• Tatry
  • Dolomity
  • Korona Gór Polskich
  • Grupa Górska
  • Główny Szlak Beskidzki

e-tatry.com

Szczeliniec Wielki - @nia

W drodze powrotnej padła propozycja, żebym, jako osoba, która po raz pierwszy wyjechała z GG, również napisała swoje wspomnienia. Kasia dodała, że ma być szczerze, więc... bardzo proszę:



Przygotowując się do wyjazdu próbuję nie wyobrażać sobie, jak będzie, z kim przyjdzie mi spędzić weekend. Cieszę się, że poznam wspaniałych (tak do tej pory wszyscy uważali) ludzi i pobędę trochę w górach. Pytam na priw-ie Fokę, czy mogłabym zabrać się z nim z Łodzi, bardzo długo się zastanawia. Muszę wypełnić ankietę z ogromną ilością bzdurnych pytań typu: "czy pijesz piwo podczas jazdy samochode" albo: "ile średnio razy na 100 km korzystasz w drodze z toalety". Cóż mam robić, wypełniam pokornie i wysyłam. W końcu zgadza się i nakazuje stawić w Łodzi o 17.28. Jestem punktualnie, ale czeka na mnie... nie, nie Foka, tylko pokaźny tłumek dworcowych kloszardów. Myślę sobie: "poczekam chwilę" może się zjawi. Oglądam sobie gazety na wystawach kiosków, a koło mnie plącze się jakiś młody człowiek i jak ja w prawo, to on też, jak ja w lewo - on za mną. Zaczynam się naprawdę bać, bo myślę że to jakiś kieszonkowiec. I wtedy dzwoni Jakub. Idę w kierunku przez niego wskazanym a "kieszonkowiec" za mną. Okazuje się, że to nikt inny, tylko Sławek. Hmmm mógł mnie po prostu zapytać, czy ja to ja, a nie się tak czaić... Bo ja nie wiedziałam, że on ma tez czekać na dworcu. W końcu wyjeżdżamy. Nie będę się rozwlekać, jak bardzo dłużyła mi się ta podróż, okropna muzyka, przy której nie dało się normalnie rozmawiać, ale może to i lepiej, bo I tak nie byłoby o czym. We Wrocławiu zabieramy Kasię i Jesiennego Deszcza. "Mają bardzo miłe twarze" - myślę z nadzieją, ale jakże jest ona płonna.


Na miejsce dojeżdżamy jakoś chyba ok 1-szej w nocy. Wtedy też poznaję Bad Sida - pomijając fakt, że nie ufam ludziom, którzy w japonkach biegają po śniegu, cała "reszta" wydaje się być w porządku. Jak tylko przekraczamy próg domku, Kasia bierze JD za rękę, pędzą na górę i zamykają się w pokoju. Pukam i nieśmiało pytam czy mogę spać z nimi. Bez przekonania kiwają głowami. Potem wychodzą... gdzieś. Wracając spod prysznica słyszę jakiś hałas w drugim pokoju, tym, który zajęli panowie .Wchodzę a tam... "tańce, hulanki, swawole". Cichutko idę spać "mamusiu zabierz mnie stąd" - myślę przed zaśnięciem. Śni mi się, że Foka ze Sławkiem mnie duszą...


Rano budzi mnie... ryk. Przyjechali: Bubamara, Jarko i Zbyszek. Krótkie przywitanie i krzyk Jarka: "no leniuchy, a gdzie kawa i śniadanie dla nas??? Raz, raz, raz wychodzimy, bo nie ma czasu". Idziemy a raczej biegniemy na szlak... Cóż to jest za koszmar. Jarko, który podobno zawsze idzie ostatni wbiega na górę kilkanaście metrów przed nami. Reszta też biegiem pędzi podziwiać widoki, a ja na końcu... zziajana, zdyszana. Wchodzę na szczyt, CO ZA WIDOKI!!!!!!!!Od razu mi lepiej ;) Bad nalewa herbatkę z termosu. "Marze o herbatce" myślę. "Mogę odrobinkę?" pytam nieśmiało. Bez odpowiedzi. Wypija, zakręca termos i jakby nigdy nic mówi cos do Bubamary. Potem JD wyjmuje czekoladę. Jak myślicie? Podzieliła się????????? A ja tak uwielbiam czekoladę!!!!! Szybka fotka i idziemy dalej. Najpierw miały być "błędne" ale "szef" patrzy na mnie i mówi z politowaniem: "@nia nie da rady, obejrzymy Fort Karola i wracamy". Na nic zdają się być moje sprzeciwy, że nic mi nie jest, że mam jeszcze dużo siły. Forty są, owszem ciekawe, tylko, jak na forty przystało, gdzieś się "ukryły". JD dzielnie rusza w ich poszukiwaniu no to ja za nią, "Ania, poczekaj", krzyczę. "Szkoda czasu, zbyt się wleczesz" słyszę. W końcu znajdujemy. Teraz Foka wyjmuje termosik, tylko przełykam ślinkę, już nawet nie proszę o łyka. "Kurdę, dlaczego nie wzięłam termosu"


