Grupa Górska na szlaku
Główny Szlak Beskidzki
Grupa Górska na szlaku
 

"150 metrów" Dolomity 2006 (Marmolada) - Jakub Sznyr

"150 metrów"

Dwa dni wcześniej...
Po Ferracie Del Masare zrozumiałem, że schodzę zbyt wolno, kolana odmawiają mi posłuszeństwa. Schodzę przy użyciu kijków a i tak boję się postawić pewnie lewą nogę, schodzę na wyprostowanej. Za dwa dni z naszej grupy wyruszy wyprawa na Marmoladę, Piotr, Jarko i Ylam. Tak, oni idą normalnie, sprawnie. Są mocni. Zdecydowałem, że nie będę ich wstrzymywał swoim kaczym chodem. Zostaję z dziewczynami. Może jakieś lajtowe przejście w przyjemniej okolicy.
I niespodziewanie dostajemy dwa dni wypoczynku...
Najpierw nieudany wypad na Torre Exner. Niesamowita nawałnica trzęsąca moim Kangoo dała znać jak silne są siły natury. Wejście na ferratę w tych okolicznościach było równoznaczne z uczestnictwem w canyoningu, w strugach chwilowych wodospadów, które utworzyły spadające masy wody z masywu Sella.
Wracamy do obozu.
Dowiadujemy się o kiepskich prognozach na popołudnie i dzień następny. Ale co tam, w końcu to Dolomity, po każdej nawałnicy jest piękne słońce. Nie tym razem.
Następnego ranka budzi nas równe popukiwanie deszczu o namioty. Śpimy.
Cały dzień obijamy się, jemy, żartujemy, po prostu łapiemy każdą cząstkę energii, jakie daje pożywieni w dużych ilościach. Dziewczyny coś planują na drugi dzień, ja się na ten dzień wyłączyłem.
Wypad do Cortiny, jakieś foty... powrót.
Wieczorem gorąca kąpiel... myśli... po co ja tu przyjechałem... czy będzie mi dane raz jeszcze być w grupie tak fantastycznych przyjaciół???? Czuję, jak te dwa dni zregenerowały moje siły. Nie... nie, tak łatwo się poddaję. Wycieram się szybko i walę do Piotra.
Piotr - tak... idę... OK...
Cholera, nic więcej nie powiedział, nic nie skomentował, nie zapytał skąd taka decyzja.
Po prostu zwyczajne OK.
Pakujemy wieczorem plecaki, szykujemy ekwipunek. Wejście ma być w stylu alpejskim.
Sprawdzamy lonże, uprzęże, raki i czekany, wrzucamy ciepłe polary. W końcu tam jest lodowiec. Samochód wystawiamy poza camping. Pobudka ma być rano o 4-ej a teren biwaku otwierają o 7-ej.
Śpię niespokojnie, taki byłem pewien pod tą ciepłą wodą... a teraz... zwyczajnie się BOJĘ czy dam radę.
Budzę się o 2-ej... nie... jeszcze dwie godziny snu. O 4-ej wstaję jak automat. Piotr wstawaj... reaguje natychmiast... lekko zakręceni idziemy w kierunku toalet, wcześniej zapalamy gaz i wstawimy wodę na herbaty...
Jarko też już się kręci, ostatni wstaje Ylam...
Wypijamy herbaty i wrzucamy termosy do plecaków...
5:00 Ruszamy w kierunku samochodu.
Jazda autem. Kierowca i pilot maja najgorzej. Do przełęczy... wszyscy są czujni, łapiemy foty Marmolady w świetle wstającego różowego słońca. Jedziemy dalej.
Po chwili słyszę jak Piotr z Ylamem równo sobie posapują, zapadli w sen.
Pod Marmoladą meldujemy się o 6,35. Wita nas ostre, zimne powietrze, no tak, lodówka za plecami działa. Szybko szykujemy liofilizaty, ja wmuszam w siebie swoją porcję, nerwy dają o sobie cały czas znać.
W myślach cały czas powtarzam żeby nie dać plamy, żeby reszta nie patrzyła na mnie jak na zbędny balast. Na szlak wchodzimy o 6:45 w okolicy stacji kolejki. Droga jest dość łatwa. Wyruszam pierwszy, i tak mnie dogonią, kluczymy trawersami w kierunku moreny czołowej lodowca, na której jest zainstalowana górna stacja kolejki.
