• Tatry
  • Dolomity
  • Korona Gór Polskich
  • Grupa Górska
  • Główny Szlak Beskidzki

e-tatry.com

Biskupia Kopa - Emil

Mój pierwszy raz z GG.

Jako najmłodszy uczestnik tej wycieczki napiszę, jak umiem, wrażenia z wyprawy, a co nie będę umiał, to... zawsze znajdzie się ktoś dobry, kto pomoże w trudnych chwilach.

Dla mnie wycieczka zaczęła się już w piątek koło południa, kiedy to okrężną drogą (przez Kraków) wyruszyłem ze Smykiem w te inne góry. Aż do sobotniego rana wszystko było takie jakieś zwyczajne, choć na brak atrakcji narzekać nie mogłem. W sobotę, po wczesnej, jak dla mnie pobudce, połączyliśmy się najpierw z Sabiną, a chwilę później z Jarkiem i Michałem. Jarko przystał na to, żeby być moim wujem, Michał - nie, ale i tak nie uchroniło go to przed niczym.

W samo południe powitał nas w Pokrzywnej radosny uśmiech na twarzy Kasi... jeszcze rozejrzeliśmy się trochę za Martą, której jednak nie było - i na szlak. W tych górach mało jest szlaków, które nie wiodą wśród lasu - taka ich uroda. Szlak był czerwony, drzewa zielone, po białym śniegu szliśmy raźno, wszyscy - ja też. Dostąpiłem zaszczytu prowadzenia grupy i drogę pokonywaliśmy tym radośniej, że przez gałęzie przebłyskiwało słoneczko. O 13:15 przeszliśmy pierwsze wzgórze (Góra Zamkowa). Trasa wędrówki zaplanowana była z uwzględnieniem moich małych nóg, ale i tak nieprzedeptany śnieg zmuszał nas do modyfikacji marszruty już w trakcie jej trwania. Już o 14:20 opuszczamy szlak turystyczny, żeby ścieżką rowerową trawersować zbocze Srebrnej Kopy. Próbuję pomagać sobie kijkami udostępnionymi przez Kasię, ale rezultaty są kiepskie. Wszyscy idą raźno - ja trochę mniej.

Michał (na zmianę z Jarkiem) taszczy jakiś dodatkowy ręczny bagaż (w górach! - kto to słyszał?). Z przelotnej chmurki pokrapia pierwszy wiosenny deszczyk, jest ciepły i miły, nawet nie wszystkim chce się zakapturzać. Wspominamy mantka i jego wewnętrzne rozterki: co innego przepowiada, co innego życzy nam na szlaku. Smyk powtarza, że dobrym ludziom dobry Bóg dobrą pogodę daje i idziemy dalej z nadzieją, że dostatecznie dużo w nas dobroci, żebyśmy nie zmokli Wszyscy idą lekko i żwawo - tylko nie ja. Michał konstruuje zestaw kolejowy, w którym on - lokomotywa popycha mnie - wagon. Tak pokonujemy spory kawał drogi i docieramy o 15:30 do Przełęczy Pod Kopą. Ścieżka na Biskupią Kopę jest wydeptana, ale wszyscy optują za kolejnym trawersem do schroniska, wszyscy tylko nie ja, jednak ulegam większości. Drogę długości 2:40 godziny pokonujemy w ciągu czterech godzin, co jest niewątpliwym sukcesem zespołowym.

Schronisko wita nas niespodziankami, z których do mniej sympatycznych należą: mocne ceny, słabo nagrzany pokój, cieknący dach. To nam nie przeszkadza zadomowić się i rozgościć w sali jadalnej, której niewątpliwą atrakcją jest trzask szczap płonących w kominku. Do milszych niespodzainek oferowanych przez schronisko należy darmowy wrzątek w dowolnych ilościach, tylko pić, jeść i popuszczać pasa... Każdy ma apetyt na miarę zasług ze szlaku - mój apetyt jest bardzo kiepski. Na zewnątrz śnieg otulający schronisko po górne krawędzie okien, a my się posilamy w cieple jadalni i nastrojów. Poza naszą grupą są tylko: dzierżawca schroniska i Klaudia, która oprócz tego, że jest uniwersalną pracownicą schroniska, to jest fajna i na dodatek wręcza mi na dalszą wędrówkę pieska Astrę.