W końcu wracamy, szybki obiad w lokalnej knajpce i do "domku", pożeganie ze Zbyszkiem, jedynym "normalnym" uczestnikiem wycieczki. Prysznic dla zebrania sił, dobrze że chociaż jest gorąca woda - moje łzy płyną strumieniem tak silnym jak strumień wody ze "słuchawki". Z ciężkim sercem idę na górę. A wszyscy już schodzą na dół, do sali kominkowej. Nie wiem, czy iść, czy raczej zostać... "One kozie death" myślę.


Idę. Bubamara z wypiekami na twarzy rozmawia z jakimś turystą odradzając mu wstąpienie na forum. Mówi, że to grupa "elitarna", tylko dla orłów, że trzeba naprawdę zasłużyć, żeby móc zostać zaakceptowanym. Jarko z niemniejszym zapałem zachwala wszystko, co krakowskie (potem się jednak okazało, że "piątki warszawskie" są lepsze od krakowskich). Pojawił się jeszcze jeden uczestnik - Ylam. Ponieważ jakoś tak wyszło, że nie było dla niego wolnego łóżka, całą noc błąkał się po domu i smęcił... A rano zrobił nam pobudkę I zarządził ponowne zdobywanie Szczelińca (no bo on przecież nie mógł przyjechać wcześniej). Cóż było robić...


Po śniadaniu pojechaliśmy do Kłodzka zwiedzać Twierdzę. Ktoś wpadł na pomysł, że można by się pobawić w chowanego w tych murach... jak pomyśleli, tak zrobili...
Co to był za horror. Brudna, podrapana i posiniaczona wyczołgałam się w końcu z labiryntu grubych murów. Czekałam, aż Foka w końcu powie magiczne słowo "czas na nas" i jak już się doczekałam, to byłam tak bardzo szczęśliwa, że miałam ochotę go uściskać, ale Wtedy Jarko zadecydował, że jeszcze musimy zrobić fotę na mostku. Jakąś godzinę zajęło nam znalezienie tegoż i ustawienie się w odpowiedniej "pozie". W końcu nadeszła tak długo wyczekiwana przeze mnie chwila. Oschły uścisk rąk. Zapytałam cos o Śnieżnik, ale usłyszałam tylko, że raczej chyba nie powinnam jechać, bo I tak nie będzie nikogo z wawy więc po co mam się telepać do nich. No I to chyba lepiej. W sumie I tak nie miałam już chyba ochoty na spotkanie...


Mam nadzieję, że nie uraziłam, nikogo tym, co napisałam, ani nikt nie zniechęcił się do wędrowania z GG, jeśli tak się stało to serdecznie przepraszam i gorąco zapewniam, że było dokładnie ODWROTNIE. Poznałam przemiłych ludzi, przez cały czas czułam się swobodnie i bezpiecznie. Nie mam talentu do pisania "serio", bardzo lubię czytać wspomnienia JD, stąd pomysł nieco "odmiennego" przekazania wrażeń - coś na kształt kontrastu. Poznałam Was na tyle, że mogę śmiało "podejrzewać" o poczucie humoru i oczywiście nie pomyliłam się Jesli ktoś, czytając tego posta, się uśmiechnął, jest mi tym bardziej miło, bo ja uśmiecham się wciąż na wspomnienie tego weekendu. Pozdrawiam.




Opis autorstwa: @ni

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com
 

Turbacz - bubamara

Na tej wyprawie nie było zaliczania kilometrów szlaków, ale i taki był jej cel
"być z Grupą w górach i mieć czas dla Grupy".

Będzie to troszkę inny styl wspomnień jak u moich poprzedniczek a to z kilku powodów...
a) Nowicjuszka na szlaku z Grupą Górską e-tatry.
b)...x
c)...xx

Turbacz... kolejny szczyt z Korony Gór Polskich. Nigdy nie byłam tam zimą, więc ogromna ciekawość, jak to tam wygląda.

Rozmowy z Grupą Górską tylko w sieci, zaczęły mi nie wystarczać... silniejsza była chęć poznania ich na szlaku ale i ogromny stres wyłaniający się z myśli... czy mnie zaakceptują, czy dorównam im w tempie wyjścia bo jednak różnica w sile... czy... czy... dziesiątki pytań kłębiły się w głowie.

