Żółw też idzie

To był ostatni w sumie mój tatrzański dzień urlopowy, kiedy w schroniskowym pokoju wszyscy na paluszkach już się wybrali, by oczy swe czarować widokami. A ja? Takie rozleniwienie może przez chwilę lecz zaraz przed oczyma stanęły te granie, które ścielą się pod stopami jeśli tylko głowa "ponad chmury" powędruje. Zdopingowały mnie do działania, chociaż pogoda w ten dzień nie rokowała sukcesu na Orlej Perci. Poprzedni dzień podobny był i tylko rozmowa na szlaku pod Krzyżnem z pewną Panią w średnim wieku popchnęła mnie w górę, bo nie zauważyłem nawet, że deszcz przestał padać. To nagroda była. A ta Pani? Nie wiem, bo już nawet z góry jej nie widziałem. Przeszedłem wtedy do Koziego Wierchu. Pogoda była wspaniała, chmury, jakby pokaz w fotoplastykonie, co chwila, to przesłaniały widok, to odsłaniały dal przepiękną aż po horyzont a słońce muskało przyjemnie twarz.

 

 

 

Zaplanowałem sobie w ten wtorek przejście Orlej z Zawratu do Koziego Wierchu. Szedłem dość wolno na Zawrat patrząc na przewalające się chmury. Trochę fotografowałem. Słuchałem wiatru. Ciszę zmącił warkot samolotu ale ten spłoszył Kozice, które pasły się pod skałami Świnicy. Całkiem pokaźne stadko pędziło w stronę Walentkowej Przełęczy.
Załamała się jednak pogoda. Kiedy, popijając kubek herbaty, rozmawiając z przygodnie spotkanymi ludźmi stwierdziłem stanowczo

- Zawrócę, jeśli padać nie przestanie.
Czym sobie zasłużyłem nie wiem ale pogoda, jak dzień wcześniej, zaskakiwała. Plastyka chmur, kształty szczytów i grani majaczące we mgle pokazały, że i w taką pogodę warto tam choćby posiedzieć wysoko. Warto przemóc się i być uczestnikiem tego teatru, gdzie wiatr gra główną rolę a tańczące z nim chmury ujmują swą głębią. Jeszcze raz w ten dzień zawahałem się. Iść, czy nie iść, bo zamglenie pozwalało na rozglądanie się wokół na 5 metrów. Termos mam po to, by decyzję taką podjąć na spokojnie przy łyku herbaty a to z reguły pozwala na przeczekanie chwili. Chmury się rozwiały i z Małego Koziego już sobie schodziłem podziwiając Pustą Dolinkę.
Kozia Przełęcz. Blady strach w oczach niektórych turystów. Pamiętam jak szły dwie kobiety. Matka i córka jak się okazało. Dziewczyna około 20 lat. Wchodziły drabinką. Tylko, że ten strach w oczach miała mama, która pierwsza weszła. Jej córka sprytnie po szczebelkach się poruszała ale mimo to mamusia cały czas mówiła: "nie bój się córeczko, jeszcze troszkę, nie bój się..." Rozumiem to, lecz podkręcanie atmosfery troszkę mnie tu raziło.

Chodząc po górach można również trafić na wspaniale wyekwipowanych turystów, którzy niestety tamują ruch na szlaku, bo kompletnie nie są przygotowani fizycznie do pokonania trudności, które to góry stawiają.. Kiedyś też i mnie ktoś nauczył respektu dla gór.
Respektu, który jak szept wciąż w uszach wibruje - "patrz gdzie nogę stawiasz, za co łapiesz ręką a potem podziwiaj wszystko wokół, bo po to tam pojechałeś ale pojechałeś, żeby wrócić"
Taki mały apel. Przeliczajmy siły na zamiary i pamiętajmy, że żółw też chodzi i dociera do celu.

Pointa, mam nadzieję, będzie zaskoczeniem dla Jesiennegodeszczu. Właśnie opodal Koziej Przełęczy a właściwie tuż przy niej w kierunku Kozich Czub spotkałem pewną dziewczynę. Żółta peleryna przerzucona nad plecakiem, czerwone lub brązowe sztruksy. Chwila rozmowy o tym, że Towarzystwa w Góry nie szuka się na siłę. One same są dla nas towarzystwem najlepszym. Pozdrawiam Cię Jesiennydeszczu.

P.S. Przypadek zupełny. Zdjęcia w Twojej galerii przypomniały mi o tym zdarzeniu.

Slaaweck

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com