Grupa Górska na szlaku
Główny Szlak Beskidzki
Grupa Górska na szlaku
 

Śnieżnik - Pietia

ROZDZIAŁ I

"YLAM"

Piątek 10.III.2006 - 11:00 am Poznań Centrum

Wróciwszy z zajęć do chałupy, zabrałem się do kończenia rozpoczętego dzień wcześniej pakowania plecaka. Później wskoczyłem pod pierzynę chcąc zdrzemnąć się przed całonocnym marszem z Ylamem przez dzikie tereny Masywu Śnieżnika - nic z tego - skończyło się jedynie na leżeniu i słuchaniu jazzu (dobre i to - pomyślałem).

 

Następnie tramwajem nr 8 pognałem na Dworzec Główny. Wpadam do osobowego, jadącego do Wrocławia. Pociąg pęka w szwach. Jednak w Lesznie 50% podróżnych opuszcza gościnne progi PKP. Rozsiadam się wygodnie i patrzę na przelatujące krajobrazy. Po głowie chodzi mi pewniem kawałek KULTU. Po chwili oczy same mi się zamykają, świadomość ucieka, a ja odpływam gdzieś w czarną przestrzeń. Do rzeczywistości powracam tuż za Osobowicami.



17:45 pm Wrocław Stare Miasto

Na Dworcu Głównym we Wrocławiu zgodnie z umową kupuję bilet do Domaszkowa dla Ylama. On sam w drogę do Wrocławia wybrał się stopem. Idę na peron 4. W tym momencie dzwoni Ylam, (którego poznałem parę tygodni temu przy piwku w Poznaniu). Jest na Węźle Bielańskim pod Wrocławiem i próbuje złapać coś do Centrum - okazało się, że kierowca ciężarówki, z którym podróżował zrobił sobie przed miastem kwadrans postoju, co znacznie opóźniło jego przyjazd. Na peronie podstawiają pociąg do Międzylesia. Pytam konduktora o pierwszą i drugą stację za Wrocławiem - może Ylamowi będzie łatwiej dojechać tam, niż do zakorkowanego centrum. Były to Żerniki Wrocławskie i Żurawina. Ylam gna na przystanek PKSu, jednak na rozkładzie jazdy nie ma śladu po Żernikach, czy Żurawinie. Czas ucieka. Konduktor sam proponuje opóźnić o parę minut pociąg (ostatni w tym kierunku). Jednak mimo tego dotarcie jeszcze dziś do Domaszkowa wydaje się być nierealne. Podejmujemy więc decyzję: z żalem odpuszczamy sobie nocne łojenie po górach i zmieniamy kierunek z Międzylesia na Wałbrzych, z którego rano wyjedziemy do Kłodzka. W tym momencie przypominam sobie, że dziś moja siostra wraz ze szwagrem jedzie z Wrocławia do Wałbrzycha odwiedzić rodziców. Szybko wyciągam z kieszeni telefon i dzwonię. Okazuje się, że są parę km za Bielanami. Szybko tłumaczę im jaka jest sytuacja. Zaraz po tym wykręcam numer Ylama i kieruję go pod wejście główne Tesco, pod którym mówiłem siostrze, że będzie czekał na nią pasażer z wielkim plecakiem, a ja podjadę jak tylko sie da najszybciej darmowym autobusem, gdy oddam niewykorzystany bilet.
Wkońcu po wykonaniu wielu telefonów, mojej walce w kasie biletowej oraz sprincie Ylama przez Bielany, cała nasza czwórka spotyka się pod wielkimi, kiczowatymi wrotami, okraszonymi napisem: "TESCO".



20:30 Wałbrzych Podzamcze

W Wałbrzychu udajemy się do mnie do domu. Jemy kolację, sprawdzamy połączenia do Kłodzka, przepakowujemy plecaki i po północy kładziemy sie spać.



