem na posiłek w atrakcyjnym plenerze…


… po którym…

… czas na suszenie i pakowanie..


… w trakcie którego przebiega obok nas koleś i znika. Chyba wypatrzył nas z Krzyżnego i ruszył w naszą stronę myśląc, że to właściwa droga. Po chwili znowu nas mija wracając na przełęcz.
Ja jeszcze zachodzę na Wołoszyn dla paru fotek, m.in. jego grzbietu z doliną…


… i przez chwilę obserwuję wylegujących się na słońcu.


Wszyscy razem za Krzyżnym wchodzimy na Orlą Perć – idziemy granią tyle, na ile da się z tymi tobołami.


Milka decyduje się zejść na wygodną ścieżkę, my jeszcze z niej nie korzystamy…



… wchodząc jeszcze na Ptaka, po którym...

… dołączamy do dziewczyny, po czym w dalszej ktoś nabrał ochoty na zmianę kierunku marszu.


Trawersując do Pościeli Jasińskiego przylega ona do skały, bo bagaż na plecach ma inne zamiary.


My… czekamy…


… na swoją kolej.


W kominku skalna rozkosz, której poddaje się też Milka ignorując wkute tu żelastwo.


Czas na drabinkę, na słowo której niektórzy dostają nawet dreszczy, nie wiedzieć czemu.


Tym razem i ja z niej skorzystałem, Szczepan zszedł obok niej. W tej okolicy spotykamy coraz więcej turystów, nasza grupka się rozciąga i…

… do Skrajnego Granatu dochodzimy w odstępach - tu zamieniam parę zdań z Teksańczykami, którzy mieli zamiar stąd schodzić, ale ruszą jednak do Żl.Kulczyńskiego.
Szczyt oblężony, więc nie bawimy tu długo zatrzymując się na chwilę na „newralgicznym” punkcie – Skrajnej Sieczkowej Przełączce, którą przechodzimy po kilkakroć w wesołym nastroju.


Na Zadnim zostaję przyłapany z komórką przy uchu.


Następny etap to spacerek, rozciągamy się na swoje tempa łącząc się ponownie nad kominkiem, w którym znikam pierwszy – obniżam się korzystając z metalowych ułatwień, by zdążyć porobić im parę fotek.
Rozsiadam się na rozgrzanym głazie, pozbywam obuwia, uzupełniam płyny, i pstrykam. Trochę im to schodzi, gdyż nie tykają złomu.



Przed Kozim rozdzielamy się jednak – Milka decyduje się zejść do schroniska, aby tam się odświeżyć i posilić czymś smaczniejszym (za parę godzin ponownie spotkamy się na szlaku), my natomiast ciągniemy na szczyt, który odwiedzam po raz dwudziesty. Schodząc do Koziej Przeł. napotykamy bosego człeka zwanego Szamanem, który jeszcze bardziej od nas integruje się z naturą.


Chwilę rozmawiamy, ale spotkamy się zapewne jeszcze w Zakopcu.
Na ostatnich metrach przed przełęczą dochodzimy do większej grupki – 2 osoby dorosłe oraz 4 dziewczyny w wieku ok.14-16 lat. Schodzą powoli, z rozwagą, zachowując odstęp, ale bez jakiejkolwiek asekuracji, oprócz własnych rąk i stałych ubezpieczeń zamocowanych na szlaku.


Ale to akurat kobieta nie wygląda najlepiej w tym otoczeniu, jej praca rąk oraz nóg nie jest zbyt pewna i…

… w przypadku utraty równowagi czy przyczepności obuwia, nie wiadomo czy jej dłonie byłyby w stanie wyhamować osuwający się ciężar własnego ciała. Niestety, jej sposób korzystania z metalowych ubezpieczeń jest bardziej kosmetyczny niż praktyczny.
My dążymy na zachód słońca, a grupa ta skutecznie nas wyhamowała, więc skokami przebijamy się między nimi, i na Koziej Przełęczy zostawiamy ich za sobą.
Nad drabinką krótki postój, w czasie którego dochodzą nas odgłosy schodzącej w dolinę grupy. Słońce kładzie się coraz niżej…


… więc docierając na Mały Kozi za chwilę zniknie nam z oczu.


Nie mamy tu typowego upadku słońca za horyzont, lecz wpasowało się ono idealnie w Niebieskiej Przełęczy, by po chwili zniknąć nam z oczu.



Jego krwawy blask rozlewa się po Rysach, Wysokiej, Mięguszach.


Milka powinna być już w drodze ze schroniska do punktu spotkania, więc zbieramy się i po dotarciu do Zawratu obieramy kierunek południowy. W międzyczasie nastają ciemności, ale jeszcze dłuższy czas nie sięgamy po czołówki, gdyż księżyc daje wystarczającą ilość światła, a poza tym taka atmosfera nadaje okolicy inny wymiar.
Jak to czasem bywa, jakieś chmurki przysłaniają chwilami satelitę Ziemi, więc czas skorzystać ze sztucznego oświetlenia, które będzie też przydatne do komunikowania się z kompanką. Chwilę później jakiś szybkobiegacz przemyka obok nas w kierunku przełęczy, by po kilkunastu minutach wrócić tą samą drogą.
Schodząc z Kołowej Czuby widzę w dole migające światło, więc odpowiadam tym samym i po niedługim czasie nasza grupa jest w ponownie w komplecie. Udajemy się do wodopoju, przy którym posilamy się go oraz napełniamy termosy i butelki, gdyż przed nami kolejna doba bez źródlanej wody na planowanej trasie.


