Tatry-cichym ścigałem je lotem; styczeń 2008

3 sty'08 Tomanowa Przełęcz (1/2)

Epilog 1 – zimowa Tomanowa

Odkąd stałem się posiadaczem przyzwoitej cyfrówki (raptem niecałe 2 lata) ilość fotek idzie już w dziesiątki tysięcy. Coraz trudniej usiąść do ich przeglądania, więc od jakiegoś czasu zacząłem krótko archiwizować swoje górskie wyjazdy, by łatwiej po latach do nich wrócić – zarówno pamięcią jak i ograniczeniem przeglądania zdjęć.
Nie będę wracał wstecz do czasów sprzed-cyfrowych, gdyż zostały na ogół negatywy (skanowanie to żmudna robota), jak i czasu nie za wiele, a górskich wypadów jakoś nie ma końca, więc przybywają kolejne dylematy, za co się zabrać.

Ten krótki zimowy pobyt w Tatrach miał być nieco dłuższy, ale… po kolei.



Po sylwestrowej bieszczadzkiej Ostoji, gdzie zabawa była wyśmienita (pozdrawiam wszystkich!) Tomek wraz z koleżanką Tomka (sorki Janinka, ale nie mogłem się powstrzymać) odbili z trasy i wysadzili mnie w Krakowie, gdzie Dżagietka i Jarko użyczyli noclegu. Następnego ranka udałem się do Zakopca. Kuśtykając (czy raczej powłócząc nogami) po mieścinie za paroma rzeczami, Kościeliską wędrowałem już po zmroku. W schronisku pusto – oprócz mnie zameldowana tylko 1 osoba. Pani w recepcji nie pamiętała jeszcze takiego przypadku. Dotarli niedługo jeszcze Józefina i Łukasz, których tu dopiero zapoznałem i dłuższy czas tego wieczoru spędziliśmy wspólnie. Oni jutro rano podejmą decyzję, co dalej.
Plany miałem podobne, ale… te pięty – nie ma to jak nowe buty. Do tej pory nigdy nie miałem takich problemów z żadnymi, więc zbagatelizowałem od początku tą sprawę. W Bieszczadach po pierwszym dniu wędrówki z zaciśniętymi zębami, w kolejny nie dałem rady nawet kuśtykać, szorowałem po gruncie. Od tego czasu minęły raptem 2 dni. Poprawa jest, ale zaledwie nieznaczna – jednak z tatrzańskich planów nie miałem zamiaru rezygnować, choćbym miał siedzieć w schronisku, czy przed nim. Sama droga z asfaltu do tego miejsca zajęła mi szmat czasu. Ale jakoś tak nieswojo nic nie robić. Nadszedł ranek…


Jest 3 stycznia, spotykamy się tuż po g.6 – oni schodzą do Zakopca z zamiarem ruszenia w Wysokie. Może się spotkamy? Może rozruszam te…, a może wręcz przeciwnie.
U mnie rozterki – dam radę czy nie? Na zachód mnie nie bawi, na południe za ciężko, został kierunek wschodni – Tomanowa. Wcześniej rozważałem Smreczyński. Ale tak blisko? Potrzebuję powietrza, przestrzeni – las mam tu, za oknem. W sumie zawsze można zarządzić wcześniejszy odwrót.
Nie mogę już przeciągać – albo ruszam, albo zostaję.
Opróżniam plecak i pakuję to, co może się przydać – łącznie ze śpiworem, bo gdyby coś…
Wychodzę przed budynek i spoglądam jeszcze raz na Błyszcza i Bystrą – pogoda dopisuje. Jest g.10.30.


Droga przez las znaczona narciarzami.