Sobota 11.III.2006 - 5:00 am Wałbrzych Podzamcze

Pobudka, śniadanie i wymarsz na wałbrzyski dworzec PKS-u. Tam o 6:30 wyruszamy czerwonym busikiem do Kłodzka, w którym mamy spotkać się z częścią Grupy. Nasza droga wiedzie z Wałbrzycha przez Jedlinę Zdrój, Głuszycę, znajdujące się u podnóża Gór Sowich, Kamiennych i Wałbrzyskich; Ludwikowice Kłodzkie, Nową Rudę i Słupiec. Całą drogę gadamy o wyjazdach, górach, planach, tudzież przysłuchujemy się rozmowie dwóch panów, z których jeden przyciął sobie palucha nożem, zaostrzonym przez teścia - niezwykle pasjonująca to była opowieść. Niebawem docieramy do Kłodzka.



około 9:00 am Kłodzko

Tu idziemy dowiedzieć się o której będzie najbliższy transport w okolice Śnieżnika. Poznajemy też dworcowego DJ'a, który niemiłosiernie głośno zapowiadał przyjazdy i odjazdy autobusów. Naśmiewał się z nas, że taszczymy na plecach całą szafę. On, jak twierdził, w naszym wieku zwiedzał Polskę mając śpiwór, namiot i wszystkie inne potrzebne rzeczy w małym koszyku (a ja myślałem, że miniaturyzacja jest stale postępującym procesem). Mając trochę czasu w zapasie udajemy się do rynku...



ROZDZIAŁ II

"Kasia, Dżagietka, Agata, Jarko i Mpie"

Nagle w uliczce obok rynku wpadamy na gromadkę pięciu obładowanych plecakami osób - niech mnie kule biją, rozpoznaję ich od razu - tyle razy widziałem ich twarze obok nicku na forum! Te same dobrze znane z wyglądu i opisów w postach dziewczyny oraz Jarek (jak zwykle w płaszczyku podobnym do tego, który nosił Włóczykij z Muminków) tylko teraz widziani LIVE! Jedynie Mpiego nie rozpoznałem od razu (wszystko zmieniło się od momentu, gdy założył swoje kolorowe okulary). Całą załogą ruszamy na dworzec PKS-u, a później do pobliskiej knajpki na kawę. Niezwykle miłe jest to doświadczenie - znać jakąś osobę tylko z fotografii i czytając jej posty, a teraz móc usłyszeć jej głos, porozmawiać i poobserwować szerzej pojęte "zachowanie". Tu dowiaduję się o wyprawie Dżagietki i Jarka do Tunezji, a następnie szalonym rajdzie z Warszawy, przez ich rodzinne Kraków i Mysłowice do Wrocławia, by wraz z Kasią, Agatą i Mpiem gnać na kolejny zjazd Grupy - jakże bliscy mi są tacy "Wariaci". Z baru ruszamy na PKS, gdzie po chwili podjeżdza nasz autobus, mający zabrać nas do Starej Morawy. Jest spory tłok, więc mimo tego że na biletach mamy swoje miejsca z przodu, stoimy bądź siedzimy na samym końcu. Co chwilę na zakrętach nasze plecaki przechylaja się niepokojąco w kierunku drzwi. Wszyscy jesteśmy już lekko znużeni tą jazdą. W końcu nadchodzi upragniona chwila desantu.



Stara Morawa (nie pamiętam już o której to było)

Wyskakujemy z autobusu wprost do krainy Królowej Śniegu. Zakładamy gnojoskoki (stuptuty) i ruszamy do Kletna. W pewnym momencie na drodze napotykamy chłopaków, próbujących wypchnąć z zaspy samochód. W czynie społecznym pomagamy im ustawić samochód na drodze - dobry uczynek w tym dniu spełniony - możemy iść dalej. Kierujemy się do Jaskini Niedźwiedziej...



