Grupa Górska na szlaku
Główny Szlak Beskidzki
Grupa Górska na szlaku
 

Czupel i Skrzyczne - Piotr

Zziajany wpadam na peron dworca PKP, gorączkowo rozglądam się za pociągiem, którego jednak jeszcze nie ma. Z ulgą, już bez pośpiechu kieruje się w stronę peronowej herbaciarni, zrzucając plecak widzę kątem oka wtaczający się skład z Katowic, w chwilę później widzę wysoko na estakadzie dwie tak dobrze mi znane sylwetki - Ania i Beti, to na spotkanie z Nimi i czekającą nas przygodą tak się śpieszyłem.


Ania - trochę skryta i nieco nieśmiała, przemiła dziewczyna, z którą ostatnio dzieliłem trudy wspólnego wędrowania i "garkuchnię" w Dolomitach.


Beti - błękit oczu mówi o łagodności, ale zadziorny charakter pozwala Jej pokonać własne, nie małe słabości. Upór i konsekwencja w dążeniu do celu czyni z Niej wymarzonego partnera na włóczęgi.


Przygoda - to kolejne z listy Korony Gór Polski szczyty: Czupel 933 m.npm. "superszczyt" Beskidu Małego, oraz Skrzyczne 1257 m.npm. "kolos" Beskidu Śląskiego.


Rozkładamy się na kawiarnianym stoliku, w ruch idzie mapa i nasz ostro przypiekany słońcem intelekt. Szybka korekta planów i zamiast startowac z Czernihowa, idziemy na przystanek MZK, z którego po chwili oczekiwania jedziemy 11-tką do Straconki (dzielnicy B-B) gdzie zaczyna się "nasz" szlak.


Nic nie jest bardziej upiorne niż podejście w nieruchomym powietrzu rozgrzanym do granic możliwości, czuć ze słońce postawiło sobie za punkt honoru złamać nas, rzucić na kolana byśmy błagali o odrobinę deszczu - zapomniało, że GG to "twardziele" i nie taka to prosta sprawa... my o deszcz nigdy nie prosimy (no, ... co najwyżej żeby trochę zelżało). Cola, lody i nieco cienia na Przegibku szybko przywracają nam siły i odświerzają nieco "łamiące" się chęci. Ruszamy dalej, ostrzejsze podejście ciągnące się (jak każde podejście) w nieskończoność wyprowadza nas wreszcie pod schr. na Magurce. Chwilkę odpoczywamy wsłuchując się w odgłosy nadciągającej burzy i szybka decyzja - idziemy!


Idąc w baśniowej scenerii długą lecz niemal bez wzniesień granią dochodzimy na wierzchołek Czupla. Szybkie pamiątkowe zdjęcie z flagą GG, jeszcze jedno gdzie Beti pokonuje klaustrofobię w drewnianej jaskini a Ania "szlifuje" techniki wspinaczkowe


... i dość ostrym zejściem zmierzamy w kierunku siodła przełęczy oddzielającej najnowszą "zdobycz" GG od Rogacza 899 m.npm. gdzie znajduje się skrzyżowanie szlaków. Skręcamy w prawo i ostrym zejściem zbiegamy w dół mijając pierwszych turystów na szlaku. Kiedy stok łagodnieje szlak wyprowadza nas na Skałkę, Ania - posiadającą podstawowe odruchy nadziei polskiego alpinizmu kobiecego, łapie za flagę i już siedzi na szczycie, chwile później Beti pokonuje skalne "zerwy" i kolejne zdjęcie gotowe.


Po tym niewątpliwym sukcesie, radośni i chłęśliwi przechodzimy niewielkie wzniesienie Małej Góry 715 m.npm. kierując się cały czas na miejscowość Łodygowice. Skończyła się ścieżka - zaczął się ulubiony przez wszystkich piechurów asfalt i doprowadzając nas do zbawczego sklepu z zimnymi napojami uratował nasze wysuszone organizmy. Wystarczył zimny napój, jakiś lód na "patyku" i już dziewczynom świta pomysł by może jeszcze dzisiaj wleźć na Skrzyczne (Boshe ratuj - One mnie wykończą). Na moje szczęście Beti - uzbrojona w najnowszej produkcji wkładki do butów (wg sprzedawcy - rewelka! ... jeśli chcesz adres pisz na PW Beti) "wymiękła", odparzone i odbite stopy powiedziały DOŚĆ!! Tak więc po kombinowanym dojeździe do Szczyrku i "wrzuceniu czegoś na ruszt", miast iść na Skrzyczne - idziemy do punktu Informacji Turystycznej gdzie miła Pani wyszukuje nam nocleg.