W pewnym momencie dostrzegamy 4 osoby idące zwartym szykiem. Piotr jednym spojrzeniem ocenia... mają 30 minut przewagi nad nami. Około 8:20 droga gwałtownie skręca w prawo i zaczyna schodzić w dół po piargach w kierunku zachodnim. Piotr z Jarkiem wyciągają mapę i upewniają się czy idziemy prawidłowo. Ja się rozglądam dookoła i strzelam zdjęcia. Nerwy i panika jest, ale jakby mniejsza. Rzucam okiem w kierunku Piotra i spółki... I zmroziło mnie... odstawili mnie na 20 minut w tyle, szlak by trafił te zdjęcia. Rzucam się w pościg. Po chwali patrzę raz jeszcze... moja grupa wyłania się za załamania horyzontu a tam daleko są... nasi konkurenci.
Ha ha ha ha... nadrobiliśmy nad nimi 10 minut.
Zasuwam za swoimi. Szlak skręca za skrzesany filar i naszym oczom ukazuje się śnieżny jęzor szczątkowego lodowczyka. Przed płatem bieli dopadamy jak się okazuje niemiecką grupę. Jest 9:07. Ubieramy na wyścigi uprząż i raki. Jakimś cudem kończę pierwszy. Niemcy* się dziwnie mozolą, choć sprzęt mają profesjonalny.
Rzucam jak zwykle "Pa chłopaki, i tak mnie dogonicie"... i walę po śniegu pod górę. Piotr jeszcze zdążył mi pokazać w kierunku, którego żebra mam się poruszać.
Okazuje się, że zasuwam po lodowcu... moim pierwszym lodowcu, a wyglądał jak zwykły jęzor śniegu. Wbijam rytmicznie raki w śnieg, idzie mi się bosko, jest chłodno a nawet zimno, ale ja tak lubię. Podpieram się czekanem, trochę gubię rytm, bo czekan mam w lewej dłoni... nie pasuje mi to wcale. Oglądam się za siebie i z osłupieniem stwierdzam, że zostawiłem wszystkich daleko za sobą. Pierwszy docieram do podstawy pierwszej, krótkiej ferraty wyprowadzającej na Forcella Marmolada. Jeszcze jedno mocne wbicie czekana i... dziura, ręka z czekanem ginie w lodowej szczelinie, wyrąbuję jeszcze fragment i patrzę na dziurę w śniegu przed sobą. Obchodzę ją bokiem i wskakuję na półkę skalnego żebra. Krzyczę za sobą "uwaga szczelina"... widzę jak Piotr, Jarko i Ylam dochodzą do mnie.
Zdejmuję raki - niepotrzebne na ferracie... i nagle jak w złym śnie widzę jak zsuwa mi się rak z buta i spada 5 metrów niżej. Kur...a, szlak, a Niemcy tuż, tuż. Byliśmy pierwsi pod ferratą.
Nie mają litości, obchodzą nas i gramolą się na ferrate, powiązani liną asekuracyjną, w rakach, jest coś komicznego w ich gramoleniu... Oglądam się do tyłu i śmiech mi grzęźnie w gardle... O 9:00 ruszył wyciąg i nagle za naszymi plecami zobaczyliśmy trzy kolejne ekipy zmierzające w naszą stronę. Na ferracie wyprzedził nas jeszcze "Gwidon" z parą młodych Włochów - czyżby miesiąc miodowy na lodowcu? Ylam w końcu wraca z moim rakiem. Ubłagał Niemców i Włochów żeby nas przepuścili. Pierwszy na ferratę wchodzi Piotr, za nim Ja, Jarko i Ylam. Narzucamy mocne tempo. Na ferracie czuję się jak ryba w wodzie. Prowadzi nas na zachodnią grań. Robię, co jakiś czas foty.
Piotr jest dobry w te klocki, co chwila słyszę - kamień, lód... przekazuję niżej.
Liny, drabiny, metalowe kotwy, byle do góry, mijamy nieubezpieczony, zerwany kawałek ferraty, nic to byle do przodu... zaczyna mi brakować powietrza,
Za nami ukazuje się przepiękna panorama Alp Austryjackich, na chwilę przystajemy urzeczeni widokiem. Warto dla takich chwil być tu i teraz... jak TU PIĘKNIE...
Piotr znowu mi znikam z pola widzenia, mam przed sobą tylko grań ze stalową liną. Rzucam się w pogoń za nim... widzę jak Jarko wychyla się zza grani... szkoda tego widoku, strzelam mu zdjęcia - ech ci fotografowie mają przechlapane...
