Grupa Górska na szlaku
Grupa Górska na szlaku
Główny Szlak Beskidzki
 

Dolomity 2006 - YLAM

KAISER-MAX-KLETTERSTEIG - 19.06.2006

Znoszę bagaże do samochodu – ruszam. 14:30 dojeżdżam do Wrocławia, szybki odbiór wcześniej zamówionych batoników energetycznych i jadę w umówione miejsce spotkania. Mam jeszcze chwilkę, wiec idę na pyszny obiadek do KFC. Teraz czeka mnie 2 tygodnie „różnej” kuchni niekoniecznie smacznej. Coraz bardziej dociera do mnie myśl że zaczęło się to, co jeszcze tak niedawno było mi tak odległe, było tylko marzeniem. Po 15.00 dojeżdża Kasia z Jędrkiem i zabieramy się za przepakowywanie bagażu w jedno autko. Foka z lekkim opóźnieniem zjawia się o 16:20, upychamy resztę bagażu. Jeszcze „szybkie” zakupy w TESCO i CASTORAMIE i obieramy kierunek na Zgorzelec. Po przekroczeniu granicy czeka nas jakieś 700km do kolejnego celu - VF w Austrii (Kaiser-Max-Klettersteig). W międzyczasie krótka (2 godz.) drzemka na parkingu w Niemczech. Po przebudzeniu szybka, „tania” kawa na stacji benzynowej i lecimy dalej (tu pierwszy raz pojawiają się Niemcy na rowerach). Ok. godz. 7 zjawiamy się już pod VF, gdzie czekają na nas już z kawą i herbatką (Agata, Bubamara i Jarek). Przywitanie, wymiana wrażeń z trasy i zaczynamy przygotowywać się do pokonania (dla większości z nas pierwszej w życiu) VF. Pod ścianę idą wszyscy poza Bubamarą, Jędrek jedynie w celu rozeznania terenu. I zaczęło się – kilka wskazówek od Piotra i już pierwsze osoby są wpięte do liny i nabierają wysokości. Adrenalina wzrosła znacznie przynajmniej u mnie – myślę sobie: „nigdy tego nie robiłem, poradzę sobie?” Pierwsze metry każdemu z nas sprawiają sporo trudności. Alka nie daje rady i wycofuje się w dół. Reszta walczy dalej – wiedzą że jest to taki mały sprawdzian przed tym, co czeka nas w najbliższych dniach. Ściana faktycznie do najprostszych nie należy, momentami pokonanie niewielkiego odcinka sprawia nam wiele trudności i pochłania masę sił. Każdy daje z siebie wszystko – pogoda daje się we znaki lejący się żar z nieba wcale nam nie ułatwia sprawy. Pierwszy dzień, pełnia sił...... Po kilku godzinach docieramy do wyznaczonego na dzisiaj celu – Groty Maxymiliana. Później długi odpoczynek w grocie i zejście łatwym szlakiem do czekających na nas na dole (Alki, Bubamary i Jędrka). Podejmujemy szybką decyzję, że wsiadamy w samochody i na obiad jedziemy do Misuriny (tam planujemy pierwszy camping). Po pokonaniu 150km z coraz to piękniejszymi krajobrazami za oknem mijamy tablicę Misurina. Poszukiwania campingu, wesoła dyskusja z właścicielką campingu – kilka spraw organizacyjnych i już rozbijamy namioty w swoim sektorze. Bubamara rozkłada swój dobytek jako pierwsza z lewej tuż obok Agata, Ania (JD) i Jarek, trzeci namiot to Kasia, Jędrek i Ja i zamykający z prawej Alka, Piotr i Foka w swoim „5 min. namiocie”. Obiadokolacja, prysznic i wszyscy wskoczyli w swoje śpiworki nie mogąc się doczekać kolejnego dnia. Kiedy tak naprawdę zacznie się podbój pierwszego z Dolomitowych szczytów Monte Paterno 2744 m.n.p.m.



