Grupa Górska na szlaku
Główny Szlak Beskidzki
Grupa Górska na szlaku
 

Przełęcz pod Chłopkiem - Dżagietka

SOBOTA. MIĘGUSZOWIECKA PRZEŁĘCZ POD CHŁOPKIEM.

Punktualnie o 1:00 w nocy z piątku na sobotę stawiam się na mysłowickim dworcu. Już jestem zmęczona. Pół godziny z plecakiem pieszo. Na szczęście z przyjaciółmi, którzy ochoczo porwali się na odprowadzenie mnie. W pociągu witam się z Pietią, Kasią i Świstakiem. Po chwili zza stosu walizek i plecaków wykopuje się Sibi. Warunki ekstremalne, więc bez dłuższego zastanawiania się skracamy naszą podróż i przesiadamy się do pociągu jadącego do Zakopanego i wiozącego do nas Sławka już w Jaworznie. Tu mogę powitać się z Piotrem, Izą i Avantarem, którzy byli nieosiągalni w pociągu. Tu też spędzamy godzinę w oczekiwaniu na spóźniony pociąg za Sławkiem.

Nie dojeżdżamy jeszcze do Krakowa, gdy dzień powoli zaczyna się budzić. Cały przedział nasz. Wszyscy rozkładamy się wygodnie. No, może oprócz Pietii... Plątanina nóg. Pociąg jak szybko ruszył, tak i szybko dojechał do Zakopanego. Niewyspani prawie przegapiliśmy stację. Szybkie zakupy, niespodziewane spotkanie z Ryszardem i Ewą, mały podział na grupy, które ruszają w stronę Kuźnic i Palenicy Białczańskiej. Zrzędliwy kierowca najpierw mnie śmieszy, później zaczyna podnosić ciśnienie. Zerkam we wsteczne lusterko, widzę drzemiącą spokojnie Kasię i ogarnia mnie błogi spokój. Byle do naszych na taborze...

 

Po 10:00 docieramy. Niecierpliwiący się Jasiek wybiega po nas i doprowadza na miejsce. Tu przywitanie z Myszą, Lidką i jej rodziną (Xew i jej mąż), małe zamieszanie z zakwaterowaniem (deju vu?) i ruszamy na szlak. Dzisiejszy cel: Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem. Mysza i Lidka chcąc nie chcąc zostają. Lidka - zmachana po przejściu całej Orlej Perci, Mysza - przemoknięta dzień wcześniej do suchej nitki w Pięciu Stawach.

 

Osiągamy zawrotne tempo, pęd powietrza unoszący się za nami w drodze nad Czarny Staw rozwiewa kolorowe peleryny turystów mijanych na szlaku. Nie mogę więc zrozumieć, jak zdołał nas dogonić Mpie człapiący z Zakopanego. Jak to dobrze ciągnąć się w ogonie... Miałam radochę przywitać się z nim jako pierwsza po tak długiej przerwie. Cudowna niespodzianka (no, co niektórzy wiedzieli...). Po chwili wzruszenia gonimy dalej nasz peleton, bo tam, na górze, czekają już Beti i Jesienny Deszcz, które wyszły z taboru 2 godziny przed nami (choć później ten czas został przez nie same zredukowany tłumaczeniami do 1,5 godziny).

 

Nad Czarnym Stawem śniadanko. Jak zwykle dostaję od Michała Prince Polo. Stary dobry Mpie... Chyba nikomu się nie spieszy i wcale tego nie ukrywamy. Ale jednak... dziewczyny... pora ruszać. Wchodzimy w kosówkę, pniemy się stromo do góry, co jakiś czas wyprowadzani przez Mpiego w "bałagan" (jakiś dziwnie niepoukładany ten szlak...). My nawet poza szlakiem damy sobie radę, ale na wszelki wypadek dowództwo obejmuje Radyjko. Krótki odpoczynek nad przecinającym szlak potoczkiem. Zerkam w górę. Widzę Pietię stojącego pod wodospadem. Połyskujące w słońcu kropelki wody rozwiewa wokół niego wiatr, tworząc srebrzysta aureolę. Tatrzański dobry duszek. A baterie w aparacie już nad Czarnym Stawem odmówiły posłuszeństwa.

 

Koniec tego dobrego. Ruszamy do góry, dziewczyny się niecierpliwią. Dobiegamy do Kazalnicy. Z daleka, ze ścieżki prowadzącej pod grań, machają nam dziewczyny. Dobry znak. Nie zamarzły w oczekiwaniu na nas. No i jeszcze nas trochę lubią, skoro nam machają. Podziwiam widoki. Czarny Staw i Morskie Oko z maleńkim schroniskiem u moich stóp. Raz w życiu czuję się duża . Jestem tu pierwszy raz, staram się zapamiętać każdy szczegół, co oczywiście nie jest możliwe. Za dużo emocji. Co jakiś czas zaglądam do Bańdziocha. A więc to ta bestia, sypiąca zimą lawinami w taterników...