ROZDZIAŁ III

"@nia, Antenka, Bad Sid i Mantek"

W połowie drogi napotykamy @nię, stojącą przed pewną restauracją. Gdyby nie zdjęcia z poprzedniego wyjazdu Grupy, po prostu nie połapałbym się, że @nia to właśnie @nia. Jednak teraz wystarczyło jedno spojrzenie, a moje czujne gestapowskie oko od razu rozwiało wszelkie wątpliwości Po chwili z knajpianych czeluści wychodzi Mantek! Mantek to niezwykle ważna persona w Grupie - posiada zdolności jasnowidzenia i niczym wróżka przepowiada pogodę (ma szczęście, że żyje w naszych czasach, bo w średniowieczu za podobne sztuczki spłonąłby na stosie). Posiada on jeszcze inny dar - umiejętność przekonywania, w wyniku czego dajemy poprowadzić się jak owieczki ze szlaku wprost w restauracyjną otchłań. W środku spotykamy kolejnych Grupowiczów - obdarzoną wielkim głosem Antenkę, która swoim góralskim śpiewem potrafi zagotować wodę w potokach oraz Bada - kawał chłopa z ogromnym plecakiem, mogącym pomieścić dwoje drobniejszych emerytów (choć tym razem najcięższy wór dźwigał YLAM, który bohatersko wniósł na górę koszulki wraz z opakowaniami dla Grupowiczów). Po zakończeniu biesiady udajemy się do Jaskini Niedźwiedziej. Tu spotykamy przesympatycznego Pana Przewodnika, który opowadził nas po jaskini, przekazując z pasją wiele ciekawych informacji Po wyjściu z jaskini zaczyna się droga pod górę. Z początku nie sprawia większych problemów. Jednak w miarę nabierania wysokości droga w śniegu staje się coraz gorzej utorowana, co powoduje częstsze postoje. Pogoda zdaje się czasem poprawiać - raz po raz gdzieś nad głowami przedziera się nieco błękitu. Mimo tego chmury nie dają za wygraną i pod postacią gęstej mgły spływają w dół ze śnieżnickich grzbietów, otaczając dzielnych przedstawicieli Grupy Górskiej, którzy po mozolnej wędrówce słabo przetartym szlakiem dotarli do ubitej przez ratrak drogi. Teraz z lepszymi już humorami (wszak najbardziej stromy i męczący odcinek mamy już za sobą) dziarsko brniemy przez mgłę do schroniska "Na Śnieżniku" im. Zbyszka Fastnachta.
W schronisku ku memu zaskoczeniu jest dość sporo osób - poprzednim razem (również w marcu) wiało tam pustką. My lokujemy się w 10-osobowym pokoju - nota bene gdy tam jestem, zawsze śpię w tym pokoju. Jednak tym razem wieczorem z okna nie będzie roztaczał się piękny krajobraz na rozświetlone u podnóża Masywu miejscowości oraz słońce zachodzące za Górami Bystrzyckimi. Cały Śnieżnik spowity jest gęstą, wilgotną mgłą, przez którą przebijają się jedynie płatki śniegu. Mimo tego zostawiamy nasze tobołki i udajemy się na szczyt Śnieżnika. Ścieżka ze schroniska wiedzie przez niewielki świerkowy las regla górnego, by następnie przejść w wysokogórską łąkę piętra subalpejskiego z kępami kosówki tu i ówdzie. We mgle widać jedynie najbliższe słupki wskazujące drogę na szczyt. Podążamy za nimi słupek po słupku, aż w końcu ziemia pod stopami staje się mniej pochyłą, a stąpanie po niej nie jest już tak męczące. Oddech staje się trochę wolniejszy i zapominamy o pulsującej przed chwilą w skroniach krwi. Jesteśmy na kopulastym szczycie Śnieżnika Kłodzkiego. Widoki fenomenalne - ledwie da się dostrzec gruzowisko pozostałe po dawnej wieży widokowej. Mimo tego jesteśmy zadowoleni, gdyż możemy dopisać już kolejną górę do listy KGPGG. Naszą obecność na czubku Śnieżnika dokumentujemy grupowymi fotkami.
Schodzimy. Gdy jesteśmy już przed schroniskiem, zaczyna zapadać zmierzch. W środku każdy zabiera się za przysznic, lub przyrządzenie czegoś do jedzenia, gdy nagle YLAM mówi mi, że da się jeszcze nadrobić straty z wczoraj i urządzić sobie wieczorny wypad do Międzygórza i z powrotem - wiem już o co mu chodzi - to znak, że Jakub - FOKA jest już w drodze z Łodzi.