Moje życie jednak zaczyna tracić sens, kiedy się zatrzymuję w miejscu, no to i bez sensu - zaczynam więc "przygotowania" w momencie ogłoszenia terminu i miejsca.

Im bliżej - tym gorzej... ale nie poddaję się swoim głupim myślom.

Ta wyprawa zaplanowana była z dojściem "na raty", a miejsce spotkania całej Grupy - piątek wieczorem w schronisku na Starych Wierchach.

Zaczynam rozpytywać, kto planuje wyjazd w piątek rano... cisza, cisza, cisza...
Trudno - idę sama, przecież nie pierwszy raz, to dlaczego nie? Dojdę. W nocy nie lubię chodzić a i dnia mi szkoda.
Sytuacja się rozwiązuje... Radyjko może być w Krakowie rano, więc uzgadniamy godzinę wyjazdu. Plan jednak troszkę zmieniony.
Mamy dotrzeć do Antenki, gdzie już oczekuje na nas Mantek. W Skomielnej odebrani jesteśmy przez "gospodarzy".
Pierwsze moje spotkanie z Mantkiem, bo Antenkę już znam.

Oczekujemy teraz na przyjazd Bada, Jesiennego Deszczu i Kasi. Czas oczekiwania szybko biegnie. Wypełniony jest wspomnieniami Radyjka z wyprawy w Alpy, oglądaniem zdjęć i rozmowami... rozmowami...
Około 14.00 dojeżdżają. Powitania, uściski.
Moje "stresy" wzrastają - przecież nie znam ich... Oczywiście mylę JD z Kasią i długo to "mylenie" mnie trzyma. Bad jakiś "inny" jak na fotce...

Tu następuje pierwsze zaskoczenie dla mnie, ale jakże sympatyczne! Otrzymuję od Grupy najnowsze, uzupełnione wydanie naszego "Śpiewnika Grupowego" - edycja II.
Czekamy jeszcze na świeży chlebuś od mamy Antenki, bo do smalcu taki właśnie ma być!!

Około 15.00 wyruszamy na przystanek PKS-u.
Stanie czy nie stanie??? Oczywiście autobus, na machanie ręką, bo przystanek ten to klasa B.
Stanął, więc wcisnęliśmy się z tobołami. Nie szkodzi, że bilety trzeba było kupić do Nowego Targu - ważne, że nam "stanie" na Rdzawce II, bo to jakby nie "po drodze" było.

Jest już około 17.00 to i ciemno się robi... wokoło.
W moje myśli znowu zakrada się ten "zły" ...jak ja pójdę po ciemku?? Latarki nie mam...idę wolno... będę "hamulcem"...
Ale nic to - niech się dzieje co się chce.

Wokół jest cudnie - bielutki śnieg, księżyc zaczyna wypływać na niebo, jest w miarę ciepło i ten rządek złożony z 7 osób całkiem sobie obcych a tak bardzo sobie bliskich tu na szlaku.

Oczywiście opóźniam im marsz i wcale z tym dobrze się nie czuję - tzw. wyrzuty sumienia mam...
Kroku mi dotrzymuje Radyjko, chociaż wyczuwam, że denerwuje go to, bo nic "nie nadaje" ale trudno...
Nie myślcie, że reszta Grupy nas zostawiła. Co jakiś czas oczekiwali na nas chyba "symulując chęć odpoczynku", i to jest jeden z jakże ważnych elementów wędrówki w grupie - nie dać odczuć maruderowi,że marudzi...
Antenka wypożyczyła mi swoją czołówkę i był to kolejny zaskakujący moment.
Kiedy Radyjko mnie doholowal do bazy, Grupa już się rozlokowała.
To nie ja byłam tak powolna, ale ONI tacy szybcy.

Gdybym tu nie napisała, że usiedliśmy teraz przy piwie, to bym skłamała.
Pijemy piwko i testujemy nasz "Śpiewnik". Jakby kto pytał - kto nie śpiewał? - to takiego nie było! Wszystkie... no prawie wszystkie piosenki przećwiczone. Gitary brak... nie szkodzi... i ta kiedyś będzie...
Śpiewająco oczekujemy na Jarka (trojga imion czyli jeszcze Admina i Szefa) oraz Agatkę i Dżagietkę.
Docierają późno wieczorem i kolejne dla mnie zaskoczenie a zarazem największe na tej wyprawie. Wraz z nimi "wchodzi" tort urodzinowy od Grupy Górskiej. "Rzuca" mnie to na kolana... i naprawdę NIC NIE PAMIĘTAM co działo się dalej. Były życzenia, krojenie torta i amnezja... totalna amnezja. Wiem, że zostawiłam kawałki dla tych co mieli dojść rano w sobotę. Czy wy wiecie, że z wrażenia nie zjadłam mojego kawałka??? Zorientowałam się dopiero rano. Myślę, że oglądając zdjęcia powróci mi "pamięć".