WYŻEJ OD RYSÓW – 20.06.2006

Zadzwonił budzik... śniadanie, dopakowanie plecaka i wsiadamy do samochodów – jedziemy na atak Monte Paterno 2744m.n.p.m. Samochodami dojeżdżamy tak daleko jak tylko się da (za darmo) czyli jakieś 2 – 3 km od obozu. Samochody zostawiamy na parkingu przy punkcie kontrolnym, przez który przejazd jest płatny (20 euro za samochód) a dystans do pokonania to jakieś 5 km. Jeszcze nieświadomi tego, co robimy z uśmiechem na ustach wrzucamy plecaki na plecy i ruszamy przed siebie. Żar, który leje się z nieba, jest nie do zniesienia. Pomimo, iż to tylko 5 km, daje nam się ostro we znaki. Pod schroniskiem Auronzo padamy po morderczej walce z 5 km odcinkiem asfaltu. Było ciężko, ale daliśmy radę. I teraz już tylko „z górki”. Po dłuższym odpoczynku ruszamy dalej dość szeroką drogą na przełęcz Lavaredo. Później trawersem pod ścianą Monte Paterno w kierunku schroniska Tre Cime. Pod schroniskiem mała przerwa na łyk napoju, kilka ujęć otaczających nas, przepięknych widoków. W miedzyczasie wyprzedza nas cała kompania wojska, od razu widać że to bundeswera – chłopaki wyglądają na twardzieli (szczególnie spodobali się Kasi). Zaraz za schroniskiem zaczyna się VF Innerkofler. Dzisiaj na atak szczytowy zdecydowali się Kasia, Agata, JD, Foka, Jędrek, Jarek, Piotr i Ja. Najpierw szlak prowadzi nas przez dość długi tunel ok. 400 m. Przed wejściem do tunelu minęło nas dwóch żołnierzy – cofnęli się stwierdzając, że warunki dla nich są zbyt trudne. My oczywiście idziemy dalej i faktycznie w tunelu jest dość sporo lodu. Po wyjściu spostrzegamy że nabraliśmy już sporo wysokości. Chłopaki w mundurach cały czas przed nami... Przy wyjściu z tunelu podzieliliśmy się na pary tak, żeby każda dziewczyna miała w pobliżu kogoś do pomocy. Pierwszy idę ja z Agatą, przechodzimy 10 m i okazuje się ze cała kompania wojska się wycofuje; warunki są dla nich zbyt trudne – miejscami ubezpieczenie przysypane jest śniegiem. My nie odpuszczamy, idziemy dalej do miejsca gdzie VF jest przysypana śniegiem. Po dotarciu całej naszej grupy podejmujemy decyzję, że przysypany odcinek ubezpieczymy liną. Jarek idzie jako pierwszy z liną i zakłada stanowisko. Gdy dostajemy sygnał że wszystko jest gotowe, zaczynamy wchodzić po linie. W międzyczasie doganiają nas Kanadyjczycy (4 osoby); oni też nie mają zamiaru rezygnować ze zdobycia szczytu. Ponieważ mamy już założoną linę pozwalamy im z niej skorzystać. Co się okazuje, na następnym odcinku prowadzącym do przełęczy Camosci VF również jest przysypana śniegiem. Tu również decydujemy się na asekurację liną tym razem lina Kanadyjczyków (niestety dysponują tylko repsznurem). Po zdobyciu przełęczy okazuje się że dalej już jest ferrata i bez problemu pionową ścianką nabieramy wysokości. Jednak okazuje się iż ostatnie 50 m nie jest ubezpieczone (wg przewodników powinny prowadzić tam skalne schody których niestety nie możemy zlokalizować). W tym momencie Kanadyjczycy wycofują się rezygnując z ataku szczytowego. Na zdobycie szczytu wybieramy najprostszą naszym zdaniem drogę prowadzącą „kominem” o stopniu trudności orientacyjnie 2. Dla bezpieczeństwa ubezpieczamy się liną. Szlak na szczyt prowadzi „wydeptaną” ścieżką znakowaną kopczykami z kamieni. Ok. 14:30 zdobywamy szczyt, na którym znajduje się krzyż i książka wpisów, w której oczywiście pozostawiamy po sobie wpis. Szybki lunch na szczycie i zaczynamy zejście tą samą drogą, z wyjątkiem miejsca, w którym podchodziliśmy kominem. Odnajdujemy schody, które tak trudno było zlokalizować z dołu. Po zejściu na przełęcz Camosci idziemy VF Percorso delle worcelle, która ma nas sprowadzić do schroniska, z którego wyruszyliśmy. Jak się szybko okazuje nie będzie to takie proste bo szlak prowadzi przez jeszcze jeden szczyt więc idziemy pod górę. Szlak prowadzi lekko wyeksponowaną półką. Cały czas mijamy pozostałości z czasów I WŚ. Za szczytem napotykamy kolejną przeszkodę do pokonania: niewielki uskok który musimy pokonać dołem. Dzięki malej drabince zejście idzie bardzo sprawnie, gorzej w miejscu na dole, gdzie zalega jeszcze niewielki płat śniegu i w dodatku Foka narobił niepotrzebnie paniki ze jest strasznie niebezpiecznie a dziewczyny słysząc to jakby skamieniały. W oddali zaczyna być słychać pioruny - to popołudniowa burza się zbliża. Gdy już wyszliśmy z uskoku szlak prowadzi nas zieloną łąką do przełęczy Pian di Cengia gdzie robimy postój na łyk herbaty. Czas, który biegnie coraz szybciej, nas goni. Schodząc dalej szlakiem decydujemy się na zejście wydeptaną ścieżką trawersującą sporych rozmiarów piarżysko co pozwala nam zaoszczędzić sporo czasu. Dalej szlak biegnie w kierunku schroniska Lavaredo pod przełęczą Lavaredo i dalej do schroniska Auronzo – punktu wyjścia. W międzyczasie dopada nas w końcu popołudniowe załamanie pogody (tutaj to chyba normalne że popołudniu pada) na szczęście po dłuższej chwili wiatr przegania deszcz. Pod schroniskiem przerwa i regeneracja sił na 5 km asfaltu które nas czekają do samochodów. Na camping wracamy ok. godz. 23 tak wymęczeni, że nawet nie mamy ochoty na kolację. Ale co to? już z daleka widzimy, ze koło naszych namiotów jest o jeden więcej nie znany nam wcześniej. Podjeżdżamy bliżej i okazuje się że przyjechał Mariusz z Tereską. Ciepłe przywitanie, rozmowy, dzielenie się wrażeniami z dzisiejszego dnia. Większość z nas jest już tak wymęczona ze nie ma nawet ochoty na przygotowanie kolacji ale wiemy ze jutro czeka nas kolejny ciężki dzień i musimy zregenerować siły. Po kolacji szybki prysznic i do śpiworków.



MÓJ PIERWSZY 3-TYSIĘCZNIK – 21.06.2006

Wieczorem ustaliliśmy wyjście na 8:00 więc budziki zadzwoniły chwilę przed 7. Jemy śniadanko; wbrew pozorom nasza kuchnia jest nadzwyczaj urozmaicona i w dodatku smaczna. Pakowanie plecaka, spojrzenie na zegarek: oj nie damy rady wyruszyć o 8:00. Przesuwamy wyjazd o 30 min a ostatecznie do samochodów i tak wsiadamy o 9:00. Dziś w planie do zdobycia szczyt Monte Cristallo – 3216 m. Dojeżdżamy do przełęczy (nie pamiętam nazwy może ktoś mnie poratuje?) skąd czeka nas 1 h marszu do drugiej sekcji kolejki. Żar z nieba jest niesamowity, ale udaje się nam dotrzeć do stacji. Krótki odpoczynek, chwila targowania się z kasjerem przynosi owocne skutki i już pierwsze osoby wskakują do wagoników. Kolejka wywozi nas na przełęcz Staunies, gdzie znajduje się również schronisko G. Lorenzi, to już o 1000 m wyżej od środkowej stacji. U obsługi kolejki dowiadujemy się, że ostatni kurs na dół jest o godz. 16:20, co trochę ogranicza nasze możliwości więc podejmujemy decyzję iż dzisiaj zdobędziemy szczyt Cirstallino d’Ampezzo 3008 m.n.p.m., na który prowadzi VF Ivano Dibona. „Uzbrajamy” się pod schroniskiem i wchodzimy na szlak. Początek prowadzi stalowymi schodami ale już po chwili zaczyna się VF i dobrze znane nam stalowe ubezpieczenia, niewielka drabinka i Kasia podejmuje decyzję ze dzisiaj nie pójdzie z nami, nie czuje się w formie. Na szlaku zalega trochę śniegu i nie chce opóźniać grupy. Jeszcze pada pytanie, czy jest pewna, że chce zrezygnować, ale ona stanowczo odpowiada, że tak i że zejdzie do schroniska i zaczeka na nas. Szanujemy jej decyzję i przede wszystkim to, że ma odwagę zrezygnować i wycofać się. To są przecież góry, więc rozsądek zawsze powinien brać górę. W międzyczasie Jarek zakłada raki i idzie zrobić rozeznanie terenu, okazuje się że śnieg za kawałek się kończy wiec ruszamy dalej. Z dnia na dzień nasze tempo i obycie z VF jest coraz większe. Po ok. 40 min docieramy do słynnego wiszącego mostu Cristallo o długości 32 m. Jeszcze przed wejściem na niego niektórzy mają wątpliwości co do tego, jak sobie poradzą z jego pokonaniem, a już za 10 min wszyscy stoją po drugiej stronie. Późnej granią do celu, ale żeby nie było tak za łatwo, przed samym szczytem czeka na nas jeszcze jedno trudne podejście niewielkim kominem, w którym zalega jeszcze sporo śniegu. I już cieszymy się ze zdobycia dla większości z nas pierwszego w życiu szczytu powyżej 3 tys. Czas na śniadanie, zdjęcia i chwila odpoczynku. Zejście jest nieco trudniejsze, więc Piotr z Jarkiem podejmują decyzję że komin pokonamy zjeżdżając na linie „na sztywno”, chwila moment i już wszyscy są na dole skąd mogą ruszyć już ubezpieczając się VF. Zejście przebiega znacznie sprawniej i szybciej, w połowie drogi dostrzegamy Kasię na tarasie przy schronisku, która robi nam krótką sesję zdjęciową – ruszamy dalej. Mostek, tunel, krótka drabinka, docieramy do schodów i już witamy się z nieco zasmuconą Kasią. Odpoczynek na tarasie schroniska, ściągamy sprzęt, kupujemy pamiątki, robimy wpis do księgi pamiątkowej i zostawiamy naklejkę GG na drzwiach schroniska. Część z nas wskakuje w kolejkę a Foka z Piotrem zgrywają jeszcze fotki na dysk. My docieramy na zieloną polankę na trasie zejściowej, skąd rozpościerają się przepiękne widoki, i czekamy na resztę. Ponieważ czas mamy dobry, robimy sobie mały piknik. Po ok. godzinie schodzimy na dół a zachodzące słońce daje nam przepiękne widoki na otaczające nas szczyty. Wskakujemy do samochodów i wracamy na camping. Po drodze jeszcze kilka zdjęć. Część z nas zatrzymuje się na piwo a część wraca prosto do obozu. Po chwili dojeżdża reszta i zabieramy się za przyrządzanie kolacji (najintensywniej Agata i Jarek), na którą zaplanowane są placki ziemniaczane. Foka zabiera się za segregację zdjęć na laptopie. Po chwili do Agaty i Jarka przyłączają się kolejni spragnieni gastronomicznych wrażeń na campingu i walczą z produkcją, bo to już skala masowa placków ziemniaczanych. Żarty, żarciki, masa śmiechu i już pierwsze placki „schodzą” gotowe z patelni jedne lepsze drugie gorsze, ale żaden się nie marnuje i trafia na talerz. Dzisiaj siedzimy dość długo, bo wiemy ze jutro jest budzikom śmierć. Każdy śpi dowoli bo zaplanowaliśmy dzień wolny.