Odbijamy na zachód pod Gładką Przełęcz. Nie mamy zamiaru teraz na nią wchodzić, lecz wyszukujemy w najbliższym jej sąsiedztwie przytulne miejsce na nocleg, które jest bezwietrzne i równe – lokujemy się na progu Dolinki pod Kołem, 2 rzuty kamieniem od Wolego Oka (nie wiem czy w tej chwili jest w nim woda, poza tym przedkładam źródlaną od stojącej).
Jako że Milka lokuje się między nami, więc odsuwam się trochę ponownie wyszukując podłoża bez wbijających się w żebra nierówności – jest przytulnie i cieplej niż poprzedniej nocy.
Dookoła błoga cisza z gwiezdnym nieboskłonem kołysze do snu…


Kilka dni później Milka zapytała, dlaczego tak od niej się odsunąłem, bo w skupisku przecież cieplej.
Ano dlatego, gdyż mógłbym się zgrzać, poza tym mogłoby paść podejrzenie o…,
a w ogóle o tym należy wspomnieć w odpowiednim ku temu czasie.
W każdym razie trochę z tego było radochy.



→ 9 km
↑ 1300 m
↓ 1550 m

2 IX'09  Dol.p.Kołem - Liptowskie Mury- Wrota Ch -Tabor

D.3 - cichym ścigaliśmy je (Liptowskie) lotem…

… aby o g.4 przerwać ten błogi sen – nie wstaję, tak będę leżał…
Niestety, aby coś osiągnąć, trzeba coś poświęcić, więc wygrzebuję się ze śpiwora i otumaniony pakuję wszystko do plecaka. Na posiłek dla mnie zdecydowanie za wcześnie, więc tylko czymś popijam i ruszamy jeszcze w ciemnościach na Gładką Przełęcz.
W międzyczasie zaczęło się rozwidniać i na przełęczy widzimy już oznaki wschodu słońca.


Śpieszymy się na Gładki W., bo może się okazać, iż pomiary mogą być wachnięte o kilka minut, a wtedy to nie będzie już to samo.
Na szczycie okazuje się, że mamy jeszcze zapas czasu, więc wybieramy dogodne miejsca.
I oto jest – pojawia się zza Tatr Bielskich.




Na najbliższym planie po lewej Kozi W., w dole Dol.5 St.


Tak sobie siedzimy zapatrzeni…


… nie mierząc czasu…

… a słońce wznosi się coraz wyżej nie mogąc wyjść, gdyż przesuwa się równo po zboczu góry w Tatrach Bielskich, ku wierzchołkowi.



Pstrykam dookoła:

Tatry Zachodnie



Świnica i Mały Kozi W.


Krywań (po prawej)


Po nasyceniu się porankiem ruszamy…

… na razie łagodną granią ku Gładkiej Ławce…


… mając po lewej Dol.5St.


Po wejściu na Gładką Kotelnicę obniżamy się do Przehyby, by wspiąć się na Wielką Kotelnicę.


Słońce coraz mocniej oświetla Kozi, Wołoszyn…


… a my docieramy do miejsca określonego jako nieco trudno. Z pokaźnymi plecakami niewygodnie byłoby schodzić, więc obniżam się pierwszy, a Szczepan łączy tobołki z liną, które odbieram kilka metrów niżej.


Trasa jest urozmaicona, podłoże skalno-trawiaste, widoki ciekawe. Po zejściu do Czarnej Ławki wchodzimy na Niżni Kostur, do którego nie dotarłem z Anglikami pół roku wcześniej.


Jesteśmy na Liptowskich Murach, skąd…

… przez Wyżni Kostur blisko już na Szpiglasowy, więc na razie przysiadamy na Niżniej Liptowskiej Ławce, aby rozkoszować się ciszą i widokami.


Z Wyżniego Kostura okazale prezentuje się Miedziane…


… a za nami oddalone Zachodnie…


… zaś na prawo od nich rejon naszej wczorajszej i dzisiejszej wędrówki.


Po stronie południowej Ciemnosmreczyńskie Stawy i Grań Grubego.


Im wyżej, tym coraz rozleglejszy widok na Dol.5 St.


Na Szpigl.W. ścieżka zawija od południa, więc osiągamy go z nie ogólnodostępnej strony i…

… wywołujemy tym zainteresowanie kilku osób odpoczywających na Szpigl.Przeł., bo na szczycie w tym czasie jesteśmy sami.


Gdy oni ruszają ku nam, my schodzimy ze szczytu wąską ścieżką na słowacką stronę - z początku jest stromo, wyboisto i wilgotno, co wzmaga u nas ostrożność, gdyż potknąć się czy pośliznąć nie jest sztuką, a po prawej mamy ostro opadający stok do Ciemnosmreczyńskiej Doliny.


Z czasem przechodzimy w trawers bez żadnych na razie trudności do momentu, kiedy zatrzymujemy się przed czymś w rodzaju gzymsu. Aby tędy przejść trzeba odchylić się od pionu, a ciężkie plecaki wzmogą siłę odśrodkową. Na tych 2-3m chwyt jest na wysokości bioder/pasa, poniżej kilku(nasto)metrowy uskok skalny, więc nie można pozwolić sobie na żaden błąd. Zrzucamy bagaże i dla sprawdzenia przechodzę to miejsce na lekko – bezproblemowo, jednak chwyt jest dosyć niski oraz trzeba go złapać od spodu, w pewnej mierze palcami „na tarcie”.

Milka nie cierpi takich chwytów i woli wynaleźć jakieś obejście, a poza tym z kilkunastoma kilogramami na plecach wyglądałoby to też inaczej, a chwyt ten nie jest aż tak pewny, aby tego spróbować przy tym odchyleniu.


