Grupa Górska na szlaku
Główny Szlak Beskidzki
Grupa Górska na szlaku
 

Starorobociański Szczyt - mpie

STAROROBOCIAŃSKI SZCZYT.

Moje wejście na szlak zaczyna się o 4:46 rano, gdy wychodzę z domu by zdążyć na autobus, który ma zawieźć mnie do Pcimia. Tam mam spotkać resztę Grupy. Zdaję sobie sprawę że trochę za późno wychodzę (autobus odjeżdża dokładnie o 5:00), ale mam nadzieje że wystarczy włączyć szybkie tempo. Gdzieś w połowie drogi na dworzec dociera do mnie że złudna to była nadzieja, w wyniku czego ostatnie parę minut bawię się w sprintera. Oczywiście z plecakiem na grzbiecie. Wpadając na płytę dworca dostrzegam dwa stojące autobusy. Podbiegam do pierwszego, ale ten nie okazuje się właściwym. Wsiadam więc do drugiego.
Jakież jest moje zdumienie, gdy na moja prośbę o bilet, kierowca odpowiada machnięciem ręki za siebie i jednym krótkim słowem: „Tam!”. Nie bardzo rozumiejąc w pierwszej chwili co „tam”, grzecznie pytam o co chodzi. Kierowca lekko zniecierpliwiony wskazuje już dokładniej palcem za siebie i dodaje „Musi Pan jechać tamtym autobusem”. Kierując wzrok za jego wyciągniętą ręką dostrzegam trzeci autobus stojący na placu, który wcześniej musiałem przeoczyć. Z delikatnie narastającą rozpaczą rzucam się w tamtym kierunku, zdając sobie niejasno sprawę że jest już dobrych kilka minut po planowanym odjeździe. Na szczęście tym razem dobry los mnie jeszcze nie opuszcza. Zdążam w ostatniej chwili. Siadając z błogą ulgą na fotel, przez głowę przelatuje mi luźna myśl „fajnie się ta wyprawa zaczyna...”

 



W autobusie większość czasu śpię. Na kwadrans przed planowanym przyjazdem, przebudzam się. Zerkam za okno, porównuje jeszcze dla pewności swoje spostrzeżenia z mapą, i już wiem że się spóźnię. Trudno, zdarza się. Przypominam sobie że ostatnim razem to ja czekałem w Pcimiu, więc tym razem mogą oni. Dokładnie o 6:40, czyli o godzinie naszego spotkania dzwoni telefon. Na wyświetlaczu telefonu pokazuje się numer Dżagietki. Pewnie już przyjechali i się niecierpliwią. „Cześć, spóźnimy się trochę” – słyszę głos Jarka. „Cześć, ja też trochę” odpowiadam. „Jakieś 10, może 15 minut” dodaję. „OK, no to poczekaj chwilę na nas” słyszę. „Jasne, poczekam, będę tam gdzie zwykle” mówię, „i tak jak zwykle” dodaje w myślach.

Wysiadam w Pcimiu. Dokoła mnie tylko orne pola czyli środek budowy zakopianki, jakiś hotel w oddali, i jedna oaza dla spragnionego wędrowca - czyli knajpa Chata Sasa. Zamknięta. Czyżby deja vu? Tym razem nie chce mi się liczyć samochodów, bo ruch jest zbyt duży, wolę sobie pospacerować. Chwilę to trwa ale wreszcie przyjeżdżają. Tym razem tylko niecałe 40 minut spóźnienia – robią postępy. Jako że punkt spotkania wypada w miejscu, w którym akurat brakło pobocza, nie mamy czasu na długie przywitania, wskakuję z plecakiem do auta Agaty i ruszamy w drogę. W Chabówce odbijamy na Chochołów, co by ominąć Zakopane. Dojeżdżamy do wylotu Doliny Chochołowskiej. Tu na parkingu jeszcze tylko krótko targujemy się z parkingowym, by bez zbędnego marnowania czasu przebierać się w górskie ciuchy i wyruszyć na szlak.

Pierwszy asfaltowy odcinek do Hucisk pokonujemy ciuchcią. Trochę jesteśmy spóźnieni, a to jest minimum godzina marszu. Później niestety, trzeba już na nóżkach. Dochodzimy do początku Starorobociańskiej Doliny. To rozpoczyna się nasz czarny szlak. Ale przed wejściem na niego, korzystając jeszcze ze stojących w pobliżu stołów i ławek, spożywamy śniadanie. Wreszcie ruszamy do góry. Szlak tą doliną, jak większość tego typu szlaków, prowadzi początkowo lasem, by stopniowo przechodzić w kosówkę, z wolna przy okazji ukazując swoje piękne widoki na otaczające szczyty. Najpierw pojedyncze prześwity między drzewami, by w końcu przy wyjściu z lasu porazić nas swą urodą i przepychem kolorów. Zauroczeni magią barw, niesamowitym połączeniem różnych odcieni czerwieni i zieleni wkomponowanych w szarość skał, zatrzymujemy się. Każdy z nas chłonie otaczający widok całym sobą, robiąc przy okazji mnóstwo zdjęć. Po chwili ruszamy dalej. Teraz szlak wije się wśród kosodrzewiny, z minuty na minutę stając się coraz bardziej stromy. Przez co nasze tempo marszu znacznie spada. Przed samą przełęczą zaczynam odczuwać silny głód. Przyspieszam więc, i do Siwej Przełęczy docieram parę minut przed pozostałymi.