SIESTA – 22.06.2006

Wstajemy bez budzików. Przyda nam się dzień odpoczynku trzeba, przecież zregenerować siły i zrobić pranie. Pomimo już stosunkowo późnej godziny niechętnie wychodzę z namiotu. Jakieś śniadanko, tym razem bez pośpiechu, na spokojnie... Leżaczki i korzystanie z pięknego słońca. Po południu jakieś pranie i ogólne ogarnięcie obozu. Nie lada kombinacje przy rozwieszaniu prania (wyszukiwanie miejsc, gdzie można zaczepić sznurek) Agata z Jarkiem zaplanowali na obiad spagetti i tak narobili smaka że postanawiamy razem z Kasią przyłączyć się do tego przedsięwzięcia. Szybkie zakupy składników i już operujemy na palnikach. Jak ktoś mi powie że na biwaku nie można czegoś ugotować, to jestem w stanie mu udowodnić, że nie ma rzeczy niemożliwych, jeśli chodzi o kuchnie. Do wieczora czas zlatuje dość szybko na rozmowach i wygłupach. Przesympatyczna właścicielka campingu z radością udziela nam odpowiedzi na każde pytanie. Dysponuje aktualnymi informacjami turystycznymi, co jest bardzo przydatne. Bez problemu możemy też uzupełnić nasze akumulatory do aparatów i telefonów. Nie był to owocny dzień, jeśli chodzi o zdobywanie i poznawanie nowych szlaków w Dolomitach, za to jeśli chodzi o integrację grupy jak najbardziej wpłynęło to na jeszcze lepsze zgranie i poznanie się grupy. Dość wcześnie kładziemy się spać jutro nareszcie to, na co tak bardzo czekałem: biwak w górach (w kapsule). Z myślą o jutrzejszym dniu kładę głowę na miękkim puchu i zamykam oczy....