Do późnej nocy były rozmowy, śpiew. Schronisko na Starych Wierchach ma "klimat" i miłych gospodarzy.

Sobota rano - oczekiwanie na kolejną pod-grupkę.
Miało być dwie osoby - jest jedna, ale jakże ważna jest ta jedna osoba! Chciała przejść szlak razem z nami i nieważne było, że z dość daleka.
Był to również "nowicjusz" jak i ja - Mpie z Nowego Sącza,
Pakowanie, wspólna fotografia i w trasę na Turbacz.

Pogoda nie najpiękniejsza, panoramek prawie żadnych.
Szlak dobrze przygotowany przez ratraki. Idzie się przyjemnie.

"Opiekę" nade mną przejmuje Jarko i nie mogę żadnym sposobem się go "pozbyć" zza moich pleców. Zawsze to ja byłam na "zamku", a teraz ktoś mi zostaje na tyłach... dziwne to uczucie. Nie wiem czy go "wykończyłam" czy nie, ale z pomocą przyszła mu Dżagietka. Prawdą jest,że dobry organizator wycieczki nie pozwoli nikomu zostać za... jego plecami!!!
Grupa poszła swoim tempem. Tu następuje kolejna niespodzianka i zresztą bardzo miła. Do akcji "holowniczej" wkroczył Radyjko, który wrócił ze szczytu i zapakował mój niedopasowany plecak na swoje bary. Tym to sposobem szybciej znalazłam się w schronisku.

Grupa już oczekiwała na wspólne wejście na szczyt Turbacza.
To jeszcze tylko trzeba było się wrzucic do pokoju.
Numer mi podano, więc się wrzucam tam... pokój 12 osobowy czyli dla naszej grupy. O ranyyyy... ja już odzwyczajona od takich "luksusów" a tu jeszcze koedukacja! Koniec ze mną...

Nie ma czasu na myślenie, bo czekają na mnie a ja nie bardzo kontaktuję... po co? Dociera wreszcie do mnie, że przecież idziemy "szczytować" - ot durnota jedna jestem!
Wszyscy czekają a Jarko w drzwiach naszej izby ze stoickim spokojem i uśmiechem na twarzy zapytuje mnie: idziesz Basiu na szczyt?
Hmmm - przecież dopiero stamtąd zeszłam
Dostałam "napędu"

Moje odczucia z momentu wspólnego wejścia na ten szczycik, bo to przecież nie porażająca góra, były dość dziwne. Tego nie da się wyrazić słowami bo to zostaje gdzieś głęboko w duszy.

Wieczór szybko nadchodzi. Już przyzwyczaiłam się do tej "wspólnoty" - ona chyba do mnie też...

Kolacja na wspólnym stole - czytaj: dwóch ławach na środku izby.

Już poźno, a nam się jeszcze nie chce spać... nie, nie... czerwonego wina nie było! Jak w treści tej piosenki.

Część Grupy wyrusza na szlak okrężny wokół szczytu. Nie byłam, nie wiem... co tam się działo, ale dziwnie ośnieżeni wrócili... chyba lepili bałwany?
Jeszcze trafiło nam się spotkanie z inną grupą górską noclegującą za ścianą. Dwa śpiewniki na dwa śpiewniki - 11 głosów na 12 głosów (część już uśpionych), ale nas było więcej!!!

"Od Turbacza wieje wiatr, niesie nam tę wieść
że tej nocy szczyty gór pokrył biały śnieg"...

A tu...

"Już księżyc blednie na niebie
i promień słońca już błyska
pogasły "światełka" w Hawiarskiej Kolibie
do snu kładzie się cała izba"...

Jeszcze nie wszyscy zasnęli, a nasze "skowronki" wyruszają na polowanie wschodzącego słońca.

Rano... czas do domu czas...
Zbliża się rozstanie...
Wspólne śniadanko, obowiązkowe zdjęcie - ujęcie i czas na uściski.

Część Grupy wraca przez Maciejową do Rabki a część do Nowego Targu.

Mnie po drodze Nowy Targ.
"Maciejowcy" jeszcze odkryli po drodze bacówkę - harcówkę "Bene" i oczywiście kolejne plany im wpadły do głowy.
Nic to, że brodzili w śniegu po pas, bo szlak im zasypało...

Moja część grupy miło schodziła po przetartym szlaku.
W Nowym Targu pożegnaliśmy Mpie.
Jakie były jego wrażenia jako nowicjusza na szlaku z GG, to może sam kiedyś opisze.