Pierwsza myśl, to zejść w oddzielający w tej chwili nas skalny kociołek i na linie opuścić plecaki, aby je po drugiej stronie później wciągnąć. Na pierwszy rzut oka nie wygląda to karkołomnie, ale już przy dokładniejszym wypatrywaniu zejścia nie widać żadnego dogodnego do jego podstawy.
Spoglądamy w inną stronę, powyżej gzymsu – skalno-trawiasty stok nie wygląda optymistycznie, ale trzeba tam spróbować, więc wracam się do nich tym górnym obejściem uważając na niestabilne podłoże w eksponowanym terenie.

Przeszedłem, ale z bagażami będzie to gorzej wyglądało. W każdym razie trzeba się ruszyć, więc Szczepan zakłada plecak Milki (jako najlżejszy) i pierwszy wspina się kilka metrów, a potem przechodzi w trawers. Teraz moja kolej ze swoim balastem – krok po kroku docieramy na drugą stronę.
Kumpel wraca na skróty po półce, aby zabrać swój tobołek. Milka wchodzi przed nim i jest już przy mnie, kiedy on schodzi do naszego poziomu.


Dla dziewczyny to jeszcze nie koniec emocji, bo przed nami eksponowane śliskie pochyłe trawki, na których nie ma za co się złapać, jeśli byłaby taka konieczność.
Idę przodem wyszukując najdogodniejszej drogi wśród tej trawy i nielicznych na razie niewielkich skałek, czy raczej większych głazów. Trawers wydaje się nie mieć końca (chociaż to tylko złudzenie), ale niżej zejść nie kalkuluje się, a wyżej nie da rady.. Co chwila oglądam się za siebie – coraz bardziej zostają w tyle, tempo ich diametralnie spadło, jako że Szczepan idzie tuż za Milką, która w ogóle nie czuje się pewnie na tym podłożu, a on nabrał już wprawy w szkockich górkach.


Koniec zielska, czas uderzyć prosto do góry na grań, skąd obserwuję taterników na Mnichu.


Rozglądam się za miejscem, do którego doszedłem w październiku niecałe 2 lata wcześniej idąc z przeciwnego kierunku i…

… po lewej zobaczyłem samotną skałkę - Szpiglasową Turniczkę.
Wtedy wdrapałem się na nią, ale ze względu na pierwsze październikowe opady śniegu nie mogłem wypatrzyć obejścia, a grań w tym miejscu do Szpiglasa jest poszarpana o skali trudności III, więc towarzyszący mi Sebastian zdecydował, że dalej się nie zapuści i wróciliśmy na Wrota. Idąc z Wrót ku Szpiglasowi orientacyjnie jest gorzej, bo trzeba w odpowiednim momencie zejść z grani na trawki – ścieżka granią jest myląca, bo raptem kończy się w eksponowanym terenie, dokąd dotarł niejeden (popełniając ten sam błąd, co ja wtedy - dodatkowo utrudniły mi płaty śniegu) zmuszony za chwilę do cofnięcia się kawałek.
To po tym pobycie udałem się na spotkanie GG na Kudłaczach.

Teraz schodzę z Dziurawej Czuby…


… wspominając tamte chwile (Szpiglasowa Turniczka oraz Wrota Ch. - fotki z 17 paź’07, autor: Sebastian)…


… i wpatrując się w Dolinę za Mnichem, gdzie dokładnie rok wcześniej biwakowaliśmy w trójkę, i skąd jeszcze przed brzaskiem poranka ruszyliśmy na Mniszka, z którego łapałem wschód słońca.


Przypatruję się Cubrynie i ledwo wystającemu zza niej Mięguszowi.


Na Wrotach Chałubińskiego czekam na resztę towarzystwa rozpamiętując pierwsze 3 dni pobytu w Tatrach – to jest prawdziwa uczta, raj dla duszy, 2 biwaki, zachody i wschody słońca na szczytach, pogoda idealna, wyborowa kompania, nic mi więcej nie potrzeba…
A właściwie potrzeba, więcej, więcej takich chwil, wciąż mi mało.

Podziwiam Milkę, która wygląda na wątłą dziewczynę, ale charakterek to ona ma, i nie dała się pokonać ciężkiemu plecakowi na drogach, z których niejeden turysta idąc na lekko by zawrócił. Nie narzeka na nasze plany, jedynie chce wiedzieć, co czeka ją na trasie – a to nie koniec nietypowych zamiarów, oby tylko pogoda dopisała. I nie obawia się misiów pałętających nocą po górach.
Oto i ona schodząca do mnie na przełęcz.


Dalej już standardowe zejście do MOka.


Po posiłku i prysznicu w schronisku udajemy się na Tabor, gdzie tym razem szefuje Bogdan. Przydzielił nam 3-osobowy namiot, a resztę dnia spędzamy na lenistwie i na czynnościach obozowych.

W kolejce czekają Mięgusze z Cubryną – skłaniam się do opcji z biwakiem, bo mam manię „słoneczną”. Rysy z Niżnymi na później, bo chcemy przez nie przetransportować się na drugą stronę granicy z zamiarem wpierw na Wysoką, a potem zobaczymy, na co wystarczy jeszcze czasu. Jeden warunek – z pogodą pozwalającą na strzelanie przyzwoitych fotek, bo bez tego ucieka przyjemność łazikowania. Co innego załamanie pogody w trakcie wędrówki, a co innego pchanie się w mleko bez szans na widoki.
Na jutro trzeba wybrać jakąś inną opcję, bo wyjście będziemy mieli późne, jako że późnym rankiem dołączy do nas znajomy Milki i wybór pada…


→ 8 km
↑ 600 m
↓ 1100 m

3 IX'09  d.4 Miedziane & Opalony

D.4 - miedzianą granią

… niefortunnie na… eee, nieważne – na dziś zaplanowałem coś na szybko, ale ale ale...
Poza tym nie wychodzimy już o poranku, chociaż Wolly dołączył do nas dosyć wcześnie.
Przygotowujemy się do startu znad MOka – ale w ciągu godziny okazało się, że to był… falstart.