Po swojej lewej stronie wyłania się upstrzone szczelinami wybrzuszenie lodowca... jak tu... ech te widoki, człowiek czuje się zahipnotyzowany coraz to nowym widokiem, każdy krok do góry i każde spojrzenie wstecz... robiłbym zdjęcia co sekundę... tylko, kto by to potem oglądał...
Po białej krzywiźnie porusza się kolejna grupa zdobywców Marmolady. Dopiero ich porównanie z czapą lodowca pokazuje jego wielkość.
Kończy się ferrata i Piotr z szelmowskim uśmiechem rzuca w moim kierunku - a teraz najgorsze 150 metrów w Twoim życiu - ... zgłupiał - pomyślałem.
Przecież to tylko 150 metrów lekko pod górkę bez stalowych lin.
Piotr znika mi w oczach, dopiero teraz widać jego perfekcję w zarządzaniu swoją energią.
A moje 150 metrów zabiera mi całkowicie oddech, mozolę się jak ślimak, krok po kroku byle do przodu, byle na szczyt... ale co to za szczyt...
Dookoła zaczyna się unosić lekka mgiełka, widoczność zaczyna spadać. Przypominają
mi się słowa Piotra, że był tu kilka razy i za każdym razem Marmolada ginęła we mgle i chmurach. A ja mu obiecałem piękne widoki... jakimś cudem przynoszę szczęście, jeśli chodzi o widoki na szczytach gór.
Z mgły wyłania się szczyt i... buda zbita naprędce... z desek... jakby polska prowizorka pozostawiona na czas nieokreślony... najbardziej obskurna szopa jaką widziałem w Dolomitach.
Za nią widać szczyt i krzyż. Koniec. Zdobyliśmy Marmoladę.
Rozglądamy się dookoła. Od strony południowej mgła się rozwiewa i naszym oczom ukazują się nowe przezrocza. Stoimy jak urzeczeni... zdjęcia...
Na szczyt, co chwila wchodzą kolejne ekipy. Robi się mały tłok. Trudno zrobić jakieś zdjęcie
bez niepotrzebnej głowy czy plecaka... taka rzeczywistość... rzeczywistość, w końcu każdy może...
Mgła w swojej łaskawości całkowicie się ulatnia i dopiero teraz zostajemy całkowicie uwiedzeni widokami. Zaczyna się festiwal chmur znaczący pobliskie grupy górskie... Sella po prostu powala na kolana... tylko patrzeć...
Wyjmujemy NASZĄ flage grupy GG, czym wywołujemy pewną sensację. Ludziska
robią nam zdjęcia. Przystojny, młody "Gwidon" z zaciekawieniem przygląda się nam.
Proszę go o zdjęcia naszej grupy. Z uśmiechem pstryka kolejne ujęcia. Gdy dowiaduje się
że jesteśmy Polakami z uznaniem uśmiecha się do nas. Wymienia z szacunkiem jednym tchem Kukuczkę i pokazując na sąsiedni szczyt Marmolady. Mówi o wejściu Kukuczki na tę ścianę.
Dwa razy ją pokonywał. TYLKO on i nikt tej drogi nie powtórzył.
Nasze serca rosną... TU warto się przyznać, że jesteśmy POLAKAMI...
Robi sobie pamiątkowe zdjęcie z nami. Zapraszamy go na naszą stronę internetową. Obiecujemy, że będzie mógł tam zobaczyć wspólne zdjęcie.
Chwila dekoncentracji, każdy z nas je, co ma w plecaku, herbata, czekolada, batony...
I ta dziwna chęć pozostania tu jak najdłużej, napawaniem się filmem, jaki sprawiła dzisiejsza
pogoda... gdyby tak zawsze... po prostu ideał. Aparat zaczyna się grzać.
Widzimy jak kolejne ekipy opuszczają szczyt. Ech... na nas też pora. W końcu mamy jeszcze
niezłe zejście w dół.
Wyciągamy mamuta Piotra i wiążąc ósemki wpinamy się.
Rozpoczynamy zejście stromym śnieżnym stokiem szczytowym, przede mną Jarko, Ylam za mną Piotr.
Daję Piotrowi aparat i ten strzela pierwszej trójce niezapomnianie zdjęcie. Jedno z moich ulubionych z tego wyjazdu. Marsz jest jedyny w swoim rodzaju, idzie się fantastycznie, chłód od śniegu z przyjemnymi promieniami słońca od góry.