Powrót do Krakowa dość wczesny, ale to dla "bezpieczeństwa", żeby nie trzeba było szukać noclegu w Nowym Targu...

Ekspresowe pożegnanie Radyjka, bo pechowo jakoś autobus już oczekiwał w jego kierunku.
Kolejne rozstanie z Agatką, potem ja i Dżagietka.
Kapitan tego "okrętu" opuścił "pokład" jako ostatni.
Jako pierwszy jednak zameldował się na "czacie górskim"!
I TO JEST WŁAŚNIE TO "COŚ", co zatrzymało mnie tu na dłużej.


Z tej opowieści może ktoś wyciągnąć wnioski, że jestem ostatnia "łajza szlakowa" - mnie to nie przeszkadza bo i tak do wytyczonego celu dochodzę.

Zaczęłam tym sposobem nowe życie na szlaku, pozbyłam się balastu bezpośredniej odpowiedzialności za innych i jest pięknie.
Wreszcie mogę spokojnie chłonąć urok gór a jednocześnie być blisko ludzi - ludzi realnych a nie tylko wirtualnych.



Opis autorstwa: bubamary

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com
 

Wysoka Kopa - antenka

MOJE WSPOMNIENIA Z GÓR IZERSKICH......

Jeszcze nie opadły emocje po wyjeździe na Śnieżkę, a tu już kolejny wyjazd.... w Góry Izerskie! Skład grupy był skromny, ale mocny: Kasia, ja - Antenka i Bad. Spotkanie grupy przypadło na Wrocław. Kasia odebrała nas z dworca, a ponieważ była jeszcze wczesna pora, postanowiliśmy jeszcze pozwiedzać Wrocław nocą. Warzone piwo w knajpce "Spiż" było wyśmienite! Rozmowom nie było końca, mieliśmy sobie tyle do powiedzenia, jakbyśmy się znali lata i nie widzieli kilka miesięcy.....


Wcześnie rano wyruszyliśmy z Wrocławia do Jeleniej Góry, a stamtąd do Szklarskiej Poręby. Jadąc, podziwialiśmy wschód słońca nad górami i troszkę podśmiewaliśmy się, że mantkowa pogoda (na nasze szczęście) chyba nie sprawdzi się. Niestety, nasza radość była przedwczesna... Im bliżej byliśmy Szklarskiej Poręby, tym bardziej padało. Śnieg padał mokry i gęsty, ograniczając widoczność do kilku metrów. I w tym momencie pogoda po raz pierwszy zweryfikowała nasze plany: zrezygnowaliśmy ze zdobycia Wysokiej Kopy od strony Szklarskiej Poręby. W południe wsiedliśmy w autobus, który miał nas zawieźć do Świeradowia Zdroju. Mieliśmy niedosyt gór i już po drodze planowalismy wyskok ze schroniska na Smreka. Niestety, autobus ze względu na ciężkie warunki atmosferyczne jechał do Świeradowia ponad dwie godziny!!!! Gdy już dotarliśmy do miasta, to już był wieczór. Zjedliśmy późny obiadek, żeby nabrać sił i ruszyliśmy na szlak w kierunku schroniska. Zapadał zmrok, a przyroda wokół nas roztaczała cudownie tajemnicze widoki. Śnieg przestał padać, zrobiło się ciepło i przyjemnie cicho. Szlak wyznaczały ślady kół samochodu, który zmierzał w kierunku schroniska, drzewa były tak oszronione, że nie widać było na nich oznakowania. W miarę jak wznosiliśmy się wyżej, zaczął sypać śnieg i wzmagać się wiatr, który powodował zamiecie i zawieje. Ślady kół też w pewnym momencie zniknęły. W tej sytuacji musieliśmy się zdać na własną intuicję... Zmęczeni i spragnieni w końcu ujrzeliśmy światełka w oddali. Poczuliśmy ogromna ulgę, że już jesteśmy na miejscu. Dojście do schroniska zajęło nam ponad trzy godziny, ale nic to, już jesteśmy!!!! Oczom naszym ukazało się schronisko, całe otulone śniegiem. Oprócz świateł na zewnątrz, nigdzie się nie świeciło... Drzwi zamknięte i żywej duszy!!! Hm, trochę nas to zaniepokoiło, ba, powiem więcej, zagotowało w nas... No cóż - pomyśleliśmy - trzeba się napić herbaty, zjeść coś i schodzić na dół... Ale Bad, roztropny chłop wymacał na ścianie dzwonek (nie zauważyliśmy go wcześniej, gdyż był zupełnie zasypany śniegiem). Udało się!!! Humory od razu nam się poprawiły. W schronisku było tylko trzech turystów - czyli my. Wzmocniliśmy się troszkę balsamem i oczywiście powtórka długich dyskusji, rozmów i śmiechu. Rano wstaliśmy bardzo wcześnie. Postanowiliśmy zdobyć Wysoką Kopę z drugiej strony. Wyszliśmy ze schroniska i oczom naszym ukazał się widok, który nie sposób przelać na papier... pozostanie na długo w mojej pamięci. Ech, przyrodo, ależ nam się wystroiłaś! Niebo błękitne, najcudowniejszym kolorem błękitu, śnieg mieniący się milionem kolorów, wszystkie drzewa wystrojone w białe stroje i siarczysty mróz, który szczypał nas w policzki.