SORAPIS 23.06.2006

Godzina 4:00 pobudka, kurcze to jest urlop, na którym mam wypocząć? wyspać się...? Standardowo jakieś dobre śniadanko, dopakowanie plecaków, tym razem zabieramy znacznie więcej ekwipunku, bo planujemy biwak w górach... Wskakujemy w samochody i jedziemy na przełęcz Tre Croci, gdzie zaczyna się nasz szlak, który zaprowadzi nas do schroniska A. Vandelli. Znajduje się tu jeziorko Sorapiss, którego barwy nie jest w stanie ująć żaden z naszych aparatów... Droga do schroniska jest dość łatwa, godzina naszego wyjścia była dość wczesna, dlatego na szlaku nie mijamy zbyt wielu turystów. Idziemy leśną ścieżką całą poprzerastaną korzeniami, drzewa chronią nas przed palącym coraz mocniej słońcem, co chwila trawersujemy niewielki piargi... Przy schronisku małe rozeznanie jeśli chodzi o warunki na szlakach w wyższych partiach. Krótki odpoczynek, pamiątkowe zdjęcie, w międzyczasie dogania nas 2 turystów (para); jak się szybko okazuje Polacy. Chwila rozmowy i ruszamy bo czas ucieka... Kawałek podejścia, później w poziomie po pięknie wyrzeźbionych przez lodowiec skałkach i już jesteśmy pod ścianą Croda del Fuoco, gdzie zaczyna się VF Vandelli która ma nas wyprowadzić na grań i dalej krótkim zejściem wg przewodnika (autorstwa Tkaczyna) do kapsuły biwakowej. Jak się jednak szybko okazuje to zejście nie jest takie krótkie i w dodatku pogoda zaczyna się załamywać – szlak teraz prowadzi w dół kosówką.
Zaczyna padać, Ja z Piotrem idziemy jako pierwsi i wydaje mi się że tempo mamy dość ostre, ale w takiej pogodzie nikt nie zwraca na to uwagi. Jest i ona: naszym oczom ukazuje się kapsuła Comici. Nasze tempo jeszcze bardziej wzrasta, deszcz nie ustaje – wręcz przeciwnie – coraz mocniej pada (myślę sobie: „kurcze tak niewiele nam brakło”). Ostatnia krótka ferrata w dół jak się okazuje zabiera nam trochę czasu, bo na ostatnich kilku metrach ubezpieczenie jest zerwane... Teraz już tylko krótki odcinek trawersem przez niewielki piarg i kosówką do biwaku. Zatrzymujemy się na chwilę odsapnięcia i łyk napoju – nagle słyszę O KURDE!!! Piotr dostrzegł dziewczyny na zejściu niedaleko zerwanego ubezpieczenia – plan mieliśmy taki że plecaki wrzucimy do kapsuły i wracamy pomóc reszcie – szybka zmiana planów. Wrzucamy plecaki pod skałę i szybkim tempem wracamy pod skałę. Deszcz niestety nie odpuszcza. Jesteśmy, zdążyliśmy wchodzimy do góry i przejmujemy plecaki od dziewczyn (JD i Agaty). Skała zrobiła się śliska i bardziej niebezpieczna, pomagamy im zejść. Piotr z dziewczynami pomału idą do kapsuły a ja jeszcze raz wracam po Kasię i wspólnie bez problemu pokonujemy ostatni odcinek skały. Za nami zostają jeszcze chłopaki, ale oni radzą sobie bez problemu. Wszyscy na dole bezpieczni idziemy już wolniejszym krokiem pomimo ciągle padającego deszczu do kapsuły Comici, gdzie nareszcie czeka nas odpoczynek i ciepły posiłek. Przed nami tylko Piotr widział wyposażenie takich kapsuł, dla nas to zupełna nowość i całkowite zaskoczenie (łóżka, materace, koce, apteczka) zadbane wręcz jak pokój w schronisku. W kapsule jest 9 miejsc noclegowych, na każdym materac i 2 koce. Chwila odpoczynku – przestaje padać więc od razu zabieramy się za produkcję wody ze śniegu do liofilizatów i herbatki. Małe rozeznanie terenu. Wchodzę na przełęcz, przez którą jutro będziemy przechodzić, ale widoki ograniczają mi chmury. Szybko kładziemy się spać z zamiarem pobudki jak tylko zacznie świtać. Niestety zaspaliśmy – wyruszamy dość późno z biwaku. Po drodze uzupełniamy jeszcze wodę topiąc śnieg i wyruszamy. Czeka nas ciężki dzień już na dzień dobry mamy podejście. Na szczęście ten odcinek pokonujemy w cieniu. Słońce dopada nas dopiero na przełęczy, gdzie zawędrowałem wczoraj – dalej nie rozstaje się już z nami na krok. Dalej trawersem szlak biegnie z góry to pod górę. Woda znika błyskawicznie z naszych zapasów. Niestety dolomit jest tak specyficzną skałą iż znalezienie tu wody graniczy z cudem. Koło godz 13:30 docieramy do pięknej zielonej dolinki gdzie robimy sobie dłuższy postój na małe „co nieco”. Ruszamy dalej z nadzieją, że nasza kapsuła biwakowa Slataper znajduję się jakieś 30min od nas a droga do niej jest stosunkowo prosta. Okazuje się jednak, że czeka nas długie podejście piargiem a pogoda pogarsza się z minuty na minutę (zbliża się popołudniowa burza). Do kapsuły Slataper docieram jako pierwszy i jestem bardzo zdziwiony tym, co tam zastaję: 4 miejsca noclegowe, czystość wręcz idealna zapas żywności włącznie ze słodkościami i oczywiście apteczka. Po chwili dociera reszta. I poszło – pompa niesamowita – grad wielkości groszku wali o kapsułę tak mocno, że prawie zagłusza nasze rozmowy. W międzyczasie topimy śnieg i uzupełniamy zapasy wody. Rozmowy, żarciki nie mają końca, każdy z nas wie że już od dawna powinniśmy być na szlaku, ale burza przetrzymuje nas znacznie dłużej niż planowaliśmy na postój. Grad pada tak intensywnie, że już po chwili robi się biało a na skałkach pojawiają się wodospady. Część z nas zasypia, niektórzy delektują się pięknem krajobrazu nawet w gradzie. Po 1,5 h burza mija. Nasze zapasy wody są już pełne więc czas ruszać w drogę. Jeszcze kilka metrów podejścia do przełęczy del Bivaco i w dół VF Berti. Padający jeszcze przed chwilą grad spowodował, że niektóre miejsca stały się bardziej niebezpieczne poprzez to, ze podłoże stało się bardziej śliskie. Pomimo to zejście idzie nam dość sprawnie; kilka drabinek i jesteśmy na dole. Przejście śnieżnego żlebu, trawers pod Filar Croda Marcora, dalej po drabinkach kawałek w górę i już biegniemy balkonem Cengia del Banco. Słońce mające się już ku zachodowi i otaczające nas mgły dają niezłe pole do popisu dla fotografów. Dość rzadko robimy postoje. Wiemy że czas nas strasznie goni; za niedługo zrobi się ciemno a my nie wiemy, którędy dokładnie biegnie szlak i jak daleko jeszcze mamy do schroniska A. Vandelli. Po 2h całkowicie się ściemnia, wyciągamy czołówki ale nie za wiele to daje. Szukanie właściwej drogi zajmuje nam coraz więcej czasu, więc podejmujemy decyzję że nocujemy w górach kolejną noc. Szukamy odpowiedniego miejsca. Pierwsza miejscówka okazała się być nieodpowiednia - z sufitu cały czas sączyła się woda. Jarek idzie kawałek dalej z nadzieją że znajdzie coś odpowiedniego i faktycznie tak właśnie było. Jakieś 10 min od miejsca, gdzie się znajdujemy jest dość spora grota. Po dotarciu okazuje się, że warunki do spania w pozycji leżącej nie są zbyt sprzyjające. Każdy z nas znajduje sobie swój kąt. Jedni leżą, inni tylko próbują leżeć, a jeszcze inni siedzą. Noc mija dość szybko i nadzwyczaj ciepło. Rano konsumujemy wszystko, co tylko zostało nam w plecakach, łyk ciepłej herbaty odgrzanej na resztkach gazu i ruszamy w drogę. Pogoda niestety nam nie sprzyja, od samego rana zaczyna padać deszcz a nas, jak się okazuje, czeka jeszcze dość trudne zejście a następnie trawers przez piargi i dość spore jeszcze jak na tę porę roku płaty śniegu. Po trudnej walce z terenem i pogodą docieramy do ostatniego zejścia z przełęczy Sora la Cengia del Banco potężnym piargiem do kotła Tondi di Sorapiss. Już z samej góry widać przepiękne jeziorko Sorapiss i schronisko A. Vandelli. Po długim i wyczerpującym zejściu piargiem idziemy brzegiem jeziorka na drugą jego stronę pod schronisko, gdzie już dużo wcześniej postanowiliśmy zatrzymać się na dłuższy postój. Dość mocno oblegany jest bar przez naszą grupę (soki, wrzątek, red bulle) jemy rezerwowe liofilizaty, pijemy herbatkę i uzupełniamy zapasy energii czekoladką. Jeszcze ostatnie zdjęcia i ostatnie zejście przed nami do przełęczy Tre Croci gdzie czekają samochody. Dziwnie – nam się wydaje że zejście jest dużo dłuższe i jakoś dziwnie pod górkę, a przecież idziemy w dół. Im bliżej samochodów tym nasze tempo rośnie. Wrzucamy plecaki i obieramy kierunek na Misurinę. Przed powrotem postanawiamy zajechać na pizze i lody, których nikt sobie nie odmawia po takiej wyczerpującej wędrówce. Pojawia się propozycja aby pojechać do Cortiny i zrobić rozeznanie w temacie campingu. Jarek, Bubamara i Ja ruszamy samochodem Agaty na rekonesans. I co to? okazuje się że ceny są dużo niższe niż w Misurinie, a warunki nieporównywalnie lepsze. Po negocjacjach cen jedziemy do centrum z nadzieją że znajdziemy jakąś cafe Internet. Niestety jest niedziela i wszystkie są pozamykane. Wracamy do Misuriny z dobrymi nowinami i do końca dnia leniuchujemy. Pod koniec niemiła niespodzianka: okazuje się że w samochodzie Jędrka rozładował się akumulator i po jego uruchomieniu trzeba wybrać się na przejażdżkę, wiec wskakujemy z Piotrem i udajemy się do Cortiny na lody. Po powrocie kolacja i do spania. Jutro czeka nas kolejny ciekawy dzień – przenosimy się do Cortiny.



