Grupa Górska na szlaku
Główny Szlak Beskidzki
Grupa Górska na szlaku
 

Ślęża i Śnieżka - Jesiennydeszcz

No i przyszedł czas na opis, troszkę przy długi więc jak ktoś się znudzi po drodze to się nie obrażę

 

To była jak zwykle szybka decyzja, bo jak tu zrezygnować z zimowych Karkonoszy. No i znów zobaczę część GG . Wieczorny pociąg do Wrocławia, czas mija szybko, bo w miłym towarzystwie Dżag i jarko. No i myślimy co by tu jeszcze po drodze... może Ślęża.

We Wrocławiu miły wieczór u Kasi, jeszcze przyjeżdża Ylam, i krótka noc, wstajemy skoro świt (a raczej przed świtem ).

 

Za pierwszy cel obieramy wymyśloną w pociągu Ślężę. Upychamy się do Ylamowej Ibizy i w drogę. Niby to blisko, ale wąskie dróżki przez okoliczne wioski, całe w śniegu nie sprzyjają szybkiej jeździe, no i zawsze coś się musi przydarzyć, jakieś 200 m przed przełęczą zakopujemy się w śniegu, wypychanie jakoś nie wychodzi, trzeba założyć łańcuchy, nikt wcześniej takich łańcuchów nie zakładał, więc idzie dość opornie. Oczywiście damski zespół radzi sobie lepiej . Jednak tracimy cenny czas, a przyjdzie go stracić jeszcze więcej. Z przełęczy ruszamy szybko najkrótszą drogą na Ślężę. Ale nagle tracę siły, co jest, przecież to spacer prawie po prostym... idzie mi się bardzo ciężko, po prostu dolega mi wszystko co możliwe. Idę powoli, podziwiając piękny ośnieżony las, uśpiony we mgle. Może to przez to moje lekceważenie i wcześniejsze słowa, że Ślęża to nie góry. Myślę czy iść czy nie iść, ale kurcze poddać się na Ślęży, w końcu ledwie dochodzę na górę, kupuję colę, to choć trochę kofeiny. Parę zdjęć na szczycie i w dół, idzie mi się lepiej, w końcu to w dół, mam złe przeczucia co do Śnieżki, przecież to bez porównania wyższa góra, inny wysiłek. Już pogodziłam się z tym, że doczłapię się tylko do Strzechy (mam nadzieję). Ale do Karpacza jeszcze kawał drogi, ja wykorzystuję ten czas na regenerujący sen. Przez całą drogę towarzyszą nam nisko zawieszone chmury i mgły, pogoda nie najlepsza.

W Karpaczu jemy pyszny obiadek, trzeba nabrać sił. W górnym Karpaczu czeka nas najmilsza z niespodzianek, jesteśmy już ponad chmurami, świeci słońce, a nad nami błękit nieba, do tego cała okolica usłana białym puchem, dużą ilością białego puchu, jest pięknie. Przy drodze urokliwy Wang, idealnie pasuje do otaczającego go otoczenia, ośnieżonego świerkowego lasu na górskim zboczu. Kościółek uroczy, ale my musimy ruszać w dalszą drogę. Wychodzimy wyżej, las rzednie, a naszym oczom ukazują się coraz przyjemniejsze panoramki Karkonoszy. Jest niemal idealnie, ciepło, bezwietrznie, słonecznie i z dużą ilością śniegu w tle, no i ścieżka przedeptana dobrze. Gdy słońce schowało się za zbocze, gdy mrok zaczyna zwyciężać ze światłem zbliżamy się do schroniska. Ostatnie spojrzenia na zanikający w oddali Karpacz i czerwieniejące nad nim niebo i idziemy poczuć ciepło wewnątrz przyklejonego do zbocza budynku Strzechy Akademickiej.

Meldowanie, krótkie przepakowywanie i w drogę, Śnieżka czeka.

Niby noc, ale tak jasno, że nie potrzebujemy czołówek, i tak, w lekkim, ale wystarczającym świetle księżyca i gwiazd, pniemy się pomału do góry by po pewnym czasie dojść do grzbietu głównego. Nad równią króluje niepodzielnie Śnieżka, królowa Karkonoszy w lśniącej koronie z gwiazd. Takie noce to rzadkość, ciepło, jasno, dość lekki wiatr i tylko nasza piątka rozkoszująca się tą wyjątkowością. Po obu stronach widać w dole rozświetlone miasta, czy to po polskiej czy czeskiej stronie wyglądają tak samo, góry nie mają granic.

