Grupa Górska na szlaku
Główny Szlak Beskidzki
Grupa Górska na szlaku
 

Turbacz - bubamara

Na tej wyprawie nie było zaliczania kilometrów szlaków, ale i taki był jej cel
"być z Grupą w górach i mieć czas dla Grupy".

Będzie to troszkę inny styl wspomnień jak u moich poprzedniczek a to z kilku powodów...
a) Nowicjuszka na szlaku z Grupą Górską e-tatry.
b)...x
c)...xx

Turbacz... kolejny szczyt z Korony Gór Polskich. Nigdy nie byłam tam zimą, więc ogromna ciekawość, jak to tam wygląda.

Rozmowy z Grupą Górską tylko w sieci, zaczęły mi nie wystarczać... silniejsza była chęć poznania ich na szlaku ale i ogromny stres wyłaniający się z myśli... czy mnie zaakceptują, czy dorównam im w tempie wyjścia bo jednak różnica w sile... czy... czy... dziesiątki pytań kłębiły się w głowie.

Moje życie jednak zaczyna tracić sens, kiedy się zatrzymuję w miejscu, no to i bez sensu - zaczynam więc "przygotowania" w momencie ogłoszenia terminu i miejsca.

Im bliżej - tym gorzej... ale nie poddaję się swoim głupim myślom.

Ta wyprawa zaplanowana była z dojściem "na raty", a miejsce spotkania całej Grupy - piątek wieczorem w schronisku na Starych Wierchach.

Zaczynam rozpytywać, kto planuje wyjazd w piątek rano... cisza, cisza, cisza...
Trudno - idę sama, przecież nie pierwszy raz, to dlaczego nie? Dojdę. W nocy nie lubię chodzić a i dnia mi szkoda.
Sytuacja się rozwiązuje... Radyjko może być w Krakowie rano, więc uzgadniamy godzinę wyjazdu. Plan jednak troszkę zmieniony.
Mamy dotrzeć do Antenki, gdzie już oczekuje na nas Mantek. W Skomielnej odebrani jesteśmy przez "gospodarzy".
Pierwsze moje spotkanie z Mantkiem, bo Antenkę już znam.

Oczekujemy teraz na przyjazd Bada, Jesiennego Deszczu i Kasi. Czas oczekiwania szybko biegnie. Wypełniony jest wspomnieniami Radyjka z wyprawy w Alpy, oglądaniem zdjęć i rozmowami... rozmowami...
Około 14.00 dojeżdżają. Powitania, uściski.
Moje "stresy" wzrastają - przecież nie znam ich... Oczywiście mylę JD z Kasią i długo to "mylenie" mnie trzyma. Bad jakiś "inny" jak na fotce...

Tu następuje pierwsze zaskoczenie dla mnie, ale jakże sympatyczne! Otrzymuję od Grupy najnowsze, uzupełnione wydanie naszego "Śpiewnika Grupowego" - edycja II.
Czekamy jeszcze na świeży chlebuś od mamy Antenki, bo do smalcu taki właśnie ma być!!

Około 15.00 wyruszamy na przystanek PKS-u.
Stanie czy nie stanie??? Oczywiście autobus, na machanie ręką, bo przystanek ten to klasa B.
Stanął, więc wcisnęliśmy się z tobołami. Nie szkodzi, że bilety trzeba było kupić do Nowego Targu - ważne, że nam "stanie" na Rdzawce II, bo to jakby nie "po drodze" było.

Jest już około 17.00 to i ciemno się robi... wokoło.
W moje myśli znowu zakrada się ten "zły" ...jak ja pójdę po ciemku?? Latarki nie mam...idę wolno... będę "hamulcem"...
Ale nic to - niech się dzieje co się chce.

Wokół jest cudnie - bielutki śnieg, księżyc zaczyna wypływać na niebo, jest w miarę ciepło i ten rządek złożony z 7 osób całkiem sobie obcych a tak bardzo sobie bliskich tu na szlaku.

Oczywiście opóźniam im marsz i wcale z tym dobrze się nie czuję - tzw. wyrzuty sumienia mam...
Kroku mi dotrzymuje Radyjko, chociaż wyczuwam, że denerwuje go to, bo nic "nie nadaje" ale trudno...
Nie myślcie, że reszta Grupy nas zostawiła. Co jakiś czas oczekiwali na nas chyba "symulując chęć odpoczynku", i to jest jeden z jakże ważnych elementów wędrówki w grupie - nie dać odczuć maruderowi,że marudzi...
Antenka wypożyczyła mi swoją czołówkę i był to kolejny zaskakujący moment.
Kiedy Radyjko mnie doholowal do bazy, Grupa już się rozlokowała.
To nie ja byłam tak powolna, ale ONI tacy szybcy.

Gdybym tu nie napisała, że usiedliśmy teraz przy piwie, to bym skłamała.
Pijemy piwko i testujemy nasz "Śpiewnik". Jakby kto pytał - kto nie śpiewał? - to takiego nie było! Wszystkie... no prawie wszystkie piosenki przećwiczone. Gitary brak... nie szkodzi... i ta kiedyś będzie...
Śpiewająco oczekujemy na Jarka (trojga imion czyli jeszcze Admina i Szefa) oraz Agatkę i Dżagietkę.
Docierają późno wieczorem i kolejne dla mnie zaskoczenie a zarazem największe na tej wyprawie. Wraz z nimi "wchodzi" tort urodzinowy od Grupy Górskiej. "Rzuca" mnie to na kolana... i naprawdę NIC NIE PAMIĘTAM co działo się dalej. Były życzenia, krojenie torta i amnezja... totalna amnezja. Wiem, że zostawiłam kawałki dla tych co mieli dojść rano w sobotę. Czy wy wiecie, że z wrażenia nie zjadłam mojego kawałka??? Zorientowałam się dopiero rano. Myślę, że oglądając zdjęcia powróci mi "pamięć".