Ślimaczę się okropnie. Buty związane tylko tak, by nie pętały się sznurówki. Chodzić mogę jedynie wtedy, gdy są całkowicie luźne, by istniał odstęp między piętą a tylną wewnętrzną częścią buta – w przeciwnym razie (mimo kilku warstw plastrów i skarpet) nie idzie wytrzymać z bólu, szczególnie gdyby miał trwać kilka godzin. A i teraz nie jest przyjemnie, staram się o tym zapomnieć rozkoszując otaczającą mnie naturą, w lesie i brnąc przez Tomanowe Polany, gdy już ukazały się okryte białą pościelą góry – i mój cel, który niby jest już w „zasięgu ręki”.


W zasięgu, bo widoczny, ale to dopiero rozgrzewka. Chwilami przypominają się moje niedomagania, gdy postawię nierówno stopę lub zapadnę się niespodziewanie. W sumie nie jest źle, czasu jeszcze sporo w zapasie, powoli, ale jednak do przodu. A wokoło – brak słów, bajecznie. Tylko jeszcze ten wewnętrzny niepokój, przecież jestem sam, nie całkiem sprawny, lawinowa dwójka – chociaż podejście łatwe to nie można wszystkiego przewidzieć. Po wyjściu z lasu trzymam się skraju lewej strony, przy kosówce.


Czekan od jakiegoś czasu w ręku, śnieg częściowo zmrożony – im wyżej, tym stromiej, wobec czego coraz częściej odczuwam skutki nieprzewidywalnych poślizgów i wessania w śnieg, które wywołują u mnie mało radosny wyraz twarzy.
Dosyć tych ślizgów, czas założyć raki. Obawiam się tego, bo chodzenie w nich w tak luźnym obuwiu, które bez rozsznurowywania można zdjąć jednym palcem, to już lekkomyślność.
Zdaję sobie z tego sprawę, ale… „ciągnie wilka do lasu”. Jeszcze nigdy nie szedłem tak ostrożnie, tak wolno, z obawą. Nie, to nie strach, on nakazałby zaprzestać, zatrzymać się, zawrócić lub… zadzwonić. Nie jest źle, ale mogłoby lepiej. Takie małe coś, a tyle kłopotu, przezwyciężanie własnego organizmu. Gdybym szedł z przymusu, gdyby na szali była walka o przetrwanie, spawa pewnie wyglądałaby inaczej. A ja wlokę się dla przyjemności, która gdzieś zaczęła zanikać. A pogoda wręcz idealna – ostre, rześkie powietrze, słonecznie, wiatr w zaniku.
Odpocząć… podziwiać… chłonąć…
I zapomnieć, przez kolejną chwilę.
Na horyzoncie wybijają się Bystra oraz Starorobociański.


Wstaję, przyglądam się – coraz bliżej. Ale czy to już niedaleko?


Trasa prawie spacerowa, a już 3h mi zajmuje. Idę, powinienem dojść, już nie zawrócę. Nic nie stoi na przeszkodzie – cholera, prawie nic. Jakimś trafem do tej pory ani razu nie wyskoczyłem z butów, które na wszelki wypadek dowiązane są do stuptutów. Oczy wybierają punkty najodpowiedniejsze do stawiania stóp, myśli krążą po wspomnieniach, byle chociaż w małym stopniu odizolować się od tego, co mnie hamuje.
Od jakiegoś czasu zatrzymuję się nie częściej niż po dziesięciu krokach nawet, jeśli mnie przypiecze do żywego. Górna granica nieustalona, zależna od przebiegu wypadków. No tak, ale krok krokowi nierówny – dziś są to kroczki w tempie co najmniej nie imponującym. Dość, siadam…

3 sty'08 Tomanowa Przełęcz (2/2)

… pod głazem na ostatnią chwilę oddechu, śpiwór w plecaku pozwala wygodnie się ulokować rozciągając dolne kończyny. Ulga, znowu mogę spokojnie ogarnąć wzrokiem rozciągającą się dookoła przestrzeń.
Przyjemnie… było. Znowu dreptam ku przełęczy, która rośnie w oczach – jeszcze jakieś 50m, już niecałe 20. Jest! - po 4h.
Stoję, wiatr dmie od sąsiadów, chłodny, wręcz orzeźwiający. Spoglądam na ślad mojej mordęgi, na stoki Ornaku, na wyłaniający się zza niego Wołowiec, na charakterystyczny Kominiarski.