PRZEPROWADZKA – 24.06.2006

Wstajemy dość wcześnie – niestety pierwsze co robimy, to żegnamy się z Mariuszem, Tereską i Alką. Dzisiaj wracają do kraju. Po całej ceremonii pożegnalnej i sesji zdjęciowej zabieramy się za składanie obozu. Jako pierwsza okazuje się być gotowa Bubamara, tuż za nią Agata, Jarek i JD – podejmują decyzję, że pojadą szybciej, bo chcą jeszcze popstrykać kilka fotek w drodze. My też zbieramy się dość szybko i pomagamy Foce zapakować się z resztą rzeczy do samochodu i złożyć namiot. Jeszcze przed południem udaje nam się wyjechać z Misuriny. Na pożegnanie miła niespodzianka: każdy z nas dostaje po drobnym upominku od właścicielki campingu (scyzoryk lub kosmetyczka turystyczna). Miłe pożegnanie z zaproszeniem na przyszły rok i wskakujemy w samochody. Do Cortiny docieramy dość szybko, załatwiamy wszystkie formalności z zakwaterowaniem na campingu i już szukamy odpowiedniego dla nas placu. Rozbijanie namiotów idzie nam coraz sprawniej w końcu grupa się integruje... gdy już wszystkie stoją robimy obiadek. Chwila odpoczynku po jak zwykle przepysznym obiadku i jedziemy do Cortiny poszukać „cafe internet”, aby zrobić mini relacje live na forum, niestety cena nas odstrasza (9euro/1h). Zakupy w mini markecie. Okazuje się, że produkty spożywcze nie są dużo droższe niż u nas w kraju, co daje do myślenia czy warto robić aż takie zapasy? Po powrocie od razu zabieramy się za przyrządzanie jedzonka. Tym razem makaron z sosem śmietankowym, boczkiem i groszkiem. Wieczór spędzamy na leniuchowaniu i regeneracji sił, które na pewno przydadzą się w dniu następnym, pakowanie plecaka...



KRÓTKO ALE PIEKNIE... – 25.06.2006

Wyjazd o godzinie 7:00 ale jak zwykle się nie wyrabiamy i ruszamy o 7:30. Dzisiaj mamy do pokonania dość sporo km samochodem aby dotrzeć do zaplanowanej na dziś trasy. Po ponad dwugodzinnej jeździe po serpentynach przez dwie przełęcze docieramy do Costalunga. Szukamy miejsca na samochody i wchodzimy na szlak, gdzie na początek czeka na nas 1,5 h podejścia do schroniska Roda di Vael. Tam mała przerwa i jeszcze pół godzinne podejście pod ścianę. Na ferracie przed nami dość duża grupa osób, która powodowała że cały czas musimy się zatrzymywać. Ferratę przechodzimy bez żadnych problemów w 2,5 h, widoki oraz droga którą jest poprowadzona ferrata zasługują na najwyższą ocenę, jedna z piękniejszych jakie do tej pory „zrobiliśmy”. Przerwa na śniadanko i piękny pokaz zalotów świstaków. Czując niedosyt podejmujemy decyzję zdobyć jeszcze jeden szczyt przez który prowadzi krótka ferrata, ale tuż przed ścianą Jędrek mówi że rezygnuje bo nie chce tak późno wracać do obozu (jeden za wszystkich, wszyscy za jednego) i już wszyscy biegniemy w dół delektując się odgłosami świstaków... Do samochodów schodzimy troszkę inną drogą niż wchodziliśmy co pozwala nam na podziwianie jeszcze dodatkowych widoczków oraz pomnika... Przechodzimy przy schronisku Paolina i dalej ostro zakosami w dół. Trochę otwartego terenu, trochę lasu i już jesteśmy przy samochodach. Jak się okazuje pizzeria przy której zostawiliśmy samochody prowadzona jest przez polkę, więc zatrzymyjemy się na lody i piwo. Dochodzi godzina 19 więc na nas już czas; czeka nas jeszcze dość spory kawałek drogi do pokonania samochodami. W drodze powrotnej zatrzymujemy się jeszcze na krótką sesję zdjęciową Marmolady. Zmęczeni choć nie do końca nasyceni dzisiejszym dniem dojeżdżamy do campingu. Już bez pośpiechu wieczorna toaleta, kolacja i jak co wieczór rozmowy i żarty. Dość wcześnie się kładziemy....



TORRE EXNER – 26.06.2006

4:00 zadzwonił budzik, jak ja nienawidzę takich pobudek brrrrr. Śniadanie, dopakowanie plecaków i o 5:30 ruszamy. Dzisiaj mamy trochę krótszy odcinek do przejechania samochodem bo tylko do parkingu przy szosie łączącej Paso Gardena z Colfosco co zajmuje nam jakieś 1 h. Po dotarciu na miejsce okazuje się, że warunki są fatalne, jesteśmy w samym środku burzy. Leje deszcz z gradem i wieje strasznie silny wiatr. Jeden samochód jedzie kawałek wyżej na samą przełęcz, ale okazuje się, że nie zanosi się na poprawę warunków. Zjeżdżamy na parking poniżej gdzie miał być początek dzisiejszego pieknego dnia, gdzie czeka reszta ekipy. Tu właśnie zaczyna się Brigata Tridentina którą mieliśmy zdobywać szczyt. Ze względu na warunki podejmujemy decyzję o odwrocie. Wracamy do Cortiny i od razu udajemy się do info punktu zapytać o warunki na kolejne dni. Prognoza nie jest ciekawa – deszcz, burze, grad. Wychodzimy nieco podłamani. Robimy zakupy spożywcze i wracamy na camping. Robimy śniadanko – danie dzisiejszego dnia to jajecznica na boczku z cebulką. Po śniadaniu 15 min. drzemka, która kończy się pobudką ok. godz. 15. I już kolejne plany kulinarne – naleśniki z dżemem, bananami i nutellą. Okazuje się że brakuje kilku składników, więc wskakujemy z Piotrem w autko Agaty i gnamy do marketu po brakujące składniki. Kiedy wracamy, już pierwsze naleśniki „schodzą” z patelni. Wyżerka na maxa. To z dżemem, to z nutellą i bananem, różnorodność na stole, każdy znajdzie swój smak. W międzyczasie robimy jeszcze makaron z owocami na słodko. Nawet Foka dał się oderwać od swojego stanowiska z laptopem i skusił się na naleśnika. Tak mija nam całe popołudnie i choć nie na szlaku to równie wspaniałe wspomnienia pozostały...