W czasie kiedy podwieczorek przechodzi w kolację, Jarko zapala na naszym stole świeczkę, a pośród zwykłego prowiantu pojawia się tort czekoladowy... (wyjaśnia się tajemnica tego dziwnego pakunku ręcznego, a Smykowi na tę niespodziankę oczy się śmieją, serce raduje, a mowę mu odjęło na ładnych parę chwil - wzruszył się chłop tą oznaką pamięci i sympatii towarzyszy tak, że długo nie mógł dojść do siebie). To były piękne wieczorne chwile po męczącym dniu. Żeby moje szczęście było pełne, to mogłem trochę pobuszować po schronisku i przy bufecie. Sporo było mowy o wschodach słońca w Tatrach, w Pieninach, na Babiej, ale do późnego wieczora plany na dzień następny nie były skrystalizowane i tylko jedno było postanowione nieodwołalnie... że na pewno wstaniemy, jak już się obudzimy. ...a co do wieczornej toalety ...ogłosiłem dla siebie Dzień Dziecka, co miało swoje uzasadnienie i dawało rozkoszny luz>

Sen jest podobno znakomitym zaworem bezpieczeństwa dla nadmiaru wrażeń. Rano mi mówili, że sporo mówiłem tej nocy... no, chyba wiedzą, co mówią.

Poranek potwierdził, że nie jesteśmy najgorsi, bo za oknami promienny blask, w czajniku kipi war, a zmęczony gospodarz rozpala w kominku. Śniegu biel, słońca blask, wiatru dech - wszystko to sprzyjało ochoczemu podejściu na szczyt, ale nie byłbym sobą, gdybym nie demonstrował swojego znużenia i niechęci do chodzenia w grupie (już nawet Jarko machnął ręką i pozwolił mi wlec się daleko za wszystkimi).

Osiągnąwszy Biskupią Kopę mogliśmy pohasać - nie tylko mnie się zdarzało wpadać w śnieg po pachy. Czasu było dość, a zastane na górze warunki po prostu nas rozpieszczały, jednych zachęcały do wystawienia lic na słońce, innych do zabaw. Wchodzącego od czeskiej strony człowieka z pokaźnym plecakiem powitaliśmy żartem: no, to teraz będziemy wieżę otwierać, a on na to, że owszem, za chwilę... i tak oto załapaliśmy się na inaugurację sezonu i zostaliśmy pierwszymi gośćmi na wieży.

Biskupia Kopa chyba bardziej jest Biskupską Kupą, a w znacznym stopniu jeszcze Bischofskoppe. Tu historia wiecznie żywa. Wykupujemy vstupenki, karty, pamiątkowe czeskie piwo (czego tu nie ma?!) i wykorzystujemy rozmowność gospodarza i opiekuna wieży, żeby dowiedzieć się coś więcej o górach, o okolicy, w której większość z nas jest pierwszy raz. Graniczne przejście turystyczne na Biskupiej nie jest żadną nowością, już za cesarsko-królewskich mości był tu punkt graniczny, co w niewielkiej niezgodzie z obowiązującymi przepisami pozwoliłem upamiętnić w swoim paszporcie.

Całe może informacji słowno-graficznej jest ponoć na stronie www.rozhlednabiskupskakupa.cz , ale polecam ją trochę w ciemno, bo jeszcze nie mieliśmy okazji jej przejrzeć. Wieża jak wieża, leciwa ale krzepka, widoki rozległe (Śnieżnik był trochę w chmurze schowany) i byłoby na górze wspaniale, gdyby nie wiaterek, który gwizdał dokuczliwie (lżej go znieść gromadnie).