Przychodzi odprężenie, powoli rozglądam się na wszystkie strony, napajam się tą chwilą, długą chwilą. Bajkowo, słychać tylko świst wiatru przelewający się przez grań. Pusto, nikogo w zasięgu wzroku. I biel, dookoła, najwięcej jej na zboczu Krzesanicy.


Przesuwam wzrok na prawo - wyłapuję Świnicę, ale to Krywań najbardziej rzuca się w oczy.


Zejście nie jest prostsze od wejścia. O ile na moją przypadłość nie wpływa to prawie w ogóle, o tyle w tych „latających” trzewikach są duże szanse na wyskoczenie z nich lub potknięcia, po czym dalszy przebieg wypadków może być nie do końca przewidywalny. Myślę chwilę o dupozjeździe – odpada, wklęsłość terenu wręcz zaprasza, ale nie będę kusił losu. Poza tym jeszcze nie jest późno, by tak się śpieszyć. Mam ochotę na ulubiony śniegowy marszobieg, ale w tej predyspozycji mogę o tym pomarzyć.
Związuję mocniej buty, może da się bezboleśnie zejść. Niestety, po paru krokach przywracam je do poprzedniego stanu, więc dreptam tak sobie powoli. Może to i dobrze, bo i dłużej tu jestem, tym więcej czasu na zachwycanie się obecną atmosferą i poszarpanym biało-zielonym otoczeniem, mając po lewej m.in. Tomanowy, Smreczyński (zza niego wystaje czubek Kamienistej), Bystrą.


Słońce coraz bardziej chyli się ku zachodowi, więc korzystając z okazji kieruję aparat jeszcze raz na przełęcz.


Droga przez las jest równie sympatyczna, tu powoli zaczyna panować półmrok. Do schroniska docieram o zmierzchu zadowolony ze spędzonego czasu, zapominając o przeszkodach dzisiejszego dnia. Z każdym dniem będzie coraz lepiej. Ale czy już jutro na tyle, by...

4 sty'08 (1/2) Dol.Kościeliska ... Dol.Jaworzynka

... ruszyć w Wysokie?
Schronisko opuszczam późno, na co wpłynęło moje niezdecydowanie (co dalej?) głównie ze względu na drobne niedomaganie oraz prognozy pogorszenia pogody.
Bystra już nie jest tak wyraźna, jak wczoraj.


W Kościeliskiej mijam jedno z moich ulubionych wodnych miejsc - tym razem trakt jest zupełnie bezludny, więc spędzam tu długą chwilę wsłuchując się w szum wody.


Skręcam w kierunku mojego topowego zakątka Zachodnich - Wąwóz Kraków. Jaka cisza!




Wychodząc na otwartą przestrzeń widzę, że z grani wywiało śnieg. Tam coś już zaczęło się dziać.


Po zmianie busów w Zakopcu, ruszam z Kuźnic ku Dolinie Jaworzynki. Trochę się ociepliło, więc mimo przetartego szlaku często zapadam się po kolana. Wiem już, że przed zmierzchem do Murowańca nie dojdę, właściwie to niedługo zacznie się ściemniać.
Przede mną obie Królowe Kopy oraz Kopa Magury.


Na końcu doliny rozsiadam się łapiąc widok na Opaleniec.


Podchodząc lasem garb daje się stopom nieźle we znaki. Kontaktuję się z Mpiem (pozdrawiam!) i informuję o aktualnych warunkach. Zdaje się, że nasz plan nie dojdzie do skutku.
Mijając ostatnie drzewa...