Mijamy Śląski Dom, oszroniony i uśpiony i rozpoczynamy mozolne, dobrze że krótkie podejście do celu. Drogę wyznaczają łańcuchy po jednej lub obu stronach ścieżki, całe oblepione bryłami śniegu przyjmującymi ciekawe formy stworzone przez wiatr. A wiatr zaczyna nam towarzyszyć i to coraz silniejszy, bo na tej górze chyba zawsze wieje, przynajmniej w zimie .

Idę powoli, sił nie za wiele, odczuwam jeszcze pozostałości po porannym spadku formy. Ale szczyt zdobywam co daje mi dużo radości i satysfakcji. Liczne smsy z pozdrowieniami, próby uwiecznienia momentu szczytowania z flagą, powiedzmy że udane i czas schodzić, w takim wietrze nie można za długo się nie ruszać. Schodzimy i zbiegamy (zależnie od osoby i momentu) z powrotem do równi. Tym razem dla odmiany wybieramy drogę przez Kopę, może troszkę dłuższą.

Schronisko wita nas swoim ciepłem, coś tam jemy, coś pijemy, wieczorne rozmowy, na koniec gorący prysznic i czas na znów krótki sen.

 

Z Kasią wstajemy przed 5, przy wieczornych rozmowach zrodził się pomysł podziwiania wschodu słońca na Śnieżce.

Szybkie ubieranie, pakowanie i w drogę. Nad ranem księżyca już brak, więc przyświecamy sobie drogę sztucznym światłem naszych czołówek i pomału idziemy w stronę Śnieżki, ciągle wydaje mi się że to za wcześnie, ale nie chcemy się też spóźnić. Gdy w mroku nocy dochodzimy znów do Śląskiego Domu wieje coraz mocniej, chowamy się za budynkiem, prawie przyklejamy do oszronionej ściany i ubieramy wszystko co jeszcze się da, wiatr mocno wychładza, poza tym czekamy, bo jeszcze ciemno. Gdy powoli horyzont rozjaśnia się ruszamy ku szczytowi. Jest pięknie, spektakl barw przed wschodem słońca, ośnieżona kapliczka jakże urocza, odbijające się światło jaśniejącego nieba w oknach... Wiatr jest porywisty, zrobienie zdjęcia graniczy z cudem, ręce kostnieją w momencie, nie ma się gdzie schować, ten wiatr po prostu jest wszędzie. Jest coraz jaśniej, coraz piękniej, ale też coraz później, minęła już godzina umówionego spotkania z resztą grupy na grani, a tu jak słońca nie było tak nie ma, decydujemy się na odwrót, czas i wiatr wygrywają, może troszkę żal, ale nie żałujemy niczego, w końcu było tak pięknie. Jest pięknie nadal, słońce gdzieś tam już wstało i oświetla przeciwległe stoki, śnieg wcale już nie jest biały, nabrał koloru. Ośnieżona równia, ośnieżone kotły i śniegowe fantazyjne formy, szron na tyczkach, obraz pięknej górskiej zimy pod błękitnym niebem. No i ciągle towarzyszy nam ten wiatr, jakże górski, może uciążliwy, ale przynoszący poczucie wolności (odczucie pewnie mocno subiektywne ).

Naokoło śnieżna równina, pustka, tylko szczyt Śnieżki wyrasta ponad wszystko za naszymi plecami.

 

Koło Słonecznika, jakże bardziej robiącego wrażenie o tej porze roku, skręcamy kierując się w dół do kolejnych form skalnych Pielgrzymów. Podmuchy wiatru unoszą drobinki śniegu, śnieg jest sypki i suchy, głęboki, miękko można zbiegać w dół. Pojawiają się pierwsze drzewa, ale prawie cała zieleń skrywa się pod białym płaszczem. Wydeptana ścieżka kluczy wśród skał, po czym wyprowadza na polanę, gdzie spotykamy znaną nam już z wczoraj drogę, tym razem wybieramy przeciwny kierunek, w stronę Karpacza, znów uroczy Wang, znów pyszny obiadek, znów Ylamowa Ibiza i mkniemy ku Bielsku Białej, by zrobić niespodziankę Piotrowi, ale to już inna historia....



Opis autorstwa: Jesiennego Deszcza

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com