Tatry-cichym ścigałem je lotem; marzec 2009

18 III'09 Kiry - Rówień Nad Piecem

D.1 - biwak przy szlaku na Ciemniak

Nieplanowany marcowy wypad w Tatry poprzedzony był planowym lądowaniem na północy PL i krótkim tam pobytem, po którym nocnym PKP dojechałem na chatę zerknąć czy jeszcze tam stoi, skąd po kilku godzinach wyruszyłem w kolejną nocną podróż, tym razem już ze Szczepanem.

Tatry witają nas lawinową „3”, ale prognozy sprzed kilku dni były optymistyczne, czyli tendencja ma być malejąca. Jednak masa nagromadzonego tam śniegu (dobija do 3m) skłania nas do zmiany planów z Wysokich na Zachodnie, przynajmniej na razie. Naszym celem są Czerwone Wierchy, czyli z Kir obieramy kierunek na Ciemniak.
Szlak powyżej doliny nieprzetarty, więc zdajemy sobie sprawę, że wyżej na otwartej przestrzeni będzie zdecydowanie trudniej. Liczymy na tę zapowiadaną poprawę pogody, gdyż mamy ochotę na 2 biwaki wysokogórskie (w razie większych niespodzianek żywności i gazu nam nie brakuje).
Na razie w lesie na Adamicy spokojnie, ale już tu musimy się przekopywać.


Do wyjścia z lasu jest miło ale widzimy, że zamiast się przejaśniać, okolicę stopniowo zakrywa mleko. Na Polanie Upłaz zapadanie powyżej kolan staje się normą, tu nie widać żadnej namiastki wydeptanego szlaku. Odtąd posuwamy się w ślimaczym tempie, ok.100m przewyższenia na godzinę. Przez polanę nie idziemy na wprost, gdyż za często wpadamy za głęboko. Wpatrujemy się w powierzchnię śniegu i kluczymy unikając… nadmiernych wpadek.
I znowu przez las, z przymusu na skróty, szukając wąskiej przecinki oznaczającej szlak. Jest, więc idzie się teraz wygodnie. Drzewostan kończy się przed Piecem, na którym w pełni ukazuje się nam okolica, a właściwie jej brak.


Tu czujemy, jak wiatr stacza się po stoku dmiąc nam po twarzach. Chwila konsternacji, ale nie jest jeszcze zbyt późno, by już chować się w zacisznym miejscem na nocleg, chociaż za takowymi się rozglądamy w razie odwrotu. Tymczasem kontynuujemy wędrówkę i przez siodło zaczynamy podchodzić na Rówień Nad Piecem, gdzie zadyma to raz się wzmaga, to maleje.




Stwierdzamy, że prognozowe przepowiednie są nietrafione – komórka została wykorzystana i po informacji, że zalegające mleko sięga raczej również powyżej grani, po sfotografowaniu sąsiadującej z nami natury postanawiamy za chwilę się wycofać.


Gdybyśmy kontynuowali wędrówkę, to pod skałką przy Chudej Przełączce mielibyśmy nocleg. Droga nawet przy takiej pogodzie nie jest trudna orientacyjnie biorąc pod uwagę jej ukształtowanie terenu, po którym wiedzie zimowy szlak, oraz z wykorzystaniem przyrządów nawigacyjnych, łącznie z GPS-em – jednak nie rajcuje nas pchać się tam, gdzie nie będzie można wykorzystać aparatów, a wszystko na to się zanosi.

Wycofujemy się niedaleko, w pierwsze drzewa tuz poniżej Pieca, gdzie po rozbiciu biwaku w pochyłym terenie zalegam w posłaniu, a Szczepan coś tam sobie pichci na gazie. Ja rezygnuję z posiłku, bo po 2 zarwanych nocach myślę tylko o jednym. Niestety noc nie jest za spokojna – nie ze względu na pogodę, ale obaj niewystarczająco wyrównaliśmy podłoże, więc zaczynamy systematycznie zjeżdżać (a jest gdzie się rozpędzić), co zmusza do ponownego uformowania śnieżnego siennika.
Ranek wita nas…


→ 4 km
↑ 600 m
↓ 100 m

19 III'09 (1/2) Piec - Chochołowska Polana

D.2 - śnieżne przecieranie

… tym samym, co wczoraj – drogą mleczną, więc ociągam się ze wstanie odsypiając w kokonie poprzednie noce.



Nie zanosi się na poprawę pogody, więc następuje odwrót po wczorajszych śladach, których… ani śladu.


Z traktu na Kościeliskiej odbijamy na Kominiarski Przysłop, gdzie w szałasie robimy krótki postój. Na tym odcinku szlak przetarło już kilka osób, których dalszy trop ciągnie się żółtym – my natomiast przecieramy czarny zatrzymując się przy strumieniu na parę fotek.