ZAŁAMANIE POGODY – 27.06.2006

Od samego rana pada, pobudka miała być ok. 7:00. Niestety, zamiast ustawać, deszcz coraz bardziej się rozkręca. Pół dnia spędzamy w namiotach i śpiworkach, dopiero po południu przestaje padać i udaje nam się wystawić nos z namiotu. Brrrrr co za dzień... Jakiś obiad... hmmm wolne dni sprzyjają rozwojowi umiejętności kulinarnych... i aby tak zupełnie nie marnować całego dnia jedziemy do Cortiny pozwiedzać i poszwędać się po sklepach ze sprzętem. Od jakiegoś czasu Piotr mówi o Marmoladzie... i z dnia na dzień coraz więcej konkretów, aż w końcu pada propozycja że może jednak by ją zdobyć. Byłoby to piękne zakończenie naszego pobytu. Wracamy do obozu i oczywiście co?? Zabieramy się za przygotowanie kolacji. Na jutrzejszy dzień prognoza jest już trochę lepsza, lecz nie idealna, wiec jeszcze są momenty zawahania: iść czy nie? Decyzja podjęta: idziemy. Pobudka jeszcze przed świtem. Dzielimy się na dwie grupy - pierwsza (Jarek, Piotr, Foka i Ja) atakujemy Marmoladę, a druga grupa (Agata, JD, Kasia i Jędrek) idą na łatwiejszą ferratkę nieopodal Misuriny. No nic, pora do spania skoro wstajemy jeszcze przed świtem to i tak już nie zostało nam go zbyt wiele...