Po 100m przewyższenia decydujemy się na powrót mijając obok gąszcz moich ulubionych paproci.


Stąd stadko Mnichów (Zadni Mnich, Mnichowa Kopa, Mniszek, Mnich) wygląda trochę inaczej.


W schronisku przypatrujemy się ekranowi z prognozą pogody zapowiadającą nocne opady.
Chociaż przed chwilę minęło południe, to ruszamy na początek na Szpiglasową mając z ceprostrady dobry widok na wczorajsze Liptowskie Mury – najbardziej rzuca się mi w oczy Szpiglasowa Turniczka.


Na przełęczy przypatrujemy się przez długie chwile, jak to niektórzy lubią sobie utrudniać życie na zejściu łańcuchami. Mając takie ułatwienia sprawa wygląda prosto, ale jak widać niekoniecznie.
Schodząca z transportowym plecakiem dziewczyna (obcokrajowiec, bo zamieniliśmy przed chwilą parę zdań) radzi sobie swobodnie – nie bierze przykładu z poprzedników.


Na Szpiglasa nie ma sensu wchodzić, bo byliśmy wczoraj (chociaż z innej strony), a i przejrzystość powietrza dzisiaj jest nieciekawa. Tym samym kierujemy się na Miedziane, aby po paru minutach przystanąć, bo z tej perspektywy zdecydowanie poszerzyły się widoki na stronę, w którą wszyscy kierują wzrok.


Po chwili zaczęła nam się odsłaniać górna część Piątki.


Tak nas te pejzaże cieszą, że…

… rozkładamy się na chwilę dłużej o dwa rzuty kamieniem od głównego wierzchołka Miedzianego.


Ja na razie dłuższej wchłaniam otoczenie MOka i Czarnego Stawu – stąd jest zupełnie inny widok, niż dotąd mi znane.
Bajka, tylko szkoda, że powietrze nie jest już takie przejrzyste jak w poprzednich dniach.


Niebawem stajemy na najwyższym punkcie dzisiejszego dnia, skąd roztacza się super panorama w każdym kierunku – czas dłużej przyjrzeć się Dolinie Pięciu Stawów.


Jeszcze pamiątkowe fotki na szczycie…


… i czas zapuścić się na postrzępioną grań Miedzianego.


Do wierzchołka był lajcik, stąd już trzeba uważać, gdzie stawia się stopy i unikać niepewnych chwytów. Droga jest przyjemna, ciekawa, skała szorstka dający pewny chwyt i punkt oparcia – jedynie musimy unikać luźnych kawałków, bo przecież w ten rejon niewielu się zapuszcza, więc powierzchnie kamieni nie są wyeksploatowane.

Prowadzi Wolly, który próbuje swych sił w kilku sportach ekstremalnych, ale sporadycznie zapuszcza się w góry, bo to… nudne łazikowanie. Jednak tutaj jest zachwycony rzeźbą terenu podnoszącą nieznacznie poziom adrenaliny – i my z nim się zgadzamy. Charakter graniówki i rozciągające się z niej widoki całkowicie nas satysfakcjonują przepełniając pełnią górskiego szczęścia – a z dołu wygląda to niby niepozornie.


Nie zawsze dreptamy granią, miejscami trawersujemy kilka metrów poniżej mając luft pod stopami. Gdzie Wolly nas ciągnie? Zastanawiam się, czy nie za bardzo obniża się po stronie pięciostawiańskiej. Stoję i przyglądam się ich poczynaniom. Postanawiam dojść do miejsca obecnego ich pobytu i…

 

… wejść na grań, bo Wolly moim zdaniem za bardzo kombinuje.


Dochodzę do miejsca, w którym przed chwilą była Milka, i wracam na grań (którą Paryski określił miejscami skalą I, czyli "nieco trudno").
Przechodzę przez niższy wierzchołek Miedzianego...


... i końcówkę trawersuję po stronie MOka. Spoglądam za siebie widząc Wolliego pozostającego w tyle.


Przechodzimy Marchwiczną Przełęcz i zaczynamy 60-metrowe podejście na wyższy wierzchołek Opalonego Wierchu.


Z niego wyraźnie dostrzegam pięciostawiańskie schronisko.


Z niższego szczytu Opalonego przyglądamy się naszej ostatniej drodze przez Miedziane, w dole Wielki i Czarny staw Polski, a ja siedzę na kamyku i staram ogarnąć to wszystko wzrokiem i pamięcią.


Kręcę stąd jeszcze FILMIK (48s):
z Opalonego Wierchu

Spędzamy tu dłuższą chwilę delektując się tą krystaliczną atmosferą panującą wokół. Nie mówimy wiele, kojąca wokół cisza z tą panoramą napełnia nasze akumulatory. Trzeba jednak ruszyć się i zejść częściowo granią i później trawkami na szlak w okolicy Kępy.
Zachód słońca nie wypada okazale wśród opadających chmur, sprawdzając w schronisku prognozy pogody na następny dzień wygląda na to, że...