Po chwili ukazuje nam się Niżnia Kominiarska Polana.


Znowu wykorzystujemy aparaty, aby uchwycić…

19 III'09 (2/2) Piec - Chochołowska Polana

… te zwały śniegu na tle szałasu.


Chwilę potem, na środku strumienia robimy popas na gorący posiłek - liofilizaty zostają rozpieczętowane, gaz odpalony, więc czas na łyk herbaty.


Po napełnieniu żołądków idzie się przyjemniej, wokoło biało i zielono, wśród drzewostanu panuje cisza.



Na Polanie Jamy odsłania się nam okolica – takie warunki mogą odstraszać od wędrówek. Nie dziwne, że od kilku godzin nie napotkaliśmy żadnych oznak towarzystwa.


A natura przybiera ciekawe kształty – tu przypomina mi śpiącą papugę.


Schronisko na Chochołowskiej zieje pustką - dziś jest czwartek, w weekend to się zmieni. No tak, nie wyglądało nam to wszystko od wczoraj na poprawę warunków pogodowych, spodziewając się raczej podwyższenia skali – i faktycznie, dziś ogłoszono lawinową „4”.
Cóż, nie będziemy przez cały następny dzień okupować schroniska, więc wstajemy rano i po śniadaniu…


→ 12 km
↑ 500 m
↓ 800 m

20 III'09 (1/2) na wschodnim Grzesiu

D.3 - idzie Grześ...

… ruszamy na Grzesia. Wczoraj przez większość dnia sypało, tej nocy również, a i teraz opadów ciąg dalszy.


Gałęzie drzew uginają się pod ciężarem śniegu - szlak przeciera Szczepan, a mimo tego ledwo za nim nadążam.



FILMIK (20 s) lepiej to obrazuje:
http://www.youtube.com/watch?v=BmIk2chtVnc

I tak to wygląda do końca drzewostanu, gdzie zatrzymujemy się na małą przekąskę.


Na otwartej przestrzeni wiaterek daje o sobie znać, a widoczność kiepściutka.


Często natykamy się na oryginalne formacje śniegowe.


Docieramy na wschodni niższy wierzchołek Grzesia (ok.1630), a wraz z mijającym czasem oraz wzrostem wysokości widoczność zmalała do kilku(nastu) metrów. Po cichu liczyliśmy, że chociaż trochę się rozwieje, by pocykać foty. Czas mija i nic, więc nie mamy ochoty nadaremno grzęznąć dalej i stąd robimy odwrót.
Po naszych śladach zostało wspomnienie, więc wracamy na wyczucie, ale ukształtowanie terenu odbiega od tego zarejestrowanego niedawno pamięcią i…

20 III'09 (2/2) na wschodnim Grzesiu

… trzeba wspomóc się przyrządami, gdyż trochę zeszliśmy z kursu i nieświadomie robimy skrót do Chochołowskiej, a coraz większe nachylenie podłoża przy lawinowej „4” nie napawa optymizmem – i przy widoczności, którą obrazuje
FILMIK (18 s):
http://www.youtube.com/watch?v=tIle7mNvLD8

Skręcamy w lewo trawersując niższy wierzchołek Grzesia głównie wywianymi ze śniegu „korytami” i po kilku minutach robimy zwrot w prawo stopniowo się obniżając. Jeszcze nie widzimy granicy lasu, ale poznajemy właściwą drogę po rosnących tu z rzadka krzakach, niektórych dosyć charakterystycznych, a te zapadły nam w pamięci, gdy pięliśmy się ku górze.
Powoli wychodzimy z dolnej granicy chmur ku ciszy wśród drzew.


Od tego momentu poruszamy się szybciej robiąc po drodze krótki jeden planowy postój (po co się śpieszyć do schroniska?) oraz drugi nieplanowany przy niedużym lawinisku, którym pokryte są Stawiańce.
Teraz przebijamy się przez śnieg naniesiony na szlak i koryto strumienia…



… chwilami na klęczkach, gdyż zaczęło wciągać nas po pas (przydałyby się tu rakiety).


Jeszcze jakieś 200 m dalej leży na szlaku śnieg porwany przez lawinę pokryty świeżą warstwą opadu, który przeszedł w zadymę.