4 sty'08 (2/2) Czerwienica - stok Małej Królowej Kopy

Epilog 2 – nocna zamieć

… wiatr uderza znienacka. Dookoła wszystko zawiane, ślady niewyraźne.
Okolicę okrywa mrok.
Szlak niebawem odbija w lewo, ale jest tak zasypany, że podążam prosto po niewyraźnych śladach narciarzy, które po kilkuset metrach się urywają – najwidoczniej tu przypięli deski i zjechali z powrotem w dolinę.

Nadszedł czas podjęcia kolejnej decyzji – długo się nie zastanawiam. Mimo ponad normę wypchanego plecaka, ciągłego problemu z mocno obtartymi piętami i słabej widoczności ruszam dalej, stopniowo coraz wyżej, równolegle do Żlebu pod Czerwienicą, z zamiarem wejścia na Małą Królową Kopę od jej południowo-zachodniej strony.
Wypominam sobie, że nie zostawiłem w Zakopcu części zbędnych rzeczy, które po świątecznym pobycie wśród rodziny powiększyły rozmiar tobołka. Przydałoby się też pozbyć części odzieży, których mam nadmiar (nieduży, ale jednak), a wykorzystane były i na święta oraz na bieszczadzkim Sylwku z GG. Te kilka kilogramów chętnie zrzuciłbym z siebie.
Mimo ciemności zarys góry jest wyraźnie widoczny, wiem gdzie dokładnie jestem i wiem, w którym kierunku trzeba mi iść.

Iść – tego właściwie nie można tak nazwać. Od wyjścia z lasu, gdy wiatr uderzył z góry, posuwam się powoli, skokami między kolejnymi jego uderzeniami, często na kolanach podpierając się rękoma, w czasie jego ataku nieraz padając na płask całym ciałem. Pokonując kolejne metry wsłuchuję się w okolicę – na każdy świst mam 2 sek. na reakcję. I tak co kilka(naście/dziesiąt) sekund.
Sporego rozmiaru plecak (oraz jego waga) działa jak żagiel, który chce porwać właściciela na dno. Pomimo około minus 10 stopni jestem zgrzany, nie tylko z wrażenia.

Od zaniku śladów brnę po kolana, czasem zapadając się głębiej, a odległość jakby się nie zmniejszała. W świetle czołówki widzę tylko to, co jest w okolicy kilku metrów wokół mnie, resztę zasłaniają tumany śniegu niesione wiatrem. Co jakiś czas gaszę sztuczne światło, by rozejrzeć się po okolicy, ogarnąć wzrokiem kontury, zarysy miejsca, do którego mnie przygnało. Znowu wyciągam mapę i kompas – jeszcze jakieś 100 m pionu. Podejście wśród zasypanej kosówce owocuje coraz głębszym zapadaniem się w śnieg, gdy trafiam na pustkę powietrzną – a wietrzne ataki zmuszają do przyziemnienia.

Nic mnie nie zmusza, abym szedł dalej. Przypuszczam, że za M.K.Kopą, na otwartej przestrzeni będzie hulało jeszcze bardziej. Ze względu na istniejącą pogodę postanawiam przyspieszyć powrót o 1 dzień i jutro zejść do Zakopca, więc pozostało teraz wyszukać na tym stoku miejsce na biwak. Wygodny żleb odpada, więc rozglądam się za odpowiednim krzakiem kosodrzewiny. Nie muszę długo szukać - ten wystarczająco zabezpieczy mnie przed zsunięciem w czasie snu, jedynie…

5 sty'08 nocny biwak (stok Małej Królowej Kopy)

… coś muszę zrobić z pustką powietrzną między jej gałęziami, abym podczas snu w nią nie wpadł. W tej zadymie zrzucam garb i wyciągam biwakowy ekwipunek rezygnując z posiłku. Dopinam plecak i lokuję go w dziurze przywiązując go z obu stron do kosodrzewiny, po czym odgarniam śnieg obniżając pułap legowiska, aby w miarę możliwości zamieć przelatywała mi na głową. W blizzard bag wkładam śpiwór i rozkładam karimat – zastanawiam się czy nie wsunąć jej do środka, ale układ jest taki, że śpiąc będę musiał zaprzeć się stopami o gałęzie kosówki (brak idealnego poziomu), więc na rozdarcie niech zostanie narażony jednak karimat.