→ 12 km
↑↓ 1100 m

 4 & 5 IX'09 d.5&6 - na Taborze PZA

D. 5 & 6 – długie lenistwo

… kolejny dzień będzie pochmurny i deszczowy. Noc i ranek potwierdziły te prognozy, więc po krótkich rozważaniach dochodzimy do wniosków, że Szczepan i ja zostajemy na miejscu, a Milka uda się do Zakopca na spotkania ze znajomkami i wróci następnego dnia – żegnamy się z wesołym Wollym, który towarzyszy jej w drodze do miasta. Korzystając z chwili przejaśnień szwędamy się po okolicy.


A że pogoda zmienną jest, więc nie trwa to długo i wracamy na Szałasiska, gdzie resztę dnia spędzamy leniuchując.
Kolejny ranek to zapowiedź paskudnej aury, więc wysypiamy się do bólu - ale jednak wczesnym popołudniem przejaśnia się i na dobre opuszczamy legowiska.


Zachodzimy tu i tam…


… i znowu do MOka zerknąć w telebim.


Przewidują zmienną pogodę, ale nie będziemy dłużej siedzieć na tyłkach, lecz jutro z całym dobytkiem ruszymy dalej.
Nasze plany czas skorygować, ale na ich zatwierdzenie czekamy na powrót Milki, która zjawiła się zgodnie z obietnicą.
Wieczorem jeszcze biesiadowanie w większym gronie, w czasie którego dowiedziałem się, że TPN planuje likwidację Taboru PZA w tym miejscu i przeniesienie go w następnym roku gdzie indziej – szykuje się burza protestów

6 IX'09  d.7 z całym majdanem przez Rysy

D.7 – rok po roku znowu z całym majdanem przez Rysy

Niestety, ze względu na lekkie załamanie pogody i redukcję aktywnego wypoczynku oraz związane z tym zmiany planów odpuszczamy wszystkie Mięgusze, ale Wysokiej nie zamierzam darować. A na tarasie schroniska MOka jakaś kaczucha wyszła na żer.


Chociaż dzisiejszy dzień jest trzecim niesprzyjającym pełni szczęścia wędrówkom, to zabieramy cały nasz dobytek i kierujemy się do Chaty pod Rysami. Rok temu towarzyszył nam Mariusz, brat Szczepana – teraz jest z nami Milka rozgrzewająca się przed drogą, bo faktycznie coś się ochłodziło.


Przy Czarnostawiańskiej Siklawie Szczepan bawi się aparatem.


Tradycyjnie postój nad Czarnym Stawem, po czym żmudne i nudne podejście do Buli pod Rysami.
O d lewej Kapucyn i Żabi Mnich, za Szczepanem - Niżne Rysy.


Na pierwszym planie Tomkowe Igły, za nimi Żabi Mnich. W dalszej części grani zachmurzony Żabi Szczyt Niżni, z którego opada do MOka Grań Apostołów.


Tu kolejny postój, bo przecież nigdzie nam się nie śpieszy. Na dziś zaplanowaliśmy jedynie dojście do Chaty, i (gdyby się rozpogodziło) złapanie zachodu słońca. Tymczasem rozkładamy się na Buli i pomimo ogarniającego chłodu…

… siedzimy wchłaniając okolicę, bo niedługo zanurzymy się w chmurach – i oczywiście czas na jakąś przekąskę.
Na pierwszym planie Tomkowe Igły, za nimi Kapucyn (lewy-niższy) oraz Żabi Mnich.


Niedużo powyżej buli ogarnia nas mleko i do szczytu aparat nie opuścił futerału. Chociaż nic nie widać i lekko powiewa, to przynajmniej nie ma opadów. Wilgoć i tak czuć dookoła, a my tradycyjnie wchodzimy nie korzystając z metalu – Milka również, chociaż jak patrzę na jej plecak to znowu mimowolnie kręcę głową, że daje temu radę (a co więcej, robi to z przyjemnością).
Na Rysach widać radość na jej twarzy: czy to z przebytej drogi z tym balastem na plecach, czy z zapoznania małego białego kompana – sam nie wiem.


Czas też na wspólną fotkę na szczycie.


I tradycyjnie stanąć na słowackim wyższym wierzchołku – nie chce nijak się rozchmurzyć, więc Szczepan wraca do bagaży, a ja jeszcze łudzę się nadzieją, że chociaż graniczny szczyt będzie lepiej widoczny. Niestety, tylko na tyle pozwoliła aura w tym czasie.


Traciłem czas czekając na cud, a reszta kompanii przymarza, chociaż są w niezłych humorach.


Reszta zdobywców się już rozeszła, zostaliśmy tylko my. Ale i na nas przychodzi czas zejścia niżej – niewiele, bo do Chaty pod Rysami, gdzie Milka spotyka Kubę, znajomka pracującego w tym schronisku. Jeszcze nie wiem, jak długo tu zabawimy – oby jak najkrócej, ponieważ budzenie nastawiam na g.4.30…


→ 8 km
↑ 1150 m
↓ 250 m


Od kilku miesięcy, odkąd korzystam z Picasa (gdyż Fotosik mnie wkurzył), wszystkie swoje fotki tam opisuję oraz zaznaczam ich dokładne położenie na mapie - takie krótkie info dla zainteresowanych szczegółami.

 7 IX'09  d.8 - pochmurny zachód słońca na Rysach

D.8 – pochmurny zachód słońca na Rysach

… aby ruszyć na wschód słońca – oczywiście, jeśli aura dopuści ujrzeć więcej niż cokolwiek, a wczoraj nie była łaskawa pod tym względem.
Włączyła się muza w komórce, więc szybko ją deaktywuję i z niechęcią opuszczam posłanie. Na zewnątrz bez zmian, wciąż nieprzenikniona szarość chmur. Nie mam zamiaru przekonywać się, czy te 250 m wyżej jest lepiej. Wracam na posłanie z myślą wyspania się ponad normę.
Reszta dnia mija nam na obżarstwu i oczekiwaniu na przejaśnienia. Już wypadły nam z kalendarza Mięgusze z Cubryną oraz Niżne Rysy, więc Wysokiej nie mam zamiaru darować - ale chciałbym mieć z niej jakieś widoki, a nie tylko zaliczyć wejście. Z biegiem lat coraz bardziej przedkładam jakość nad ilość.