Przy schronisku świeżo odgarnięte…


… bo przecież zaczął się weekend – jutro sobota, więc…


→ 6 km
↑↓ 500 m

21 III'09 v.1 Grześ - Rakoń ... Bobrowiecka Przełęcz

D.4 - bezkres bieli

… mamy nadzieję, że ktoś przetrze szlak, gdyż ponownie mamy zamiar powtórzyć ostatnią trasę z nadzieją na coś więcej. Przy kolacji poznajemy 2 osoby, które chciałyby nazajutrz ruszyć w góry, ale mają lawiniaste obawy.
Rano w jadalni wrze, niewiele wolnych miejsc przy stołach, ale gdy jesteśmy gotowi do wyjścia okazuje się, że to znowu my będziemy przecierać szlak po nocnych opadach, których obecnie brak. Z wątpliwościami nowych kompanów ruszamy jednak we czworo.
Na wczorajszym zejściu nadwerężyłem kolano, więc oznajmiam im, że w takim przypadku będę obstawiał tyły i szedł swoim tempem. Szlak zawiany po kolana, ale ostatniemu to już nie przeszkadza. Krótki postój wypada przy górnej granicy lasu w tym samym miejscu, co wczoraj, za którym Szczepan tworzy nową ścieżkę.


W międzyczasie kolano się rozruszało i tym samym polepsza się moje samopoczucie. Mijamy niektóre z charakterystycznych leśnych stworów, jakie upewniały nas o właściwym kierunku wczorajszego powrotu.


Spojrzenie za siebie…


…oraz przed siebie…


… i znowu jestem na końcu stawki


Chociaż jest chmurzasto, to nie tak, jak wczoraj – prognozy na ten dzień są dosyć pozytywne, więc może uda się coś ustrzelić.
Na razie przechodzimy niższy wierzchołek Grzesia (skąd wczoraj nastąpił odwrót) i po paru chwilach docieramy do właściwego szczytu.


Tu następują…

21 III'09 v.2 Grześ - Rakoń ... Bobrowiecka Przełęcz

… małe wygłupy, które pominę wstawiając poważniejszą fotkę,…


… a po słowackiej stronie zaczyna nieśmiało się przejaśniać,…


… więc ruszamy dalej przebijając się przez śnieg.


Chwilami idzie się wygodniej,…


… a w oddali odsłaniają się Hruba z 3 Kopami.


Widzę, że czoło wycieczki dosięgły małe problemy z kopnym śniegiem.


Tyły zajęte fotografowaniem szybko zmniejszają dystans obserwując, jak…

21 III'09 v.3 Grześ - Rakoń ... Bobrowiecka Przełęcz

… przodownik Michał raźno wachluje kijkami, ale efekty nie odzwierciedlają jego wysiłku.


Chmury stopniowo odpuszczają ukazując nam coraz rozleglejsze widoki, wciąż tylko po jednej stronie.


Dochodzimy do prowadzących, którzy przebili się przez ten głębszy odcinek, by po paru minutach na niedużym podejściu stanąć w miejscu. Próby przekopywania w tym punkcie nie dają rezultatu, gdy śniegu po pachy – trzeba rozejrzeć się za obejściem. Wpatrując się w białą taflę odbijam kilka metrów na lewo i zakosami z nie małym wysiłkiem przedzieram się do przodu wybierając ukształtowanie terenu wskazujące na niższą śnieżną warstwę.
O porannych dolegliwościach kolana już zapomniałem, więc dzisiejszego dnia po raz pierwszy jestem na czele wycieczki. Skupiony na przebijaniu się przez biały puch nie zauważam, kiedy wokoło atmosfera zrobiła się mleczna.

Po wyjściu z kopnego śniegu, podłoże stało się twardsze i zaczęliśmy poruszać się swobodnie.


Wokół nas coraz gęściej, aż grunt z powietrzem zlewa się w jedną masę, których nie można rozróżnić, więc idziemy na wyczucie. Przede mną żadnych punktów odniesienia, chociażby kamyka czy badyla, który ułatwiłby orientację - tylko szara biel bez widocznej granicy między dwoma żywiołami.

Nie jesteśmy zmuszeni pchać się w tak znikomej widoczności, więc zarządzamy wcześniejszy posiłek – po długiej przerwie podnosimy się do dalszej wędrówki i w tym czasie dochodzą nas odgłosy od strony, z której przyszliśmy. Postanawiamy jeszcze trochę pobiwakować, dając wolne pole zbliżającym się wędrowcom – nawet gdyby zarządzili odpoczynek, ruszylibyśmy po nich, chociaż w międzyczasie trochę się rozwiało.

Po przywitaniu zapraszamy ich do przecierania szlaku. Po chwili mija nas grupa narciarzy – ruszamy kilka minut za nimi.


Teraz po Długim Upłazie idzie nam się wygodnie, zostało ostatnie podejście - 100 m w pionie.