ROZDZIAŁ IV

"FOKA"

W zadaniu przyprowadzenia FOKI do schroniska pomaga nam Jarek. Przed wyjściem z chaty pyta nas, czy idziemy trochę szybciej, czy normalnie. "Szybciej!" - mówimy. Nawet nie wiedziałem, czym to grozi. Na zewnątrz jest już zupełnie ciemno. Jedynie blask światła dobiegający z okien rozświetla obszar wokół schroniska. Jarko wyrywa do przodu, na tyle szybko, że po chwili widać jedynie błysk jego czołówki. Biegniemy za nim. Po kilku chwilach tracę równowagę w śniegu i ląduję na brzuchu z wyprostowanymi łapami. Podnoszę się i dalej do przodu. Po jakimś czasie dostrzegamy, że ze schroniska wybiegł mały kundelek, który wiernie towarzyszył nam przez całą drogę tam i z powrotem. Idziemy czerwonym szlakiem, co chwilę ocierając się o pokryte śnieżnym, zimnym puchem gałęzie. W jednym miejscu zbaczamy ze szlaku, wkraczając w utorowaną ścieżkę prowadzącą ostro w dół na skróty. W końcu dobiegamy na sam dół. Tu zmierzamy do pewnej knajpy - zajazdu, pod którym się umówiliśmy. FOKA nie każe długo na siebie czekać - ledwo skończyliśmy pić Sprite, a już na pobliskim parkingu widać błysk reflektorów jego Kangura. FOKA przepakowuje plecak i po chwili znów jesteśmy na szlaku, tyle że teraz nasza droga wiedzie do góry. W połowie drogi spostrzegamy, że przez gęste chmury przebija się księżyc oraz pojedyncze gwiazdki, a zalegająca wcześniej w dolinie mgła opadła w dół. Może wróży to poprawę pogody? Cóż, przekonamy się jutro - myślę. Około 23:00 docieramy do schroniska. Tu okazuje się, że część Grupowiczów, a raczej Grupowiczek śpi już w pokoju, a męska część załogi, wraz z dwiema reprezentantkami płci pieknej - @nią i Antenką, prowadzi rozmowy i dysputy przy piwku i śliwowicy na dole w sali kominkowej. My z YLAMEM postanawiamy ugotować sobie ryż z sosem, którego przyprawieniem od początku do końca zajmuje się YLAM (trzeba przyznać, że ma chłopak do tego talent). Stojąc w kuchni turystycznej co chwilę mamy okazję "podziwiać" nieustanne manewry obecnych w schronisku chłopaków, którzy hordami wchodzą i wychodzą z damskiej toalety. Przez nieustannie otwierające się wrota widzimy cel ich częstych wizyt - ciężko zaprawioną C2H5OH koleżankę // BEZ KOMENTAŻA \\. Po chwili przychodzą do nas Dżagietka z Antenką i załapują się na porcję naszego specjału. Po późnej obiado - kolacji idziemy jeszcze do sali kominkowej, gdzie toczy się dyskusja m.in. na temat warunków panujących w schronisku harcerskim u babci Ali w Bieszczadach (niestety nie miałem okazji jeszcze się o nich przekonać). Około 2:00 wchodzę do ciemnego pokoju, w którym rozlega sie jedynie chrapanie Mantka Wskakuję na wyrko i po chwili zapadam w sen. Natomiast @nia, FOKA i YLAM w ogóle nie zmróżyli oczu. Z tego co słyszałem przegadali resztę nocy w dobrych humorach, a około 6:00 wybrali się podziwiać wschód słońca na Śnieżniku.