MARMOLADA

Nie sądziłem że Piotr wysunie taką propozycję ale to dzieje się naprawdę; godzina 4:00 słyszę wołanie YLAM wstawaj!! Jednak nie zrywam się od razu, wiem ze zdążę i mogę sobie pozwolić na jeszcze kilka minutek w ciepłym śpiworku. Ok. Czas wstawać, szybko się ubieram i wyskakuję z namiotu, gorąca herbatka. Serce bije mi dziś nieco szybciej niż normalnie, pewnie dlatego że to naprawdę będzie sprawdzenie moich umiejętności no i kondycji, ale o to się nie obawiam aż tak bardzo. Wiem, że ludzie, z którymi idę, nigdy by mnie nie zostawili... Wskakujemy w samochód i ruszamy. Foka jak na moje odczucie to pirat drogowy na tych serpentynach (gaz, hamulec, gaz, hamulec, gaz, hamulec...), zamykam oczy i czas jakby przyśpieszył. Jesteśmy na zaporze przy jeziorku Fedaia. Przejeżdżamy na drugą stronę i parkujemy w specjalnie wyznaczonym miejscu. Jesteśmy pierwsi, rozkładamy kuchnie i gotujemy śniadanie. Szybka porcja liofilizatów (Jarko sorki za niedogotowane śniadanie – nawet najlepszym się zdarza). Po śniadaniu wrzucamy plecaki na plecy i dość ostrym tempem obieramy kierunek na dolną stację kolejki, gdzie zaczyna się szlak. Szlak prowadzi pod kolejką i nie jest zbyt wymagający. W pewnym momencie dostrzegamy inną ekipę przed nami. Jednak nie jesteśmy pierwsi. Gdy mamy już jakieś ¾ drogi za sobą rusza wyciąg. Przy górnej stacji wyciągu Pian Fiacconi doganiamy 4 osobową grupę, która jeszcze niedawno miała nad nami sporą przewagę. My zatrzymujemy się na chwilkę zorientować się jeśli chodzi o naszą dalszą drogę. Oni widać znają szlak bo idą pewni siebie naprzód. Po kilku minutach ruszamy dalej, pogoda jest wręcz wymarzona na zdobywanie szczytu. Jeszcze kawałek i już zaczynają się pierwsze płaty śniegu - początkowo niewielkie, ale gdy tylko zachodzimy za filar ukazuje się naszym oczom potężny jęzor śniegu. Zapowietrzony staję i podziwiam otaczające nas widoki. Wtedy słyszę głos Piotra: „Tam właśnie idziemy...” „no to lecimy do przodu” - myślę sobie. Idziemy dość równo, Foka zamyka lekko oddalony ale gdy zatrzymujemy się na skałkach przy śniegu aby założyć raki i chwycić w dłoń czekany, dogania nas lada moment. Ekipa przed nami teraz siedzi na skale obok i z uśmiechem pytają nas czy pójdziemy przodem i wytyczymy drogę – pytam Piotra – „Pewnie że tak, co to dla nas”. Ruszamy. Kocioł Sot Vernel, którym właśnie idziemy, prezentuje się niesamowicie, a u jego wylotu widoki cudne. W pewnym momencie słychać helikopter. Czyżby akcja poszukiwawcza lub ratunkowa? Szybko okazuje się jednak, że to helikopter transportowy – trafiliśmy na otwarcie sezonu na Marmoladzie a konkretnie w schronisku na Marmoladzie. Foka tak wyrwał do przodu, że nie jesteśmy w stanie go dogonić. Tym razem to on prowadzi. Gdy dociera do początku skał, gdzie zaczyna się VF Forcella Marmolada, zrzuca plecak i zabiera się za ściąganie raków. W tym momencie i my już dochodzimy do skałek. Tym razem ja jako ostatni, ledwo stanąłem na skale, dowiaduję się, że musze zejść kilka metrów niżej po rak, który wypadł Foce (co to by był za dzień jak bym nie musiał robić ponadprogramowych metrów). W momencie kiedy moi kompani na mnie czekają, wyprzedzają nas 2 ekipy i jeden szaleniec idący samotnie. Jedna z ekip to włosi: przewodnik i jakaś młoda parka. A druga to Niemcy, lecz i jedni i drudzy poruszali się stosunkowo wolno, więc podejmujemy decyzję o tym, iż wyprzedzimy ich przy najbliższej okazji. Ferrata nie jest bardzo trudna, niektóre jej momenty są pionowe ale dobrze zabezpieczone; trzeba tylko uważać na odcinki pokryte lodem. To na przemian linka, drabinka znowu linka i kolejna drabinka, tu kilka klamerek i już jesteśmy coraz wyżej. VF na marmoladę biegnie grania zachodnią by skończyć się na wysokości 3200m. n. p. m. Widoki, jakie nas otaczają, są niesamowite. Można by tu zdjęcia robić bez końca, widać nawet Alpy w Austrii. Gdy docieramy do końca ferraty Piotr oznajmia nam, że do wierzchołka zostało nam 150m i jakby rakieta wyrywa do góry. Aż mi kopara opadła dlaczego on dostał takiego spida? Foka z nieznanym mi bliżej zamierzeniem wyciąga z plecaka raki na moje pytanie: „po co ci to?” dziwnie się na mnie popatrzył i poszedł dalej. Hmmm przecież tu wszyscy idą bez raków ale ok. może on wie coś, co ja przeoczyłem. Po przejściu 10m słyszę: „YLAM czy mógł byś mi schować te... raki” – na słowo: „a nie mówiłem” znowu się na mnie dziwnie popatrzył. Po kilkunastu metrach już wiemy, co sobie myślał Piotr jak się do nas uśmiechał i mówił że już tylko 150m. Zsapani wręcz czołgamy się do góry ale coś mnie tknęło; jak to – paść tutaj, pod wierzchołkiem… Wyprzedzam Jarka, za chwilkę Fokę i „biegnę”. Widzę, że moja odległość do Piotra maleje. Obaj idziemy kopułą szczytową (Punta Penia 3343 m) jeszcze nie dotarł na wierzchołek mijam schronisko widzę, że Piotr już zrzuca plecak. Jest na miejscu i ja docieram po kilkunastu sekundach uśmiech mówi sam za siebie: jesteśmy w raju... dziękuję Piotrowi za to, ze zdecydował się na zdobycie tej góry. Naprawdę było warto. Po chwili dociera Jarek i jako ostatni, ale chyba najbardziej usatysfakcjonowany, Foka. Gratulujemy sobie nawzajem i podziwiamy otaczające nas widoczki. Są naprawdę nie do opisania. Nawet fotografie i filmy nie oddają tego piękna, które tam zobaczyliśmy. Długa przerwa na szczycie, masa zdjęć, degustacja słodyczy z plecaków, krótka rozmowa z włoskim przewodnikiem, który rozmawia z nami z wielkim szacunkiem znając osiągnięcia Polaków w alpinizmie a z jego ust pada nazwisko Kukuczka... Ok. godz. 15 czas się ruszyć - czeka nas jeszcze cała droga zejściowa firnowym grzbietem i dalej skałami północnej ostrogi. Jarek z Piotrem przygotowują linę, do której wszyscy się wpinamy i zaczynamy zejście. Pierwszy jego etap idzie bardzo sprawnie, jest dość płasko więc idziemy szybko, aż docieramy do momentu gdzie wszyscy się zatrzymują. „Co to?” Pada pytanie z ust Piotra „no nie, zrobili ferratę”. A w planach był zjazd na linie i dlatego nie poszły dzisiaj z nami dziewczyny. „Kurcze gdybym wiedział wcześniej... kilka lat temu jej tu nie było... no cóż, mówi się trudno, mam nadzieje że mi to wybaczą...” Teraz widać jak bardzo Piotr jest odpowiedzialną osobą. Pomimo, iż każdy z nas jest dorosły i decyduje sam za siebie nie ryzykował zejścia nieubezpieczonym odcinkiem z taką ilością osób. A teraz, widząc poprowadzoną ferratę, widać, jak bardzo żałuje że nie zdobyliśmy wierzchołka całą grupą. Na ferracie jest dość tłoczno, po zejściu ponownie zakładamy raki i wiążemy się liną, teraz czeka nas spore zejście lodowcem Marmolady, tym właściwym. Piotr prowadząc wybiera według niego najlepszą drogę, informując nas o wszystkich niebezpieczeństwach po drodze. Poza Piotrem cała nasza trójka dopiero się uczy poruszać w takim terenie dlatego też najgorzej wychodzi nam obchodzenie się z liną, która z każdym krokiem plącze się pod nogami. Z tego wszystkiego nie wiem czy włożyłem Jarkowi jego aparat do plecaka, chwila niepewności szukam, przekopuje jego plecak. Nie ma – sprawdź w dolnej komorze – otwieram, sprawdzam. Jest. Uffffff co za ulga - znalazł się. Robimy fotkę i idziemy dalej. Jeszcze kilkadziesiąt metrów i kończy się lodowiec. Ściągamy raki, troczymy czekany i wyciągamy obiad. Ile radości może sprawić kawałek pieczywa waza z kabanosem czy salami. Do tego łyk napoju, zimny, czy gorący i tak smakuje jak napój bogów. Siedzimy na skałce i podziwiamy tę piękną górę, na której szczycie jeszcze przed „chwilką” staliśmy. Obserwujemy ludzi schodzących z coraz to większą częstotliwością. To oznaka, że i my musimy pomału się zbierać. Nagle Foka oznajmia, że nie schodzi z nami „jadę kolejką, moje kolano nie wytrzyma tego zejścia”. Ustalamy, że dodatkowo zabierze jeszcze kilka zbędnych nam już klamotów do swojego plecaka. Podchodzimy do stacji kolejki. Pytam obsługującego ile kosztuje zjazd i uszom nie wierzę 4 euro. Pytam z niedowierzaniem 4 euro? Słyszę „Si”, zdziwiony odchodzę podzielić się nowiną z resztą zespołu. Gdy reszta dowiedziała się cenę biletu bez zastanowienia podejmują decyzję, że nie schodzimy pieszo. Ja jeszcze dla upewnienia się pytam czy nie znajdę kompana, który by ze mną zszedł na nogach, ale po ich minach już widzę ze nie da rady. Wszyscy już widzą swoje postacie w stalowych rydwanach gnających na dół. Nagle patrzę na Fokę, ten przekopuje swój plecak sprawdza kieszonkę po kieszonce myślę sobie „co jest?” Nagle słyszymy kur... no nie wiem gdzie je włożyłem. Ale co? Pytamy ze zdziwieniem. Kluczyki! Kluczyki? Tak od samochodu! Poszukaj dokładnie na pewno je masz tylko nie wiesz gdzie, w którą kieszonkę je włożyłeś. Przekopując ponownie wszystkie kieszenie (a uwierzcie mi jego plecak trochę ich ma) dodatkowo te, co ma na sobie – polar, spodnie, kamizelka nigdzie ich nie ma. „Załamka” - myślę sobie „no to pokażę chłopakom jak się łapie autostopa hehe”. Ale nagle w moje oczy rzuca się mały dyndający woreczek na okulary przytroczony do plecaka Foki łapię za niego, no nie Foka ja cię.... od razu wyczuwam wewnątrz kluczyk od samochodu z Foki szczęśliwą owieczką. Wszyscy odetchnęli z ulgą, więc szkoda tracić więcej czasu. Idziemy do kasy. Kupujemy bilety płacimy za 4 dostajemy 2 hmmm czyżby obsługa kolejki dorabiała?? Kolejka jedzie dość wolno jest jeszcze okazja aby pstryknąć kilka zdjęć. Dla informacji na przyszłość planowaliśmy sprawdzić cenę kolejki w górę, ale każdy był tak zmęczony ze od razu po zejściu z rydwanu wszyscy biegniemy najkrótsza drogą do samochodu dopiero pod autem przypominamy sobie że mieliśmy sprawdzić ceny. A co! Wsiadamy w samochód i podjeżdżamy do góry pod sama stację dolną kolejki. Sprawdzamy cennik nawet nie wysiadając z samochodu okazuje się że wjazd na górę kosztuje tyle samo 4 euro. Czy warto było rano tyle iść? Dla mnie tak. Nie wiem, jak dla pozostałych... Jeśli miałbym podejmować decyzję, jeszcze raz zrobił bym zupełnie tak samo. Teraz już mkniemy przez serpentyny, w tle gra radio a za oknem oddalająca się Marmolada. Tam dzisiaj byliśmy – 3343 to mój nowy rekord wysokości. Co będzie następne, aż się boje pomyśleć... Wracając do obozu kontaktujemy się z dziewczynami, okazuje się że są jeszcze na szlaku i bardzo prawdopodobne ze w obozie będziemy przed nimi. I tak faktycznie się stało jesteśmy pierwsi. Dopiero po długim czasie dociera reszta grupy. I jak to codziennie bywa wspólna kolacja rozmowy dzielenie się wrażeniami i plany na kolejny ostatni już dzień naszego pobytu w Dolomitach. Chcemy iść całą grupą, więc nie planujemy nic trudnego i wymagającego. Dość późno idziemy spać i nie ustawiamy za bardzo budzików na kolejny dzień a co a jak.....





