Grupa Górska na szlaku
Grupa Górska na szlaku
Główny Szlak Beskidzki
 

Rysy - mpie

NIEDZIELA. RYSY.

Dźwięk budzika. Otwieram oczy i podnoszę głowę. Jest za pięć czwarta. Za godzinę jest planowany wymarsz, więc daję sobie jeszcze dziesięć minut i wstaję. Wstępna toaleta, śniadanko i pakowanko plecaka przebiega sprawnie. Szybko okazuje się jednak, że planowane wyjście o godzinie 5:00 musi zostać przesunięte na trochę później. Niestety, poranna witalność niektórych członków Grupy Górskiej po zdobywaniu wcześniejszych szczytów na tym spotkaniu, jest daleka od ideału.


Spóźnienie jednakże, okazuje się niewielkie. Raptem nieco ponad półtorej godzinki. I tak pierwsza grupa w składzie Dżagietka, JesiennyDeszcz, Kasia, Pietia, Sibi, Sławek i ja około godziny 6:30 wyrusza na szlak. Choć pogoda nie jest zbyt zachęcająca -> doskwiera nam permanentny brak słońca, wieje za to przenikliwy, zimny wiatr, a na dodatek szczyty Tatr skąpane są w ciemnych chmurach, to jednak humory nam dopisują. Zatrzymujemy się na moment przy schronisku nad Morskim Okiem, by zaczekać na ewentualną resztę grupy, ale po chwili ruszamy dalej. Zwalniamy tylko kroku.


Pozostali, czyli Izu, AvantaR i Świstak, dołączają do nas na podejściu pod Czarny Staw. Nad brzegiem stawu zakładamy obóz I. Tu robimy pierwszy wspólny, dłuższy odpoczynek. Ktoś wyciąga bułki, ktoś inny czekoladę. Niektórzy robią zdjęcia. Jeszcze tylko spojrzenie ponad nieruchomą taflę stawu na czekającą na nas prawie pionową ścianę, i choć nie wygląda to obiecująco - ruszamy dalej. Nie wszyscy jednak. Świstak i Sławek zostają w obozie.
Obejście Czarnego Stawu nie nastręcza zbyt dużych trudności. W jednym, czy w dwóch miejscach musimy przejść po topiącym się śniegu. Śnieg jest śliski, ale wydeptana przez uczestników poprzednich wypraw ścieżka ułatwia nam to. Po minięciu stawu, zaczynają się pierwsze schody. Do stóp Buli pod Rysami, gdzie zakładamy II obóz, idziemy jeszcze wszyscy razem, ale powyżej dzielimy się na dwie części. Grupa "uderzeniowa" w składzie JD, Pietia i Sibi (skąd u licha oni mają tyle sił?) wyrusza pierwsza. Pozostali chwilę odpoczywają. Dżagietka, która już od jakiegoś czasu narzeka na uporczywy ból kolana, decyduje się nie iść dalej. Po sprawdzeniu czy ma wszystko, zostawiamy ją w obozie i ruszamy do góry.


Pogoda robi się coraz bardziej uciążliwa. Zaczyna wiać coraz mocniej, a wraz ze wzrostem wysokości spada temperatura. Wkrótce pogarsza się także widoczność, gdy coraz bardziej wchodzimy w chmury. Robi się zimno i nieprzyjemnie. Dobrze że chociaż szlak jest wyraźnie oznaczony, i nie ma obawy że go zgubimy. Rzadko po drodze mijamy wracających innych turystów. Jeden z takich mijanych mówi nam, że jeśli nie mamy rękawiczek, to nie mamy po co tam iść. Zarówno łańcuchy jak i same skały są lodowato zimne i w większości oblodzone i oszronione. On sam wraca właśnie dlatego. My tylko uśmiechamy się i pokazujemy dłonie. Każdy z nas ma już ubrane rękawiczki. Niektórzy nawet po dwie pary -> na pierwsze, polarowe, mamy założone drugie, bez palców, w normalnej sytuacji ułatwiające wspinanie się po skałach i trzymanie się łańcuchów. Tak na dobrą sprawę, to każdy z nas ma założone na siebie już wszystko, co tylko wziął ze sobą do ubrania na tę wyprawę.


