Tatry-cichym ścigałem je lotem; styczeń 2009

zima'09 dz.1 (12 sty) Palenica - Piątka

W liverpoolskim terminalu czekali już na mnie Drew, Anthony, Alex i Phil, chociaż do odlotu zostało półtorej godziny. Czekali w… pubie, gdzież by indziej.
Dopiero tu okazało się, że niepotrzebnie spakowałem śpiwór oraz karimat. Oni wcześniej zdecydowali się na odpuszczenie kilku noclegów na świeżym powietrzu, chociaż był czas, kiedy długo rozprawiali o namiocie oraz lodzie: „sibi, musimy znaleźć tam lód!”.
W każdym razie widząc targające przez nich żelastwo, nie wyobrażałem sobie ich z całym dobytkiem idących granią. No to odpadną takie atrakcje:
http://www.youtube.com/watch?v=oGlfvrI0AO4

Do Zakopca docieramy w niedzielę tuż przed północą, meldując się w Domu Turysty. Jeszcze nocny spacer po Krupówkach, w schronisku przepakowywanie dobytków itd. i przed g.3 zalegamy do snu.

Nazajutrz, dopiero w południe, ruszamy do Palenicy, skąd kierujemy się do Wodogrzmotów, po drodze słysząc co chwila „amazing!” na widok np. Gerlachów z Batyżowieckim.


W Dolinie Roztoki dłuższy odpoczynek od bagaży.


Zbliża się wieczór, do rozwidlenia szlaków został jeszcze kawałek..


Dochodząc do tego miejsca poszarzało, więc czołówki wypełzły z plecaków, a za nimi raki. Żelastwo przy butach wskazane, bo podejście „czarnym” wyślizgane, na grzbietach ciążyło, wskutek czego nasza grupka się rozciągnęła. Widzę, że dwóch odstaje coraz bardziej, więc zwalniam – a jednak będąc na górze zbyt długo czekamy na nich. Drew ruszył z powrotem, bo zaczął się niepokoić. Dochodzą zziajani, to wstaję i udaję, że ruszam dalej bo zimno. Miny mieli zabawne.


W Piątce zastajemy tylko 3 turystów, później dołączyła jeszcze dwójka, pustki. Poznajemy Roberta, z którym razem będziemy przemierzać białe Tatry.
Tego wieczoru Angole mnie zadziwili – znaleźli się w kojach już ok. g.22 na wieść, że o szóstej pobudka, bo jutro…


→ 8 km
↑ 700 m

zima'09 dz.2 (13 sty) Piątka - Kozi W - Piątka

… Kozi W. A może coś więcej? Gdzie tam, wyszliśmy dopiero po dziewiątej. Śnieg miękki, więc tempo powolne.
Powiewy uformowały ciekawe kształty.


Na zmianę z Robertem przecieramy szlak. Początek podejścia rozciąga stawkę, a myślałem, że bez większości bagaży pójdzie raźniej niż to miało miejsce wczoraj.


Robimy sporo, nie zawsze krótkich, odpoczynków – za duża ich liczba, więc dziś starczy czasu jedynie na szczyt.
Mała anomalia – najmłodsi odstają najbardziej, ale (jak się okazało) to właściwie ich początki łazikowania, bo do tej pory najczęściej wozili się prawie pod same ściany, gdzie mogli raczyć się wspinaczką.
Gdy ostatni dochodzi - ruszam, by za bardzo się nie relaxował.


Na następnym postoju Anthony pyta o plany następnego dnia i o nazewnictwo okolicy, dlatego też machamy łapami.


Widzimy 3 osoby, które wyszły przed nami ze schroniska na Szpiglasowe, ale (jak się potem okazało) przy trawersie, na odgłos pomruków pod stopami, ewakuowali się spod Miedzianego Kostura.


Kozi W przydeptany. Taki widok zawsze zapiera dech w piersiach – jak miło.


Mieliśmy plan przejść Szpiglasową do MOka, ale po wycofie wspomnianej trójcy wiemy, że nie tamtędy droga.
Ale Niżny Kostur Lipt. (oświetlony, na środku fotki) i może kawałek grani jest w zasięgu. W każdym razie jutro po południu/wieczorem przez Roztokę do MOka.


My na szczycie.


Widok na zachód.


Na wschód.


Na SE.


Dłonie podczas pykania fotek od wiatru przymarzły. Dołączam do grupy ulokowanej w zacisznym miejscu.
Zejście początkowo marszem, potem truchtem i… Robert zapoczątkował zjazdy.


300 m obniżenia na 4 literach poszło migiem. W Piątce najczęstszym słowem, jakie słyszałem było „amazing!”.
Zapowiada się pogorszenie pogody – ciekawe, co powiedzą jutro, gdy…


→ 6 km
↑↓ 620 m

zima'09 dz.3 (14 sty) Piątka - pod N.Kosturem - Piątka -MOko

... ranek zweryfikował nasz stan liczebny – Drew miał w nadmiarze wczorajszych wrażeń lub wieczornego piwa. Aura nie jest nam już tak przychylna: pochmurno, ciemno, najwyższe partie poznikały w otchłani - ale N.Kostur wciąż widoczny.


Szlak na Zwrot w miarę przetarty, ale czas odbić na S. Zaczyna się małe kopanie i znowu peleton się rozciągnął widoczny na tle Koziego W.


Atmosfera super, dzicz, żadnych innych śladów prócz naszych. Robert nieźle wtapia się w krajobraz.


Cel coraz bliżej, chmury coraz niżej.