STROBEL - nasz ostatni dzień....

Kolejny, ostatni już dzień w Dolomitach. Wstajemy późno bez żadnego pośpiechu. Jakby czas zwolnił; nikt się nie śpieszy. Dziś ostatnia ferrata, która poprowadzi nas na szczyt... Podczas przygotowywania śniadania każdy pakuje się do wyjścia jakby na kolejny dzień na górskiej wyprawie. Wewnątrz jednak każdy ma świadomość tego, iż już jutro rano wsiądziemy w auta i wracamy do domu. Nasz szlak tym razem rozpoczyna się tuż po drugiej stronie drogi, która przebiega przy naszym campie. Mimo to jedziemy autami, udało nam się przejechać dobre kilkaset metrów i wysiadka. Na poboczu zostawiamy auta, zarzucamy plecaki i w drogę. Początkowo luźno ale zaczyna się robić coraz bardziej stromo. Ponieważ wyruszyliśmy w samo południe, słońce daje się nam we znaki na całego. Już po chwili po mojej twarzy zaczynają spływać kropelki potu. Ale w myślach dochodzę do wniosku, że to przecież ostatni dzień naszego pobytu tutaj... mam ochotę poczuć maksymalne wyczerpanie... wymijając wszystkich wysuwam się na prowadzenie. Szlak prowadzi wąską, krętą ścieżką wyścieloną piargiem. NIE!! cały czas powtarzam sobie w myśli: „nie zrobię żadnego odpoczynku dopóki nie dotrę pod samą ścianę, tam zaczekam na resztę”. I tak czynię. Zadyszka, suche usta i zbliżająca się ściana - tam będzie pierwsza przerwa i możliwość zwilżenia ust. Odwracam się do tyłu. Moich kompanów już nie widać. Nie dziwie się, to słońce wykańcza niesamowicie. Docieram pod ścianę, zrzucam plecak, wyciągam butelkę soku (TYMBARK - pomarańcza CLASSIC). Tak, łyk takiego soku, jeszcze schłodzonego nocną bryzą, w takich chwilach to naprawdę nie do opisania uczucie... Po dłuższej chwili dociera reszta. Zajmuję kamień tuż przy ścieżce tak że każdy przechodzący musi niemal się o mnie otrzeć. Widząc ich miny, dopiero zdaję sobie sprawę że to chyba było jedno z najbardziej wyczerpujących podejść, jakie mieliśmy okazje pokonywać tu - w Dolomitach. Po dłuższej chwili odpoczynku ruszamy dalej. Do pierwszej stalki mamy jeszcze kawałek. Dzisiaj na szlaku jesteśmy sami. Jest i ona. Docieramy do miejsca, gdzie zaczyna się ferrata Strobel. Uzbrajamy się w szpej i już pierwsze osoby zdobywają ścianę. Na spokojnie, ciesząc się widokami i pięknem, jakie nas otacza. W dole nasz camping "OLIMPIA", po prawej las i droga prowadząca do Misuriny a na lewo panorama Cortiny. Do szczytu jeszcze mamy kawałek. Jak się okazuje ta ferrata nie jest taka prosta jak było napisane w przewodniku. Znalazło się też i kilka drabinek, co niezbyt spodobało się Agacie. Po ciężkich walkach z podejściem i samą ferratą zdobywamy szczyt, choć nie do końca przekonani że to jest właśnie ten właściwy, który planowaliśmy zdobyć. Dołącza do nas 2 wspinaczy, którzy zdobyli szczyt inną droga przy użyciu większej ilości sprzętu. Wpisujemy się do księgi pamiątkowej zdobywców szczytu, prosimy nowo poznanych o pstryknięcie fotki i czas się zbierać w dół. W końcu czeka nas jeszcze dzisiaj pakowanie. Początkowo szlak jest ciekawy, kilka trudniejszych miejsc ale po wskazówkach Piotra, jak je pokonać idzie nam jak po maśle. I naszym oczom ukazuje się po raz kolejny piękna panorama Cortiny i piękny dywan prowadzący w jej kierunku cały z piargów. Co się szybko okazuje to jest właśnie nasza droga zejściowa. Foka jeszcze nie zaczął schodzić a już płacze. Reszta też ma taki grymas na twarzy ze wolałaby chyba zostać tu u góry na nocleg niż schodzić takim piarżyskiem. No nic, czas nas goni, zatem jako pierwsi ruszam ja z Jarkiem wręcz zbiegamy lub momentami nawet zjeżdżamy co chwilkę kontrolując jak idzie reszcie. Najgorszą część pokonujemy dość szybko i chroniąc się w cieniu kosówki czekamy na resztę. Po dotarciu wszystkich upewniamy się na mapie czy aby dobrze wybraliśmy dalszy szlak i trawersem pomału tracimy wysokość po chwili wchodząc w las. Idę z Piotrem na samym końcu a czas umila nam rozmowa. I plany na kolejne już wyjazdy. Zejście piargiem zniszczyło całkowicie jego kolana i teraz tempo właśnie on ustala choć czołowa część grupy zdecydowanie zwiększyła swoją odległość od ogona, ale poradzimy sobie, przecież z nami jest "szef". I tak spokojnym krokiem docieramy do szutrowej drogi. Jeszcze tylko przeciąć niewielki lasek do drogi asfaltowej i już maszerujemy w kierunku aut. Po powrocie do obozu każdy zabiera się za przyrządzenie posiłku, oczywiście trwają niekończące się rozmowy. Po dłuższej chwili dociera do obozu Bubamara zrzucając swój niewielki plecaczek aczkolwiek jakoś tak to uczyniła jakby ważył ze 100kg rozpina go i oznajmia na głos: „Zobaczcie, co przyniosłam.....” i wyjmuje z plecaka 3 trójpaki piwa w sumie 9 butelek akurat dla każdego po jednej. I w tym momencie utwierdziłem się w tym nad czym zastanawiałem się już od momentu planowania tego wyjazdu. (jak Bubamara poradzi sobie w Dolomitach bo od razu oznajmiła że będzie chodziła łatwiejszymi szlakami i musiała się liczyć z tym że będzie chodziła sama....) Ten gest rozwiał wszystkie moje wątpliwości. Czas na pakowanie.... Jutro z samego rana wyjazd niestety nie jesteśmy w stanie przeskoczyć regulaminu i za bramę możemy wyjechać dopiero po godzinie 6:00 i tak właśnie planujemy w rzeczywistości wyjazd się troszkę opóźnia.



Opis autorstwa: YLAMA

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com