Zostawiam obuwie na zewnątrz (zabezpieczone przed śniegiem i uwiązane do wbitego czekana, który dodatkowo połączony jest z kosówką) – temu modelowi mróz nie straszny. Otrzepując śnieg pakuję się w śpiwór, zaciągam sznurki i mocuję je do grubej gałęzi, wysyłam kilka smsów, parę łyków napoju i układam się wygodniej, bo jakiś drobiazg (z kilku zalegających tu wraz ze mną) uwiera.
Próbuję zasnąć, ale hałas skutecznie temu uniemożliwia. Szarpany wiatrem śnieg mocno bije w aluminiowy wór, powietrzne zawirowania uderzają w twarz i dopiero po dłuższym czasie udaje mi się zdrzemnąć, gdy za moimi plecami powstała zaspa, a śnieg przelatuje teraz nade mną.
Po każdym przebudzeniu zmieniam miejsce ułożenia odgarniając zasypujący mnie śnieg, ale raz muszę całkowicie się wygrzebać… za potrzebą Wyratowałby w tym przypadku odpowiedni pojemnik (skleroza), a tak poprzez kombinacje wietrzno-śniegowe prosta czynność zajmuje mi kilka minut.

Nadchodzi ranek, a z ciepłego i osłoniętego posłania nie mam ochoty się ruszać, gdy za mną dmie wciąż tak samo od wczorajszego dnia. Nie powiem, że wyspałem się, chociaż wylegiwanie trwało 12 h. Czas leci, na poprawę warunków nie ma co liczyć, więc z oporami zmieniam pozycję z leżącej na siedzącą i opieram o nawiane zwały śniegu.

Kręcę FILMIK (33 sek)…
http://www.youtube.com/watch?v=oGlfvrI0AO4

… i robię parę fotek - niestety, ze względu na zadymkę tylko w jednym kierunku.
W oddali Giewont.


Pode mną Czerwienica, którą tu dotarłem.



Wrzucam coś drobnego na ząb, uzupełniam płyny i zauważam, że górę z krzyżem oświetlają promienie słoneczne. Może to znak krótkiego załamania pogody, może jednak potrwa dłużej, mnie to już nie dotyczy co przyniosą kolejne dni.


Pakowanie w tym otoczeniu idzie opornie, przede wszystkim strzepuję i zdmuchuję biały puch pchający się we wszystkie zakamarki.
Zejście jest podobne do wczorajszego wejścia – nasłuchiwanie i skoki między uderzeniami wiatru, a w momencie jego podmuchów przyleganie do podłoża.
Przez ostatnią noc zmieniła się delikatnie okolica – powstały różne formy śnieżne spowodowane działaniem sił natury.


W leśnym zaciszu przysiadam na krótką chwilę, aby coś przekąsić. W dolinie, na otwartej przestrzeni, znowu powiewa, ale zupełnie nie przeszkadza to w normalnym marszu. Nikogo nie spotykam po drodze, wczorajsze ślady zasypane świeżym śniegiem, który i stąd wywiało ukazując zmrożoną warstwę.


Dalej… to już Zakopiec i wyjazd.


Pisząc o tym pobycie użyłem słowa „epilog” mając na myśli nie same wędrówki w tych ostatnich dniach, ale podsumowanie mojego 3 tyg. pobytu w kraju, który na koniec stał się małą odmianą w stosunku do poprzednich dni.


END
styczeń 2008

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com