Delikatnie nadeptuje na linę... dostaję opieprz, lina może być uszkodzona. Najgorsze jest
to, że zewnętrzna koszulka nie pozwala na ocenę ewentualnego uszkodzenia rdzenia liny.
Biorę linę w lewą rękę i uważam na nią jak na jajko.
Dochodzimy do grani rozdzielającej dwie części lodowca. Mały zator. Ekipy przed nami zdejmują raki. Okazuje się, że włosi założyli tu kolejną ferratę. Zaskoczenie Piotra i żal dziewczyn, które nie poszły na Marmoladę tylko dlatego, że mieliśmy zjazdami pokonać 300 metrową spiętrzenie ściany nad lodowcem. A tu po prostu schodzimy bokiem i po ferracie
Na ferracie cały czas tłok. Wykorzystuję czas na zdjęcia lodowca. Widać z góry jak kolejne czwórki pokonują lodowe pola. W końcu przychodzi nasza kolej. Schodzimy...
Po godzinie drobna konsternacja. Jarko chce zrobić zdjęcia i nie ma aparatu. Ylam przekopuje Jego plecak... Zostawił go na szczycie... czy Ylam dałby radę tam szybko wejść. Jest najmłodszy i najsilniejszy. Po moje raki się wracał...
Słyszę wypuszczane powietrze i ulgę w głosie Jarko. Jest aparat. Wszystko OK.
Marsz zabiera nam godzinę i 7 minut. Wydaje się niewiele. Schodzenie po stoku nachylonym pod kątem 40 st robi swoje. Zaczynam odczuwać ból w kolanach. Zejścia to moja zmora, lewa noga prawie sztywna. Dobrze ze śnieg odrobinę amortyzował mikrourazy. Ale...
Docieramy na skraj lodowej czapy. W końcu kawałek skały. Siadamy szczęśliwi. Puszczają napięte nerwy. Oglądamy się za siebie. Lodowa biel uśmiecha się do nas... a MY do siebie. Piotr nam gratuluje. Ściskamy się jak dzieciaki w piaskownicy.
Pierwsze podsumowania. Liczymy czas podejść wg naszego idola Tkaczyka.
Zamiast 7,5 godziny wejście zrobiliśmy w 5,5 godziny...
Jarko zdejmuje buty. Nie lubi zakładać stuptutów... i nie założył na lodowiec.
Śmiejemy się a Jarko przechyla buty i wylewa z nich wodę. Jemy... pijemy herbatę
Patrzymy jak kolejne ekipy docierają do górnej stacji kolejki... Kolana mnie bolą jeszcze bardziej jak myślę o dalszym schodzeniu, podejmuję decyzję, że zjadę kolejką. Jeśli się uda zabiorę reszcie plecaki, może do tego się przydam.
Zbieramy się z gościnnej skały. Myślimy o mokrych nogach Jarko, które może przy zejściu
pościerać do krwi. Pamiętamy jeszcze asfalt pierwszego dnia, który załatwił Piotrowi nogi na kilka dni.
Docieramy do kolejki. Chwila strachu. Szukam kluczyków do samochodu. Nie ma ich.
Przerzucam cały plecak. Cholera. Nic. Ylam patrzy na mój cudaczny plecak. Jego uwagę zwraca mój woreczek na okulary przytroczony do plecaka... tak... są klucze. Dobrze je schowałem.
Wybuchamy śmiechem.
Ylam idzie się dowiedzieć po ile są bilety. Po 4 euro. Szybko liczymy. Moje kolana, pościerane pięty Jarko... nie, to by była głupia oszczędność. Mam kasę przy sobie,
Sebastian kupuje bilety i komfortowo opuszczamy górną stacje kolejki w gondolach. Robimy falę. Sebastian to uwiecznia na filmiku... Przyjemny powiew wiatru...
Schodzimy do naszego kochanego Kangoo, który cierpliwie czekał na nas na parkingu.
Ktoś rzuca pytanie: a ile kosztuje wjazd kolejka i trasa w obie strony. Nikomu nie chce się wysiadać z autka. Bezczelnie podjeżdżamy samochodem pod same drzwi wyciągu. No tak
jazda bez względu na kierunek w jedna stronę kosztuje 4 euro, w obie 7,5.
O tak... teraz już możemy pomachać Marmoladzie... i możemy wracać do obozu.
Jest 17-ta z groszami. Byliśmy przyszykowani na powrót o 23-ej. Nie było takiej konieczności.
Było pięknie...




Opis autorstwa: Jakuba Sznyra

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com