 

Powolutku ruszamy na samą przełęcz, gdzie czekają już Beti, Jesienny Deszcz, a także Radyjko, Sibi i Pietia. Widok zapiera dech w piersiach. A może to ten straszliwy wiatr...? Przed nami w całej okazałości Dolina Hińczowa z pilnującym jej Koprowym Wierchem i migotającymi zadziornie w słońcu Hińczowymi Stawami. Mały raj na ziemi. Spokój i ciepło. Aż do wylotu Doliny Mięguszowieckiej. Jak niewiele trzeba ludziom gór do szczęścia... Wiatr stara się nas zdmuchnąć do Doliny Hińczowej, ale nie z nami te numery. Toż to nielegalne przekroczenie granicy! Dlatego szybko zbieramy ekipę chętną na odwiedzenie Czarnego Mięguszowieckiego. Jeszcze przed wyruszeniem kilka fotek. Mpie wyciąga malutki statyw i - o zgrozo! - stawia go w wichurze chyba na możliwie najwyższym kamieniu. Wytrzymał (i kamień i statyw). Lituje się nad nami Łukasz - spotkany na przełęczy samotny turysta. Robi nam zdjęcie. Razem z nim ruszamy na Mięgusza. Na szczycie mamy piękny widok nie tylko na słoneczną słowacką, ale i na polską stronę. Kilkanaście sekund, których nikt nam nie odbierze.

 

Pora wracać w dół. Łukaszowi nie dajemy schodzić samemu. Ja z Kasią, Michałem i Sławkiem zachwyceni podziwiamy w drodze powrotnej widoki. I jest to jedyny powód naszego wolnego tempa. Reszta daleko przed nami. W końcu i ja przyspieszam, skaczę z kamienia na kamień, dopadam kosówek. Przysiadam. Spoglądam na Rysy, rozmyślam. Jak bardzo zmienił się mój świat odkąd poznałam tych, z którymi tu jestem. Ile dane mi było z nimi przeżyć. Podnoszę się, widzę już fioletową kurtkę Radyjka, pędzę do niego i reszty, która przede mną. Chyba właśnie to wyeliminowało mnie ze zdobycia szczytu Rysów dzień później. Po krótkim odpoczynku nad brzegiem Czarnego Stawu ruszamy do schroniska. Kasia, Mpie i Sławek sobie poradzą.

 

Przy schronisku czekają już Piotr i Świstak, którzy dreptali na spotkanie z nami przez Dolinę Gąsienicową i Dolinę Pięciu Stawów. Jest też Avantar z Izą, którzy pokusili się dziś na zdobycie Szpiglasowej Przełęczy. Już od Przełęczy pod Chłopkiem upominali się o nas ze schroniska, niosąc nadzieję na niewyczerpane pokłady szarlotki w schroniskowej kuchni. Przepyszna była. Jak zawsze.

 

Po powrocie na tabor znowu kombinacje z zakwaterowaniem, kolejne zmiany, ale każdy ma gdzie spać. W namiocie nr 15, zamieszkiwanym przez Izę, mnie, Avantara i Świstaka, ogłoszony zostaje dzień dziecka. Iza wyłamuje się jednak z ustaleń i idzie się myć! Ostatecznie pozwalamy jej jednak spać w środku. Wcześniej jeszcze kolacja, która bez kurczaka Radyjka chyba nie mogłaby się odbyć. Rozmowy o Sylwestrze, licytacja godziny jutrzejszej pobudki i wyjścia... W ciemnościach taborowej kuchni pada plota, że przyszedł Altair. Kiedy tylko odbijamy z rąk współtowarzyszy taboru gazową lampkę, grzecznie się przedstawiamy i radośnie witamy. Altair ma jutro w planach Wielki Mięguszowiecki Szczyt. Biesiada nie trwa długo. Czeka nas pobudka przed 5:00 (Kasia i Mpie nawet ciut wcześniej).

 

W nocy nasłuchuję niedźwiedzi, a nad ranem budzi mnie wspaniały odgłos porządkowanego szpeju w namiocie obok. Czyż można wyobrazić sobie coś piękniejszego w swojej prostocie niż to, co wydarzyło się przez ostatnie kilkadziesiąt godzin?




Opis autorstwa: Dżagietki

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com