Wydaje się, że powoli niebo zaczyna przebijać się przez chmury, więc na Rysach oglądamy zachód słońca.


Właściwie to słońce szybko schowało się za chmurami i tyle je było widać.


Znowu ze Szczepanem bawimy na słowackim wierzchołku, za nami po prawej przebija się Wysoka (by Mikołaj Gospodarek).


Zza Małego Ganku wyłania się Ganek, za nimi Zadni Gierlach z zadymionym Gierlachem, po prawej przebija się Wysoka.


Stoimy, focimy, przyglądamy się grze chmur z Wysoką i Ciężkim.


Czas mija, i chociaż nie widzieliśmy słońca spadającego za horyzont, lecz kryjącego się w tumanie chmur, to…

… przewalające się poprzez szczyty obłoki częściowo rekompensują kończący się dzień.
Na granicznym Mikołaj i Milka…


… ja wciąż na słowackim…


… czekam, aż bardziej odsłoni się Wysoka i Ciężki…


Czas powoli się zbierać, więc obaj dołączamy do pozostałych na granicznym szczycie – obok Niżne Rysy, w tle Wołoszyn.


Szczepan, Milka, Mikołaj na Rysach.


Z czasem coraz bardziej chmury ustępują, szczególnie po wschodniej stronie.


Być może jutro będzie lepsza aura na fotografowanie, więc nie zmieniam ustawionego alarmu na g.4.30…


→ 2 km
↑↓ 250 m

8 IX'09  d.9 - wschód na Rysach, Wysoka, płonący Krywań

 D.9 – wschód na Rysach, Wysoka, płonący Krywań

… aby ruszyć na wschód słońca – oczywiście, jeśli aura dopuści ujrzeć więcej niż cokolwiek, a wczoraj nie była łaskawa pod tym względem.
Przez sen słyszę znajomy rytm reggae, to nie złudzenie, więc w miarę szybko wyłączam dźwięk alarmu w komórce i po dłuższej chwili podnoszę się z pryczy. Podchodzę do okna, zerkam w prawo, w lewo, grymas uśmiechu zastyga na mej twarzy.
Daję znak Milce i Szczepanowi, że idziemy – dziewczę stwierdza, że tu jest ciepło, przytulnie… Ale że to ostatnia jej okazja na przywitanie dnia w naszym towarzystwie, więc znowu całą trójkę podążamy na Rysy, na które docieramy o g.5.24, chociaż do wschodu słońca jeszcze 38 minut.
W oddali Lodowy i wtapiająca się po jego prawej Łomnica. Wizualnie (i w ogóle) najwyższy) Gierlach z Zadnim G.


Po kilkunastu minutach łuna jest mocniejsza, a Gierlachy się zachmurzyły.


O g.6.03 zza Łomnicy wyłania się słońce, chmurki dodają uroku, za Bielskimi roztacza się morze mgieł, a Gierlachy zawiała chmura.


Przyglądamy się wschodzącemu słońcu podziwiając grę kolorów na horyzoncie. Kiedyś, jeśli była okazja wybrać się na wschód czy zachód słońca, to się szło. Od jakiegoś czasu to ja szukam okazji, a wręcz urządzam polowanie/planowanie na to zjawisko. W ciągu 3 ostatnich dni trzeci raz jesteśmy na Rysach, ale dopiero teraz możemy w pełni podziwiać ukazujące się nam widoki.
A to jeszcze nie koniec estetycznych wrażeń, bo…

 obserwując wyłaniające się zza Łomnicy słońce (panorama od Bielskich po Gierlach)…


(po lewej Lodowy, w centrum kadry Pośrednia Grań)


… oraz najbliższe Wysoka z Ciężkim muskane pierwszymi promieniami…


… nie od razu zauważyłem za sobą widmo Brockenu na tle Mięgusza, a przelewające się szybko chmury pozwoliły ujrzeć to zjawisko w trochę różnych odsłonach, odsłaniając w oddali Krywań.


Nie wiem, czy to akurat w tym momencie jest kulminacja barw, czy chwilę wcześniej - w każdym razie kolory szarzeją, ale widmo wciąż nie znika, więc praktycznie rozglądamy się na wszystkie strony, aby ogarnąć wzrokiem to, co się dzieje dookoła.
Po drugiej stronie Rysów zza chmur odsłania się grań od Świnicy po Wołoszyn i wtopione w nią niższe Miedziane z Opalonym - najbliższe Niżne Rysy są zaporą dla siwego dymu.


Nagrzewa się Grań Baszt z Szatanem na czele, zza nich wybija się Krywań.


15 minut już minęło, odkąd zauważyłem widmo Brockenu, a ono wciąż pojawia się i znika, chociaż straciło na wyrazistości. Najczęściej można je spotkać przy nisko wiszącym słońcu, mając po przeciwnej stronie gęstą chmurę, na której kładzie się nasz cień, często otoczony niewielką tęczą - można powiedzieć, że jesteśmy wtedy w glorii (w centrum kadru Mięgusz, po prawej Miedziane, za nim Świnica i Kozi).