Od tego momentu aparat na dłużej pozostał w ukryciu. Zakładając raki widzimy jak szczyt powoli zostaje zakrywany szarą powłoką. Teraz Robert przejął na siebie ciężar prowadzenia - czyli najgorsze przed nim, bo zaczynamy się wznosić, a podłoże nie wygląda na b.stabilne.
Z początku wprost do góry na S, potem trawersując kilkadziesiąt metrów stopniowo zmieniamy kierunek na W zachowując odstępy co najmniej kilkunasto metrowe. Nachylenie ok.45 stopni - widzę jak Robert zapada się po pas. Wymieniamy parę słów i decydujemy iść dalej, powoli, bo wcześniejsze sprawdzenia stabilności pokrywy nie napawały optymizmem.
Po niecałej godzinie przeszliśmy najgorszy odcinek, teraz zostało spokojne podejście na szczyt. Weszliśmy jednak całkowicie w chmury i zdecydowaliśmy się na odwrót - satysfakcja ze zdobycia byłaby niewielka, a czeka nas przejście do MOka (miało być wieczorne, będzie popołudniowe).
W tym czasie warstwa chmur się obniżyła, więc sporo niżej można było pokusić się archiwizowanie.


Tam, wyżej, skrył się nasz dzisiejszy cel.


W drodze do schroniska skracamy drogę przez Wielki Staw.


Żołądki napełnione, tobołki spakowane czas schodzić w Dol.Roztoki.


Niektórym wczorajszy zjazd bardzo się spodobał, więc wykorzystują okazję na powtórkę.


Ośnieżony asfalt do MOka odsłonił najsłabsze ogniwo w naszym gronie.
Na miejscu bezludzie, jak miło – tyle, że…


→ 15 km
↑ 500 m
↓ 750 m

zima'09 dz.4 (15 sty) MOko - Dymiąca Woda - MOko

... bardzo pochmurno, niewiele widać w promieniu kilkudziesięciu metrów.
Nazajutrz postanowiliśmy spędzić bardzo rekreacyjnie, czyli dopiero o pierwszej ruszamy przez MOko.


Szwendamy się w tym mleku pod Kazalnicą szukając lodu. Robert ruszył wyżej, w kierunku Dymiącej Wody i... eureka.


Chwila przejaśnień przy Kazalnicy.


W sumie znaleźliśmy 2 lodowe miejsca. Wieczorem zapoznaliśmy Kasię i Mariusza, z którymi przyjemnie spędziliśmy wieczór. Nazajutrz ciężko było…


→ 4 km
↑↓ 300 m

zima'09 dz.5 (16 sty) MOko - Dymiąca Woda - MOko

… podnieść się z koja.
Następnego dnia kierujemy się w te same miejsca.
Peleton ruszył przez Czarny Staw, ja archiwizuję jeszcze okolicę.


Drugie odnaleziony kawałek lodu na ścianie Kazalnicy. Mijamy go i idziemy do następnego punktu, bo w tym miejscu lód bardzo kruchy o czym przekonała się Kasia, której na głowę i bark zleciał odłamany niemały sopel.


Ekipa przygotowuje się do ataku.


Anthony rusza pierwszy – Dymiąca Woda wydaje się być spokojna.



Z Robertem obserwujemy poczynania Angoli, ale coś chłodno od tego stania zaczęło się robić, więc kolega znalazł sobie zajęcie.


Drew zakłada punkt.


Po nich przyszła moja kolej. Miło jest spróbować czegoś nowego – chcę więcej.


Jakoś nie bali się abym ich asekurował – uprzedziłem ich, że nie wiedzą co czynią...


Dla rozgrzewki Drew wynalazł nowe zajęcie.


Dzionek minął bardzo przyjemnie – jutro nie będzie leniuchowania. Trzeba nam wstać dużo wcześniej, bo przecież...


→ 4 km
↑↓ 300 m

zima'09 dz.6 (17sty) MOko- Długi Piarg - MOko...Głodówka 1/2

... następnego dnia spotkanie na Głodówce.
Skuteczna pobudka o przyzwoitej porze - dzień budzi się do życia.


Ponownie ruszamy na Czarny Staw z zamiarem powielenia poprzedniego dnia.
Wciąż ogłoszona jest lawinowa trójka - Szeroki Zagon pod Bulą daje do zrozumienia, że wszystko może się zdarzyć.


Tafla stawu wygląda wdzięcznie.


Podchodzimy pod ścianą Kazalnicy.


Pod Dymiącą Wodą rozpoczyna się kruszenie lodu.


Robert i ja na razie bezrobotni, więc...

zima'09 dz.6 (17sty) MOko- Długi Piarg - MOko...Głodówka 2/2

... ruszamy wyżej - zerknąć na Rysy. Skręcamy w Długi Piarg brodząc głęboko w śniegu, trzymając się prawej strony. Nasze zamierzenia urzeczywistnione.



Sypko, miękko, niepewnie, ale jeszcze ciągnę kawałek wyżej dla lepszych widoków - staję na prawie 1800 m, gdy zacząłem wpadać po pas. Robert na tle Żabiego Mnicha.


Droga powrotna idzie migiem, na zakręcie łapię niezły pejzaż.


Reszta ekipy nas wypatruje, bo mieliśmy oddalić się tylko na chwilę.
Teraz ja pokułem w lodzie, ciągle za mało, bo frajda nie przeciętna.


Zatrzymuję się i z tej perspektywy archiwizuję okolicę.


Cóż, trza się zbierać, bo pora robi się popołudniowa. W sobotę MOko oblężone, ale jednak trzeba się posilić i spakować. Na pożegnanie...


Na Głodówce spotkanie ze starymi i nowymi znajomymi - kto był to wie, jak minął tam czas.


→ 5 km
↑↓ 400 m


END of
zima'09

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com

Poprawiony (środa, 16 maja 2012 21:19)