Takie dłuższe odcinki preferuję podchodzić swoim tempem, co mniej mnie męczy od zbyt szybkiego lub wolnego tempa. Krok za krokiem coraz wyżej, coraz bliżej, dochodzę do trójki piechurów, którzy mijali nas na postoju. Idę za nimi, oni zmieniają się na prowadzeniu co kilkanaście kroków, ciężko dyszą, bo chociaż idąc w większości po śladach desek narciarzy, w niewielkim stopniu pomaga to idącemu na czele. Wchodzę i ja w ten cykl - będąc w miarę wypoczętym, ostatnie kilka minut na szczyt przecieranie biorąc na siebie, na swoje tempo.

Na Rakoniu króluje narciarstwo, po chwili tłum jest już liczniejszy.


W oddali widzimy więcej wycieczek zbliżających się w tę stronę. Wokoło zaczyna robić się coraz bardziej…

21 III'09 v.4 Grześ - Rakoń ... Bobrowiecka Przełęcz

… przejrzyście, więc Gośka i Szczepan odbezpieczają sprzęt.


Na razie odkrywają się Wołowiec i Rohacze.



Na Rakoniu spędzamy sporo czasu, bo chmury co chwila przelewają się przez krajobraz. Poza tym trójka śmiałków przy law.4 rusza na Wołowiec, więc czekamy na przebieg wypadków – są w połowie drogi między przełęczą a szczytem.



Na wchodzie ukazują się czubki Jarząbczego z Jakubiną - a dalej Starorobociański, zza którego niepozornie wystaje Bystra.


Narciarstwo co chwila puszcza się w W.Ch.Dol., a my przegryzamy i popijamy czekając, by…

21 III'09 v.5 Grześ - Rakoń ... Bobrowiecka Przełęcz

… złapać lepsze widoki na Rohacze, które nie chcą jednak się odsłonić…


… oraz na trójcę wdrapującą się po Wołowcu.


Niestety, chmur ponownie przybyło, więc decydujemy się na odwrót Długim Upłazem i dopiero schodząc z Grzesia jest sens odbezpieczenia aparatów.


Nie skręcamy w prawo na wydeptany szlak, lecz dążymy prosto ku Bobrowieckiej Przełęczy…


… mijając śnieżne postacie przypominające mi wyczerpanych wędrowców….



…czy…

21 III'09 v.6 Grześ - Rakoń ... Bobrowiecka Przełęcz

… mityczne stwory.



Chmury odleciały i ukazały nam się m.in. grań do Starorobociańskiego po Łopatę…


… ta ostatnia w zbliżeniu…


… otoczenie tego pierwszego.


Wchodzimy w przesiekę, nie chciałbym tędy podchodzić, za to zejście jest przyjemne, w głębokim sypkim śniegu. Przecieram drogę lawirując wśród drzew, aby ustrzec się przed wessaniem w pustkę powietrzną, jednak raz wpadam po pachy zatrzymując się na rozłożonych ramionach. Nogami mielę w śniegu, aby złapać chociaż niewielki punkt oparcia i wypełzam z tej pułapki. Po chwili słyszę Michała, który wylądował w tym samym miejscu, ale stoi już nieco wyżej niż ja przed chwilą - odwracam się i wyjmuję aparat.


Wszystkim dopisuje nastrój minionego dnia i tej chwili, gdy…

21 III'09 v.7 Grześ - Rakoń ... Bobrowiecka Przełęcz

… brniemy do Bobrowieckiej Przełęczy…


… skąd po wydostaniu się z drzewostanu ukazuje nam się widok na Bobrowiec.


Jeszcze parę chwil i jesteśmy na przetartym szlaku, którym migiem docieramy do Ch.Polany – w tle Kominiarski.


Ostatnie promienie słońca muskają czubki Mnichów Chochołowskich.


Kominiarski tonie w czerwieni…


… a schronisko w bieli.



→ 12 km
↑↓ 800 m

22 III'09 odwrót

D.5 - odwrót

Tego ranka dłużej poleniuchowaliśmy, bo czas nam wracać na niziny – pamiątkowa fota komunikatu…


… gdyż grubość pokrywy na Kasprowym zbliża się do rekordowej, i w drogę.
Już nie jest tak ładnie, jak wczoraj – jest chmurzasto, więc zdjęcia wypadają gorzej.



Idziemy, potok mile szumi…


… i dochodzimy do wylotu doliny.


Cóż, pora zakończyć nam kolejny wypad – niedługi, nieplanowany, można by rzec: przypadkowy.
Zamiary mieliśmy insze, ale zamiast prognozowego spadku zagrożenia lawinowego nastąpił jego wzrost, więc nie dziwne, że pierwszego dnia powyżej Pieca nie mogliśmy przebić się dalej.
Trudno - plany znowu zostały dostosowane do warunków, ale mały niedosyt pozostał...


Statystyka uwzględnia 4 dni (bez powrotnego):
→ 34 km
↑ 2400 m
↓ 2200 m


END
Marzec 2009

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com