Jeszcze chwilę wchłaniamy tę atmosferę i o g.6.40 opuszczamy Rysy schodząc do chaty.
Czas napełnić żołądki, bo rano było symboliczne coś słodkiego, a teraz organizm domaga się energii. Dostrajamy się do wymogów organizmu, po czym obieramy kierunek…

… na Wysoką. Idziemy na lekko, bo będziemy wracać tą samą drogą. Z Wagi odbijamy na południe, chwilę dążymy granią, następnie górnym zachodem, kilka długich łańcuchów w kominku…


… i docieramy na Przełączkę pod Kogutkiem.


W centrum kadru Grań Baszt, po prawej Koprowy.


Krótkie zejście, następnie trawersujemy Ciężki i z Ławicy skręcamy w żleb (trzeci od Kogutka) prowadzący na Przełączkę w Wysokiej.


W końcówce trawers w lewo i żebrem na pn-zach wierzchołek Wysokiej - po stronie wschodniej widoki mizerne.


Jest g.10.15 a dzisiaj przydeptaliśmy już 2 szczyty, więc…

… należy nam się kolejna chwila wytchnienia i podziwiania krajobrazu z Wysokiej.


Schodzimy z popularniejszego głównego wierzchołka z krzyżem…


… i po chwili odbijam na pół metra niższy pd-wsch szczyt.


W tym czasie po stronie północnej trochę się przejaśniło odsłaniając Ciężką Dolinę.


Parę minut czekam licząc na większe rozwianie chmur, jednak…

… nic się nie zmienia, więc decyduję się opuścić szczyt. Oni wciąż schodzą żlebem, a przede mną wyślizgana skała. Wejść było prosto, trochę gorzej z zejściem, więc odwracam się twarzą do niej i powoli wyszukuję stopni, dalej krótki trawers do żlebu i obniżam się za nimi uważając, aby nie zrzucić im czegoś na głowy. Chwilami zatrzymuję się, aż zejdą z linii ewentualnego przypadkowego „obstrzału”.


Na Ławicy chwila relaxu…


… dalej trawers Ciężkiego…


… i z Przełęczy pod Kogutkiem widzimy oblężone dwa wierzchołki Rysów.


Tutaj spokój emanuje ciszą (lub odwrotnie), tam harmider. Wiem, że inni też chcą być tu czy tam, doświadczyć tego czy owego, że nie tylko ja chciałbym mieć w górach „święty spokój” – ale aby to osiągnąć warto wybrać odpowiedni ku temu czas i miejsce, a nawet pogodę.

Na Wadze jeszcze mała sesja zdjęciowa na Ganki…

… i schodzimy ku Mięguszowieckiej Dolinie omijając zatory na łańcuchach. Popradskie Pleso to nasz ostatni wspólny etap całą trójką – odwiedzamy przy nim Tatrzański Symboliczny Cmentarz, skąd Milka odprowadza nas do szlaku na Osterwę. Tu następuje długie pożegnanie z wesołym Czupurkiem, bo zostaje ona w pobliskim schronisku – dziękujemy sobie nawzajem za miłe towarzystwo oraz chwile spędzone przede wszystkim poza szlakami, i ruszamy dalej.

Z każdą chwilą coraz lepiej widać Ciężki, Wysoką, Smoczy, i Igłę w tej chwili ponad mną.


Z Osterwy jeszcze szerszy widok - od lewej: Popradzkie Kopy, Smocza Dolinka, Wysoka, Rumanowa Dolinka (ostatni za nią Ganek), po prawej Żłobisty.


Dreptamy kawałek magistralą i przy jej zakręcie odbijamy w przeciwną stronę, wprost na Tupy. Dookoła pusto, my też nie przerywamy tej ciszy, aby nie wzbudzić ewentualnego zainteresowania, które mogłoby przyjść znienacka. Jednocześnie nasłuchujemy, i jednak dochodzącą nas niepożądane odgłosy. Ubrani w nie rzucające się w oczy kolory zalegamy na większym głazie oczekując na zbliżającą się grupę.


Jednak ludki postanowiły odpocząć na posiłek, a czas leci. Korci, żeby ruszyć dalej, bo zachód słońca nie będzie na nas czekał.
Jakieś pół godziny spędzamy w tym miejscu unieruchomieni, ruszamy dalej. Czas mieliśmy wymierzony, ale już wiemy, że na Tępą (Tupa) nie zdążymy – zostało kilkanaście minut do zjawiska, a nawet na Tępy (Tupy) jeszcze niezły kawałek, więc teraz się nie oszczędzamy, chociaż podejście mozolne, ostro do góry po nie zawsze stabilnym podłożu.

Tępy przydeptany, i byłoby wszystko ok, gdyby nie okrywające Krywań chmury, za którymi skryło się słońce.
Szybka fotka z Tupy (Grań Soliska wydaje się płonąć w zachodzącym słońcu - stapia się ona z Granią Baszt, wśród której góruje Szatan)…


… i miejscami truchtem coraz wyżej granią ku Tępej, co chwila odwracając się za siebie w nadziei na lepsze ujęcia. Po stronie północnej chmury zatrzymują się na Wysokiej, a w interesującym nas najbardziej kierunku…

… zrobiło się zdecydowanie ciekawiej niż jeszcze 10 min. temu. Podchodząc w tym czasie szybkim tempem na… Tępą, widzimy jak ponad Granią Soliska płonie Krywań, płonie… (na prawym skraju Wielkie Solisko).


Na kier. NE odkryła się Mała Kończysta oświetlona ostatnimi promieniami słońca.


Teraz już przysiedamy na kamykach obserwując płonący Krywań. Co tu dużo mówić, takiej połączenia słońca z chmurami i szczytem jeszcze nie doświadczyłem – chociaż żółtej kuli nie widać, to jestem oczarowany tą grą rozgrywającą się na naszych oczach, bo przecież chmury nie stoją w miejscu (na pierwszym planie Grań Soliska wystaje nieznacznie ponad Granią Baszt).