Schronisko "Na Śnieżniku" im. Zbyszka Fastnachta 7:30 12.III.2006

Ku swemu zdziwieniu budzę się, nie czując zmęczenia z poprzedniego dnia. Po jakimś czasie siedzimy prawie całą grupą na dole w sali kominkowej przy śniadaniu. Nagle drzwi się otwierają, a w nich pojawiają się trzy postacie w czerwonych, obsypanych śniegiem kurtkach. To nocne marki - @nia, FOKA i YLAM, którzy dopiero przed chwilą wrócili ze szczytu Śnieżnika. Okazało się, że u góry panowały bardzo złe warunki - gęsta mgła, silny wiatr oraz bardzo kłujący śnieg. W wyniku złej widoczności niechcący odbili ze szlaku i zeszli kawałek drogi w dół na czeską stronę. Nie mieli ze sobą herbaty, mapy, kompasu, a baterie w telefonach wyczerpały się pod wpływem niskiej temperatury. To jest właśnie złośliwość Śnieżnika - pogoda szybko ulega zmianie, a mimo tego, że góry są niewysokie, można się w nich łatwo zgubić. Na szczęście po chwilach błądzenia natrafili na szlak prowadzący do schroniska.

 

Niestety tak już jest, że wszystko co miłe, szybko się kończy... Po śniadaniu część ekipy - Antenka, Mantek i Bad Sid ruszają w dół do Kletna, gdzie zostawili samochód. Z kolei reszta podzielona na dwie grupki udaje się czerwonym szlakiem w kierunku Miedzygórza. Dżagietka, Kasia, Agata, Mpie i Jarko wychodzą nieco wcześniej. Teraz w końcu widzimy, jak wygląda ta ścieżka za dnia. W Międzygórzu udajemy się do knajpki niedaleko wodospadu Wilczki, gdzie czekamy na autobus, którym część Grupy pojedzie do Kłodzka, by później pociągiem przez Wrocław wrócić w rodzinne strony... I tak się również dzieje... po chwili autobus relacji Międzygórze - Kłodzko zatrzymuje się na naszym przystanku, a moment późnej odjeżdża, zabierając ze sobą Dżagietkę, Agatę, Mpiego i Jarka. Pozostaje po nim jedynie chmurka szarych spalin.

 

Nasza piątka idzie jeszcze obejrzeć efektownie oblodzony wodospad Wilczki (ślizgająć się jednocześnie na równie mocno oblodzonych schodkach i ścieżce), a następnie wskakuje do stalowego Kangura FOKI. Całą drogę powrotną do Wrocławia spędzamy na gadaniu, spaniu i słuchaniu kawałków Zbigniewa Hołdysa. Tak mi się ta jazda podobała, że na dobre zapomniałem o zabraniu z samochodu termosu i kijków. W efekcie tego pojechały sobie do Warszawy wraz z FOKĄ, odwieźć @nię, a w drodze powrotnej zwiedziły Łódź. Na koniec po pożegnaniu z @nią i FOKĄ Kasia zaprosiła jeszcze mnie z YLAMEM na herbatkę, a później w czwórkę (bo z pieskiem Kasi) poszliśmy na Dworzec Główny. YLAM kupił sobie bilet do Żagania (gdyby wiedział, że ten pociąg nie zatrzyma się w Żaganiu, to pewnie by tego nie robił ). W tym miejscu pożegnaliśmy się, po czym Kasia z YLAMEM i pieskiem wrócili z powrotem do domu, a ja wskoczyłem do osobowego do Rawicza, gdzie następnie przesiadłem się na pociąg do Poznania. Na miejscu byłem gdzieś koło 19:30. Okazało się, że przed chwilą uciekł mi transport do chałupy. "Nic nie szkodzi" - pomyślałem. "Nawet jest mi to na rękę" - byłem tak zadowolony z wyjazdu, że postanowiłem uczcić go pieszą wędrówką do domu, przez rozświetlone wieczorną porą poznańskie ulice.




Opis autorstwa: Pietii

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com