Aż chciałoby się zaśpiewać:
"Kocham Cię, Zimo, zimowa prostoto myślenia,
Piękna i naga jak prawda jest rzeźba terenu.
Żadnych rozstajów dróg, krętych wątpliwości,
Skośną płaszczyzną dobrnę do Ciebie najprościej.

Cicho zapadam w międzypienne przestrzenie,
W śniegi dziewicze ucieczka, lot zapomnienia.
Z falą wdzięczności frunę na białe morze,
Na fale dolin ze zmierzchem się położę.

Proste dziś są me bezdroża i drogi krzywe,
W szlak oczywisty wiodą nad czasu igliwiem.
Z pozapętlanej logiki jeszcze się wywikłam,
Nim znów utonie w zdarzeniach ścieżka niezwykła."

Wyruszyliśmy na szlak. Inaczej, zaczęliśmy zmagania ze śniegiem. Żadnych tyczek, żadnego oznakowania, które ułatwiłoby nam wędrówkę. Ale nie dawaliśmy za wygraną i brnęliśmy w śniegu raz po kolana, raz po pas, najgorzej miał Bad, on się prawie bez przerwy zapadał. Czasem po prostu szliśmy na kolanach, tak było łatwiej... Po trzech godzinach morderczej wędrówki, podjęliśmy decyzje o odwrocie. Mgła zaczęła podnosić się z doliny i stwierdziliśmy, że wędrówka w takiej sytuacji może stać się niebezpieczna i do Szklarskiej Poręby doszlibyśmy późną nocą. Nie była to łatwa dla nas decyzja, ale nawet do takich gór należy podejść z pokorą... Na pocieszenie wypiliśmy po grzańcu w schronisku i z piosenką na ustach ruszyliśmy do Świeradowia. Kasia zajęła się fotografowaniem cudnych krajobrazów, a ja z Badem zrobiliśmy powtórkę z piosenek ze śpiewnika GG. Jeszcze kilka chwil w Świeradowie, kilka w Jeleniej Górze i powoli kończyła się nasza przygoda z górami... Pomimo, że grupa była nieliczna, wyjazd był cudowny!!! Pozwolił nam się bardziej poznać. Kasiu, Bad dziękuję za wspaniałe chwile, jakie razem spędziliśmy.



Opis autorstwa: Antenki

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com
 

Ślęża i Śnieżka - Jesiennydeszcz

No i przyszedł czas na opis, troszkę przy długi więc jak ktoś się znudzi po drodze to się nie obrażę

 

To była jak zwykle szybka decyzja, bo jak tu zrezygnować z zimowych Karkonoszy. No i znów zobaczę część GG . Wieczorny pociąg do Wrocławia, czas mija szybko, bo w miłym towarzystwie Dżag i jarko. No i myślimy co by tu jeszcze po drodze... może Ślęża.

We Wrocławiu miły wieczór u Kasi, jeszcze przyjeżdża Ylam, i krótka noc, wstajemy skoro świt (a raczej przed świtem ).

 

Za pierwszy cel obieramy wymyśloną w pociągu Ślężę. Upychamy się do Ylamowej Ibizy i w drogę. Niby to blisko, ale wąskie dróżki przez okoliczne wioski, całe w śniegu nie sprzyjają szybkiej jeździe, no i zawsze coś się musi przydarzyć, jakieś 200 m przed przełęczą zakopujemy się w śniegu, wypychanie jakoś nie wychodzi, trzeba założyć łańcuchy, nikt wcześniej takich łańcuchów nie zakładał, więc idzie dość opornie. Oczywiście damski zespół radzi sobie lepiej . Jednak tracimy cenny czas, a przyjdzie go stracić jeszcze więcej. Z przełęczy ruszamy szybko najkrótszą drogą na Ślężę. Ale nagle tracę siły, co jest, przecież to spacer prawie po prostym... idzie mi się bardzo ciężko, po prostu dolega mi wszystko co możliwe. Idę powoli, podziwiając piękny ośnieżony las, uśpiony we mgle. Może to przez to moje lekceważenie i wcześniejsze słowa, że Ślęża to nie góry. Myślę czy iść czy nie iść, ale kurcze poddać się na Ślęży, w końcu ledwie dochodzę na górę, kupuję colę, to choć trochę kofeiny. Parę zdjęć na szczycie i w dół, idzie mi się lepiej, w końcu to w dół, mam złe przeczucia co do Śnieżki, przecież to bez porównania wyższa góra, inny wysiłek. Już pogodziłam się z tym, że doczłapię się tylko do Strzechy (mam nadzieję). Ale do Karpacza jeszcze kawał drogi, ja wykorzystuję ten czas na regenerujący sen. Przez całą drogę towarzyszą nam nisko zawieszone chmury i mgły, pogoda nie najlepsza.