Na przełęczy wieje silny wiatr, zmusza mnie to do znalezienia osłoniętego miejsca wśród kosówki, gdzie rozkładam się z wiktuałami. Po chwili dociera do mnie reszta Grupy i przyłącza się do uczty. Pomimo przenikliwego wiatru jest nam całkiem przyjemnie, i spędzamy tam dłuższą chwilę. Niestety, kiedyś trzeba się jednak zbierać. Jest godzina 13:00, a do szczytu jeszcze trochę mamy. Dochodzimy do Raczkowej Przełęczy. Tu mała reorganizacja – Agata, Dżagietka i Jarek zostawiają swoje plecaki w trawie, i na ostatni odcinek ruszają „na lekko”. Trochę ryzykowne, ale w końcu nie ma się co im dziwić. Agata jest mocno osłabiona chorobą i zażywanymi antybiotykami, natomiast Basia z Jarkiem mają bardzo ciężkie plecaki. Są spakowani i przygotowani na cały tydzień w górach. Dla nich Starorobociański to tylko preludium, i zaraz następnego dnia uderzają dalej i wyżej.

Później, już na szczycie okaże się, że dziewczynom decyzja o zostawieniu bagaży mocno ułatwiła wejście, ale Jarka bardziej to zdemobilizowało. Brak plecaka i wolny spacerowy krok, kuriozalnie spowodował że szło mu się nienajlepiej. Na szczyt jednak docieramy wszyscy. Na górze zaczynamy od zwyczajowych semesów z wiadomością o sukcesie Grupy, w odpowiedzi dostajemy powrotne z gratulacjami. Natomiast zdjęcie z flagą musi zaczekać. W międzyczasie kontaktuje się z nami Mariusz, informując nas że jest na ostatniej przełęczy pod szczytem i idzie naszym kursem. To jakieś 40 minut drogi za nami. Bez chwili zastanowienia podejmujemy decyzję że zaczekamy na niego. Czas na oczekiwaniu spędzamy na podziwianiu widoków i na rozmowach o czekających nas kolejnych wyjazdach.

Mariusz dociera do nas szybciej niż się spodziewaliśmy. Ostatni odcinek pokonuje w pół godziny. Jest to niewątpliwie zasługą tego, że za namową Jarka, podobnie jak oni, zostawia swój plecak na dole. Tempo jednakże mi iście ekspresowe. Ta jego „jazda bez trzymanki” powoduje że na szczycie musi chwilę odpocząć. Dodatkowo jeszcze łyk ciepłej herbaty, chwila rozmowy i schodzimy w dół. Schodzi się łatwiej, ale znaczna ilość większych i mniejszych kamieni na ścieżce powoduje że nie wiele szybciej. Docieramy do pozostawionych plecaków. Tu, na osłoniętej od wiatru łące, robimy dłuższy odpoczynek. Jest tak cudownie, że bardzo trudno jest nam się ruszyć dalej. Wygania nas stamtąd dopiero późna godzina. Jest już po 16:00, a my jeszcze mamy przed sobą parę godzin marszu.

Prawie godzinę schodzimy do Siwej Przełęczy, gdzie musimy rozstać się z Dżagietką i Jarkiem. Dokładnie o 17:00 żegnają się z nami i schodzą w dół doliny, tam skąd przyszliśmy wspólnie rano. My natomiast kierujemy się na Ornak. Przez Zachodni przechodzimy bez buntu, ale już podejście na Główny wzbudza w nas pierwszy sprzeciw. Widząc słabą wstążkę ścieżki obchodzącej szczyt, decydujemy się na trawers tym skrótem. W rzeczywistości skrót ten okazuje się mało korzystny. Nie idziemy wprawdzie do góry ani na dół, ale ścieżka jest mocno pochyła, co szybko powoduje u nas ból stawów, nieprzyzwyczajonych do długotrwałego, bocznego zginania stopy pod tak nienaturalnych kątem. W sumie czasowo też nie wychodzimy na plus, bo to wszystko co możemy zyskać, tracimy na przeciskanie się przez wyjątkowo gęstą kosówkę i zrywanie równie gęsto rosnących między nimi borówek.

Wreszcie dochodzimy do początku zejścia z masywu Ornaka. Tu ścieżka zmienia się w kamienne schody, i tym razem niezłą wyćwikę dostają nasze kolana. Docierając do Iwaniackiej Przełęczy mamy już serdecznie wszystkiego dość, a przed nami jeszcze niewiele mniej strome zejście do schroniska. Ponieważ jednak z każdą minutą robi się coraz ciemniej, nie zatrzymujemy się tam zbyt długo. Ostatni odcinek idziemy lasem. W górze przebłyskuje ciemnogranatowe niebo, ale na poziomie szlaku las jest prawie całkiem zaciemniony. My jednakże jesteśmy twardzi (a może zbyt zmęczeni), i mimo otaczającego nas mroku, nikt nie wyciąga czołówki. Do schroniska docieramy chwilę przed 20:00. Wszystkie pokoje są oczywiście zajęte i zostaje nam tylko podłoga, ale nie spodziewamy się niczego innego. Gorzej, że za kwadrans zamykają kuchnię. Wprawdzie o tej porze i tak już w niej nie ma nic ciepłego do jedzenia oprócz zupy gulaszowej i resztki naleśników (bez borówek!), ale o wrzątku to każdy z nas marzy już od dłuższego czasu.

W schronisku jemy kolację, pijemy piwo i chwilę jeszcze rozmawiamy. Zmęczenie jednak bierze górę. Szybko udajemy się na górny korytarz, gdzie po szybkiej toalecie z radością wskakujemy do naszych śpiworków. Pomimo otaczającego nas gwaru głosów zasypiamy równie szybko.

 




Opis autorstwa: mpie

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com