Do późnej nocy były rozmowy, śpiew. Schronisko na Starych Wierchach ma "klimat" i miłych gospodarzy.

Sobota rano - oczekiwanie na kolejną pod-grupkę.
Miało być dwie osoby - jest jedna, ale jakże ważna jest ta jedna osoba! Chciała przejść szlak razem z nami i nieważne było, że z dość daleka.
Był to również "nowicjusz" jak i ja - Mpie z Nowego Sącza,
Pakowanie, wspólna fotografia i w trasę na Turbacz.

Pogoda nie najpiękniejsza, panoramek prawie żadnych.
Szlak dobrze przygotowany przez ratraki. Idzie się przyjemnie.

"Opiekę" nade mną przejmuje Jarko i nie mogę żadnym sposobem się go "pozbyć" zza moich pleców. Zawsze to ja byłam na "zamku", a teraz ktoś mi zostaje na tyłach... dziwne to uczucie. Nie wiem czy go "wykończyłam" czy nie, ale z pomocą przyszła mu Dżagietka. Prawdą jest,że dobry organizator wycieczki nie pozwoli nikomu zostać za... jego plecami!!!
Grupa poszła swoim tempem. Tu następuje kolejna niespodzianka i zresztą bardzo miła. Do akcji "holowniczej" wkroczył Radyjko, który wrócił ze szczytu i zapakował mój niedopasowany plecak na swoje bary. Tym to sposobem szybciej znalazłam się w schronisku.

Grupa już oczekiwała na wspólne wejście na szczyt Turbacza.
To jeszcze tylko trzeba było się wrzucic do pokoju.
Numer mi podano, więc się wrzucam tam... pokój 12 osobowy czyli dla naszej grupy. O ranyyyy... ja już odzwyczajona od takich "luksusów" a tu jeszcze koedukacja! Koniec ze mną...

Nie ma czasu na myślenie, bo czekają na mnie a ja nie bardzo kontaktuję... po co? Dociera wreszcie do mnie, że przecież idziemy "szczytować" - ot durnota jedna jestem!
Wszyscy czekają a Jarko w drzwiach naszej izby ze stoickim spokojem i uśmiechem na twarzy zapytuje mnie: idziesz Basiu na szczyt?
Hmmm - przecież dopiero stamtąd zeszłam
Dostałam "napędu"

Moje odczucia z momentu wspólnego wejścia na ten szczycik, bo to przecież nie porażająca góra, były dość dziwne. Tego nie da się wyrazić słowami bo to zostaje gdzieś głęboko w duszy.

Wieczór szybko nadchodzi. Już przyzwyczaiłam się do tej "wspólnoty" - ona chyba do mnie też...

Kolacja na wspólnym stole - czytaj: dwóch ławach na środku izby.

Już poźno, a nam się jeszcze nie chce spać... nie, nie... czerwonego wina nie było! Jak w treści tej piosenki.

Część Grupy wyrusza na szlak okrężny wokół szczytu. Nie byłam, nie wiem... co tam się działo, ale dziwnie ośnieżeni wrócili... chyba lepili bałwany?
Jeszcze trafiło nam się spotkanie z inną grupą górską noclegującą za ścianą. Dwa śpiewniki na dwa śpiewniki - 11 głosów na 12 głosów (część już uśpionych), ale nas było więcej!!!

"Od Turbacza wieje wiatr, niesie nam tę wieść
że tej nocy szczyty gór pokrył biały śnieg"...

A tu...

"Już księżyc blednie na niebie
i promień słońca już błyska
pogasły "światełka" w Hawiarskiej Kolibie
do snu kładzie się cała izba"...

Jeszcze nie wszyscy zasnęli, a nasze "skowronki" wyruszają na polowanie wschodzącego słońca.

Rano... czas do domu czas...
Zbliża się rozstanie...
Wspólne śniadanko, obowiązkowe zdjęcie - ujęcie i czas na uściski.

Część Grupy wraca przez Maciejową do Rabki a część do Nowego Targu.

Mnie po drodze Nowy Targ.
"Maciejowcy" jeszcze odkryli po drodze bacówkę - harcówkę "Bene" i oczywiście kolejne plany im wpadły do głowy.
Nic to, że brodzili w śniegu po pas, bo szlak im zasypało...

Moja część grupy miło schodziła po przetartym szlaku.
W Nowym Targu pożegnaliśmy Mpie.
Jakie były jego wrażenia jako nowicjusza na szlaku z GG, to może sam kiedyś opisze.

Powrót do Krakowa dość wczesny, ale to dla "bezpieczeństwa", żeby nie trzeba było szukać noclegu w Nowym Targu...

Ekspresowe pożegnanie Radyjka, bo pechowo jakoś autobus już oczekiwał w jego kierunku.
Kolejne rozstanie z Agatką, potem ja i Dżagietka.
Kapitan tego "okrętu" opuścił "pokład" jako ostatni.
Jako pierwszy jednak zameldował się na "czacie górskim"!
I TO JEST WŁAŚNIE TO "COŚ", co zatrzymało mnie tu na dłużej.


Z tej opowieści może ktoś wyciągnąć wnioski, że jestem ostatnia "łajza szlakowa" - mnie to nie przeszkadza bo i tak do wytyczonego celu dochodzę.

Zaczęłam tym sposobem nowe życie na szlaku, pozbyłam się balastu bezpośredniej odpowiedzialności za innych i jest pięknie.
Wreszcie mogę spokojnie chłonąć urok gór a jednocześnie być blisko ludzi - ludzi realnych a nie tylko wirtualnych.



Opis autorstwa: bubamary

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com