W Karpaczu jemy pyszny obiadek, trzeba nabrać sił. W górnym Karpaczu czeka nas najmilsza z niespodzianek, jesteśmy już ponad chmurami, świeci słońce, a nad nami błękit nieba, do tego cała okolica usłana białym puchem, dużą ilością białego puchu, jest pięknie. Przy drodze urokliwy Wang, idealnie pasuje do otaczającego go otoczenia, ośnieżonego świerkowego lasu na górskim zboczu. Kościółek uroczy, ale my musimy ruszać w dalszą drogę. Wychodzimy wyżej, las rzednie, a naszym oczom ukazują się coraz przyjemniejsze panoramki Karkonoszy. Jest niemal idealnie, ciepło, bezwietrznie, słonecznie i z dużą ilością śniegu w tle, no i ścieżka przedeptana dobrze. Gdy słońce schowało się za zbocze, gdy mrok zaczyna zwyciężać ze światłem zbliżamy się do schroniska. Ostatnie spojrzenia na zanikający w oddali Karpacz i czerwieniejące nad nim niebo i idziemy poczuć ciepło wewnątrz przyklejonego do zbocza budynku Strzechy Akademickiej.

Meldowanie, krótkie przepakowywanie i w drogę, Śnieżka czeka.

Niby noc, ale tak jasno, że nie potrzebujemy czołówek, i tak, w lekkim, ale wystarczającym świetle księżyca i gwiazd, pniemy się pomału do góry by po pewnym czasie dojść do grzbietu głównego. Nad równią króluje niepodzielnie Śnieżka, królowa Karkonoszy w lśniącej koronie z gwiazd. Takie noce to rzadkość, ciepło, jasno, dość lekki wiatr i tylko nasza piątka rozkoszująca się tą wyjątkowością. Po obu stronach widać w dole rozświetlone miasta, czy to po polskiej czy czeskiej stronie wyglądają tak samo, góry nie mają granic.

Mijamy Śląski Dom, oszroniony i uśpiony i rozpoczynamy mozolne, dobrze że krótkie podejście do celu. Drogę wyznaczają łańcuchy po jednej lub obu stronach ścieżki, całe oblepione bryłami śniegu przyjmującymi ciekawe formy stworzone przez wiatr. A wiatr zaczyna nam towarzyszyć i to coraz silniejszy, bo na tej górze chyba zawsze wieje, przynajmniej w zimie .

Idę powoli, sił nie za wiele, odczuwam jeszcze pozostałości po porannym spadku formy. Ale szczyt zdobywam co daje mi dużo radości i satysfakcji. Liczne smsy z pozdrowieniami, próby uwiecznienia momentu szczytowania z flagą, powiedzmy że udane i czas schodzić, w takim wietrze nie można za długo się nie ruszać. Schodzimy i zbiegamy (zależnie od osoby i momentu) z powrotem do równi. Tym razem dla odmiany wybieramy drogę przez Kopę, może troszkę dłuższą.

Schronisko wita nas swoim ciepłem, coś tam jemy, coś pijemy, wieczorne rozmowy, na koniec gorący prysznic i czas na znów krótki sen.

 

Z Kasią wstajemy przed 5, przy wieczornych rozmowach zrodził się pomysł podziwiania wschodu słońca na Śnieżce.