Z Tępej - Grań Soliska za Granią Baszt (najwyższy wizualnie Szatan), a Krywań wciąż płonie.


Siedzimy jeszcze prawie pół godziny na Tępej zachwycając się tym, co tu się rozgrywało i w dalszym ciągu rozgrywa. To był fart - chociaż z początku, po wejściu na Tępy i ujrzeniu chmur zasłaniających słońce i szczyty, wydawało mi się, że nie będzie to efektowne zakończenie dnia. Sytuacje potrafią zaskakiwać, i warto czekać do końca, bo może jednak coś się może zmienić/wydarzyć.
Słońca już nie ma, chmury z Krywania przewiało, ale i tak jest świetnie, więc… wciąż siedzimy.


Szczepan strzela mi fotkę na Tępej - w tle Grań Baszt z Szatanem, przyklejony do butelki Krywań.


I jeszcze po przeciwnej stronie Kończysta…


… pod którą rozciąga się Tępa Dolinka, gdzie staniemy na nocleg.
Gra na horyzoncie się zakończyła, czas zejść niżej, najpierw granią ku północy słabą ścieżyną – ale nie mamy zamiaru iść do Stwolskiej Przełęczy robiąc półkole i nadkładając tym samym drogi. Co prawda byłoby wygodniej, ale dalej i bez przyjemności, więc tniemy na dół w ciemnościach po skalnych złomach wprost ku interesującemu nas punktowi. Zejście wymaga uwagi ze względu na częste ruchome podłoże, ale nie robimy tego na czas.
Tępa Dolinka pokryta jest grubą darniną, ale niestety bardzo pooraną, więc trochę czasu nam schodzi na wyszukanie miejsc pod stokami Kończystej – biwakujemy na wys. 2140 m.
Zapakowani w śpiwory i płachty zastanawiamy się, czy robić pobudkę jeszcze nocą, aby wschód słońca powitać na szczycie…

→ 15 km
↑ 1350 m
↓ 1500 m

Opisy fotek z ich położeniem na mapie pod linkiem
https://picasaweb.google.com/105168701637958549387/TATRYWysokie200931Sier11Wrz#5654554904608008306

 9 IX'09 d.10 - Kończysta, biwak na Pięciostawiańskiej Kopie

D.10 – Kończysta

... jednak z końcem nocy chmury okrywały wszystko dookoła, więc pokimaliśmy dłużej.
Przy Batyżowieckim spotykamy się zupełnie przypadkowo z Amelką i Marcogorem - my na Kończystej byliśmy rano, oni zdobyli ją po naszym rozstaniu.
Nie śpieszymy się tego dnia, aby przejść cichcem obok Chaty Tery'go późnym wieczorem i zabiwakowaliśmy kilkaset metrów od niej na Pięciostawiańskiej Kopie - jutro na Mały Lodowy, skąd chcemy łapać wschód słońca.







→ 21 km
↑ 1200 m
↓ 1300 m

Opisy fotek
https://picasaweb.google.com/105168701637958549387/TATRYWysokie200931Sier11Wrz#5674125086770928914

10 IX'09 d.11  - Mały Lodowy (wschód słońca)

D.11 – Mały Lodowy (wschód słońca)

Na Czerwoną Ławkę wspinamy się w ciemnościach, przy blasku księżyca, łańcuchy tylko wytyczają nam kierunek. Jest g.5.20 gdy osiągamy przełęcz. W drodze na Mały Lodowy zaczyna się rozwidniać. Na szczycie oczekujemy wschodu słońca (g.6.05), który zapowiada się nieźle – nie warto wybierać się wcześniej niż w drugim tygodniu września, bo słońce zasłoni Łomnica. W poprzednim roku miałem tu trochę inny zamiar (jako że byłem ostatniego dnia sierpnia), lecz przez wertowanie plecaka w poszukiwaniu rękawic sprawa się rypła.
Potem powrót na Pięciostawiańską Kopę po plecaki i przez Lodową Przełęcz oraz Jaworową Dolinę kierunek Zakopiec – to jeszcze nie koniec, na deser zrobiliśmy coś przyjemnego i zupełnie bezludnego.







Opisy
https://picasaweb.google.com/105168701637958549387/TATRYWysokie200931Sier11Wrz#5676005341060069538

 → 18 km
↑ 900 m
↓ 2000 m

Opisy
https://picasaweb.google.com/105168701637958549387/TATRYWysokie200931Sier11Wrz#5678659472701268882

11 IX'09 d.12 - Furkaska, Bobrowiec

D.12 – Furkaska, Bobrowiec

Pogoda miała się zrypać, dlatego (i mały problem z prowiantem) wczoraj przeszliśmy prawie obojętnie obok Lodowego, i obieramy kierunek na Mylną, ale nie wysiadamy w Kirach…
Wciąż nie pada, więc jednak z Chochołowskiej odbijamy na prawo (szczegóły celowo pomijam, zresztą łatwo odnaleźć to miejsce) i przez Zamczysko (fotki na skałce), Furkaskę oraz Bobrowiec zejście do doliny.
Od zejścia ze szlaku na całej trasie do schroniska nikogo.








→ 16 km
↑↓ 950 m

W trasie 10 dni (z 12):
→ 121 km
↑↓ 10200 m

Opisy i większy format:
https://picasaweb.google.com/105168701637958549387/TATRYWysokie200931Sier11Wrz#5684930603712389954

END
wrzesień'09

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com

Poprawiony (sobota, 19 maja 2012 21:51)