Idziemy dalej. Dochodzimy do Buli pod Rysami. Tu spotykamy grupę szturmową, która założyła w tym miejscu obóz III. Czekaniem na nas są mocno zmarznięci, dlatego w kilku prostych i krótkich słowach, niosących się daleko po otaczającym nas śnieżno kamiennym pustkowiu, dowiadujemy się co oni myślą o naszym tempie podchodzenia. W odpowiedzi dajemy im flagę. Wiemy że oni są w stanie zdobyć szczyt, natomiast co do nas, to nie ma takiej pewności. A zdjęcie z flagą na szczycie zrobione być musi. I to z minimum trzema osobami. A ich jest dokładnie troje. Regulaminowe minimum. Po chwilowym odpoczynku i łyku gorącej herbaty ruszamy dalej. Grupa uderzeniowa, idąc jak zwykle swoim tempem, szybko znika nam we mgle. O podziwianiu widoków nie ma co marzyć, gdyż widoczność spada do kilkunastu metrów. Choć momentami mgła znika, ukazując nam w oddali połyskujące w słońcu (!) stawy. Niestety, są to tylko chwile i to tak krótkie, że nie zdążamy nawet wyjąć aparatów fotograficznych.


Docieramy do początku łańcuchów. I tu zaczyna się już prawdziwa walka. Z górami i z samym sobą. Lodowaty wiatr w połączeniu z zimnymi, oszronionymi łańcuchami powodują, że o zdobycie każdego metra trzeba walczyć z wszystkich sił. Kilkukrotnie musimy się zatrzymywać żeby poszukać szlaku, tym bardziej że miejscami skały są tak mocno pokryte szronem i śniegiem, że zasłaniają nam nawet namalowane farbą znaki. W pewnym momencie wyprzedza nas kilkuosobowa grupa "niedzielnych turystów" idąca szybko do góry. Nie wiemy co nas bardziej zaskakuje. Ich odwaga przy zdobywaniu w taką pogodę szczytu w iście alpejski sposób (bez jakichkolwiek plecaków), czy też głupota, objawiająca się chociażby adidasami, skórzanymi półbutami, dżinsami czy jednorazowymi workami foliowymi imitującymi kurtki przeciwdeszczowe. Kondycji nie możemy im jednak odmówić. Faktem niezaprzeczalnym jest że wyprzedzili nas szybko i sprawnie.


Łańcuchy dłużą się w nieskończoność. Wichura wieje momentami tak wściekle, że trzeba z całych sił trzymać się skał lub łańcuchów, żeby nie odpaść. Nikt z nas nie ma ze sobą termometra, ale sądząc po tym że wyświetlacz w moim telefonie prawie przestał reagować, temperatura musi oscylować gdzieś w granicach zera stopni. Czasem, gdy mgła się przerzedza, możemy dostrzec iż wierzchołki otaczających nas szczytów są całe białe. Jest to efekt szczelnie oblepiających ich igiełek lodu i szronu.


Wreszcie docieramy na grań. Stąd już jest krótki, ale trudny technicznie odcinek. Jego trudność potęguje ciągle wiejący, porywisty wiatr, oraz szron, który na tej wysokości pokrywa już całkowicie skały. To powoduje że Izu rezygnuje z dalszej drogi. W tym prowizorycznym IV obozie zostaje z Nią również AvantaR. Są tam również nasi "niedzielni turyści", choć nie wiemy czy zdobyli szczyt i wrócili, czy też trudności spowodowały iż doszli tylko do tego momentu i poddali się. Później, już przy zejściu, dowiemy się że AvantaR próbował jeszcze iść za nami, ale nieznajomość szlaku i śliska, ryzykowna droga skutecznie go powstrzymały.

Ostatni etap to przejście ścianką do małej przełączki, a następnie początkowo trochę kruchą skałą, do miejsca, gdzie już widać jest szczyt. Cały ten odcinek jest mocno oblodzony, jednakże pomagając sobie wzajemnie z Kasią przechodzimy go bez większego trudu, choć z lekko podwyższoną adrenaliną. Jeszcze tylko kilka metrów w górę, i jesteśmy na szczycie, gdzie czeka na nas trzyosobowa grupa wcześniejszych zdobywców. Wzajemnie sobie gratulujemy, chwilę czekamy na AvantaR`a (gdyż początkowo myślimy że do nas dołączy) i robimy zwyczajowe zdjęcie. Rysy zdobyte!




Opis autorstwa: mpie

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com