Szybkie ubieranie, pakowanie i w drogę. Nad ranem księżyca już brak, więc przyświecamy sobie drogę sztucznym światłem naszych czołówek i pomału idziemy w stronę Śnieżki, ciągle wydaje mi się że to za wcześnie, ale nie chcemy się też spóźnić. Gdy w mroku nocy dochodzimy znów do Śląskiego Domu wieje coraz mocniej, chowamy się za budynkiem, prawie przyklejamy do oszronionej ściany i ubieramy wszystko co jeszcze się da, wiatr mocno wychładza, poza tym czekamy, bo jeszcze ciemno. Gdy powoli horyzont rozjaśnia się ruszamy ku szczytowi. Jest pięknie, spektakl barw przed wschodem słońca, ośnieżona kapliczka jakże urocza, odbijające się światło jaśniejącego nieba w oknach... Wiatr jest porywisty, zrobienie zdjęcia graniczy z cudem, ręce kostnieją w momencie, nie ma się gdzie schować, ten wiatr po prostu jest wszędzie. Jest coraz jaśniej, coraz piękniej, ale też coraz później, minęła już godzina umówionego spotkania z resztą grupy na grani, a tu jak słońca nie było tak nie ma, decydujemy się na odwrót, czas i wiatr wygrywają, może troszkę żal, ale nie żałujemy niczego, w końcu było tak pięknie. Jest pięknie nadal, słońce gdzieś tam już wstało i oświetla przeciwległe stoki, śnieg wcale już nie jest biały, nabrał koloru. Ośnieżona równia, ośnieżone kotły i śniegowe fantazyjne formy, szron na tyczkach, obraz pięknej górskiej zimy pod błękitnym niebem. No i ciągle towarzyszy nam ten wiatr, jakże górski, może uciążliwy, ale przynoszący poczucie wolności (odczucie pewnie mocno subiektywne ).

Naokoło śnieżna równina, pustka, tylko szczyt Śnieżki wyrasta ponad wszystko za naszymi plecami.

 

Koło Słonecznika, jakże bardziej robiącego wrażenie o tej porze roku, skręcamy kierując się w dół do kolejnych form skalnych Pielgrzymów. Podmuchy wiatru unoszą drobinki śniegu, śnieg jest sypki i suchy, głęboki, miękko można zbiegać w dół. Pojawiają się pierwsze drzewa, ale prawie cała zieleń skrywa się pod białym płaszczem. Wydeptana ścieżka kluczy wśród skał, po czym wyprowadza na polanę, gdzie spotykamy znaną nam już z wczoraj drogę, tym razem wybieramy przeciwny kierunek, w stronę Karpacza, znów uroczy Wang, znów pyszny obiadek, znów Ylamowa Ibiza i mkniemy ku Bielsku Białej, by zrobić niespodziankę Piotrowi, ale to już inna historia....



Opis autorstwa: Jesiennego Deszcza

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com
 

Łomnicki Staw - Łomnickie Ramię

TATRY WYSOKIE


ŁOMNICKI STAW – ŁOMNICKIE RAMIĘ


28.08.2007


Dzisiaj tworzymy 2 grupy bo dojeżdżają „Krakusy”.
„Gdańsk” idzie do Zielonego Stawu Kieżmarskiego a reszta jedzie na Łomnicki Staw.
Nie można młodzieży tak od razu „zachodzić”, żeby się nie zniechęcili a zachęcili do wędrówek .
No to wsiadamy…





Jest TO, czego się najbardziej obawiałam…MGŁA, a miało być tak pięknie ;)




Czekamy…w chwilach przebłysków na niebie staramy się coś zobaczyć.
Szczyt Łomnicy jak zaklęty, nie pozwoli na siebie spojrzeć. No to spaprany dzień.





Coś jednak trzeba zrobić…Wsiadamy na kolejkę krzesełkową i wydostajemy się na Łomnickie Ramię.

(bilety należy kupić w kasie przy kolejce gondolowej !!! Dawniej można było to załatwić przy krzesełkach. )

I to było dobre posunięcie bo na górze zupełnie inaczej przedstawiała się sprawa mgieł i była nadzieja…






Szerokim chodnikiem oznakowanym na zielono idziemy granią do punktu kulminacyjnego czyli Łomnickiej Strażnicy.
Stąd piękny widok na Dolinę Zimnej Wody.





Oczekujemy teraz czy wyjdzie…oczywiście szczyt Łomnicy…
Bardzo szybko przewalają się mgły i jest…
W dole też robi się „dziura”…





Po „upojnych chwilach” możemy już zjeżdżać. Na dole też się robi dość przyzwoicie.
Zaglądamy do Skalnatej Chaty i dalej magistralką w kierunku Hrebienioka.
W Zamkowskiego chacie muchy dalej urzędują.
Próbujemy zrobić fotkę psu – ratownikowi ale niechętny jest do pozowania.





Obok Obrovskiego Wodospadu schodzimy pod Rainerową Chatę a dalej do Wodospadów Zimnej Wody ( Studenovodske vodopady ).
Rozciągają się one na długości 1.5 km.
Wychodzimy pod Bilikową Chatą .





Barbara Górecka

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com
 

Objęliśmy patronatem:

 



Grupa Górska