Siedząc w trawie najwyższego punktu, jaki udało się nam znaleźć na Skrzycznem obserwuję kątem oka jakiegoś "kibola" owiniętego w klubowa flagę z dziwnie znajomym logo. W górze, mrowie kolorowych "glajtówę" unoszących się w rozgrzanym do "czerwonościę" powietrzu, od czasu do czasu dochodzą do mnie pomruki zbliżającej się burzy... wspomnieniem jest już tylko (na szczęście) mozolne podejście zielonym szlakiem, bezruch gęstego nagrzanego powietrza... nie pomogło wcześniejsze wyjście i marzenie o porannym chłodzie, nie pomogła nadzieja cienia świerkowych lasów, nie pomogło wybranie najłagodniejszego podejścia... całą trasę podejścia znaczyły litry naszego potu, a kolejne "odpoczynki" pozwalały jedynie umiarowić oddech.


Kolejne, wyraźniejsze grzmoty - zwiastuny burzy - przywołują nas do rzeczywistości, "kibol" okazuje się być Anią (Jesiennym Deszczem) i rozwijając flagę wraz z Beti ustawiają mnie pośrodku (pewnie dla równowagi - żeby zbyt pięknie a co za tym kiczowato nie było). Przypadkowy turysta, których dzisiaj jest tu pełno robi nam pamiątkowe zdjęcie, jeszcze meldunek do "bazyę o pełnym sukcesie ataku szczytowego i...


...już idziemy połogą w tym miejscu granią szczytową w kierunku Malinowskiej Skały cały czas ścigając się z "szukającą zaczepki" burzą. Szlak stromieje i prowadząc nas wśród lasów doprowadza wreszcie pod skałkę. Dziewczyny - żądne adrenaliny natychmiast przypuściły "atak" na skalne zerwy Malinowskiej Skały 1152 m.npm. Impet, z jakim "natarły" na piaskowcowe gładzie błyskawicznie przyniósł efekt w postaci kolejnej zdobyczy dla GG, co nie omieszkałem uwiecznić.


Krótki odpoczynek, szybki posiłek, kilka łyków wody stawiają nas na nogi, a coraz bardziej zbliżająca się burza wygania ze skały... szybkim marszem (tak nam się wydawało) zmierzamy w kierunku przełęczy Salmopolskiej, podrodze czeka nas jeszcze jedno strome podejście - to Malinów 948 m.npm. próbuje się nieśmiało bronić lecz nasza "euforia szczytu" jest nie do przezwyciężenia, błyskawicznie zdobywamy metr za metrem wzniesienia i oto szczyt w ataku rozpaczy "wyciągaę jeszcze jeden ostatni jak się okazało atut - sprowadza nas w bok, pod otwór Malinowskiej Jamy (jaskini "Ondraszka", chociaż jaskinia to określenie zdecydowanie "na wyrost" dla tej mrocznej i wilgotnej dziury). Oczywiście nie może być mowy o "odpuszczeniu" i następuje czas jej exploracji, która kończy się również (a jak by inaczej!) pełnym sukcesem - dwójka w składzie Ania i ja dociera do dna asekurowana czujnym wzrokiem Beti.


Mroki podziemnych korytarzy nie uratowały Malinowa przed klęską a naszym sukcesem, więc w ataku furii przywołuje burzę, która dopada nas jednak, gdy już siedzimy pod parasolami kawiarenki na przełęczy Salmopolskiej 934 m.npm. Śmiejąc się z siekącego deszczu jemy lody przegryzając je oscypkiem, obserwujemy miejscowy folklor i wtedy Beti niebezpiecznie "zaiskrzyły" oczy – "... ja muszę Go mieć!" - to widok gazdy sprzedającego oscypki spowodował ten "atak". Chwilę później kosztem obietnicy zakupu oscypka, opór miejscowego folkloru uległ wyraźnemu zmiękczeniu i tuląc do siebie niebieskooką część GG pozuje do pamiątkowej fotki, która kończy naszą wspaniałą "chaszczową" PRZYGODĘ...




Opis autorstwa: Piotra

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com