Do zejścia w dół (z wieży ale i z góry do schroniska) zachęciły nas wreszcie chmury nadciągające z dali od południowego zachodu. Piszę o zejściu, ale tak naprawdę zrobiłem zjazd przerywany wywrotkami i wygrzebywaniem się ze śniegu, który na tej wysokości był wyjątkowo suchy (jak na tę porę roku i panujące ciepełko). Na tym odcinku nikt mi nie musiał pomagać, ani na mnie czekać, wykazałem się zadziwiającą sprawnością i dostatkiem energii.
Pożegnawszy schronisko rozpoczęliśmy zejście do Jarnołtówka, znów taką drogą, jaka najszerzej się dla nas otwierała. Dobra pogoda opuszczała Góry Opawskie razem z nami. Początkowo drobne pokrapianie zmieniało się w miarowy, mniej przyjemny deszcz. Chyba jestem meteopatą, bo mój nastrój i chęć chodzenia siadły razem z pogodą (wcześniej pewnie nikt nie przypuszczał, że może być jeszcze gorzej, ale jak mi się pogorszyło, to nawet anielską cierpliwość mógłbym wyczerpać - doprowadzony do ostateczności Jarko nawet robił zoo przez kilkaset metrów, czyli udawał wielbłąda biorąc osła na barana).

Do drogi dotarliśmy już w tężejącym deszczu. Kościół w Głuchołazach, który miał być jedną z atrakcji wycieczki, odwiedziliśmy już bez entuzjazmu. Zmęczenie? a może perspektywa mających nastąpić pożegnań i rozjazdów?

Opis autorstwa: Emila

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com
 

Śnieżnik - Pietia

ROZDZIAŁ I

"YLAM"

Piątek 10.III.2006 - 11:00 am Poznań Centrum

Wróciwszy z zajęć do chałupy, zabrałem się do kończenia rozpoczętego dzień wcześniej pakowania plecaka. Później wskoczyłem pod pierzynę chcąc zdrzemnąć się przed całonocnym marszem z Ylamem przez dzikie tereny Masywu Śnieżnika - nic z tego - skończyło się jedynie na leżeniu i słuchaniu jazzu (dobre i to - pomyślałem).

 

Następnie tramwajem nr 8 pognałem na Dworzec Główny. Wpadam do osobowego, jadącego do Wrocławia. Pociąg pęka w szwach. Jednak w Lesznie 50% podróżnych opuszcza gościnne progi PKP. Rozsiadam się wygodnie i patrzę na przelatujące krajobrazy. Po głowie chodzi mi pewniem kawałek KULTU. Po chwili oczy same mi się zamykają, świadomość ucieka, a ja odpływam gdzieś w czarną przestrzeń. Do rzeczywistości powracam tuż za Osobowicami.



17:45 pm Wrocław Stare Miasto

Na Dworcu Głównym we Wrocławiu zgodnie z umową kupuję bilet do Domaszkowa dla Ylama. On sam w drogę do Wrocławia wybrał się stopem. Idę na peron 4. W tym momencie dzwoni Ylam, (którego poznałem parę tygodni temu przy piwku w Poznaniu). Jest na Węźle Bielańskim pod Wrocławiem i próbuje złapać coś do Centrum - okazało się, że kierowca ciężarówki, z którym podróżował zrobił sobie przed miastem kwadrans postoju, co znacznie opóźniło jego przyjazd. Na peronie podstawiają pociąg do Międzylesia. Pytam konduktora o pierwszą i drugą stację za Wrocławiem - może Ylamowi będzie łatwiej dojechać tam, niż do zakorkowanego centrum. Były to Żerniki Wrocławskie i Żurawina. Ylam gna na przystanek PKSu, jednak na rozkładzie jazdy nie ma śladu po Żernikach, czy Żurawinie. Czas ucieka. Konduktor sam proponuje opóźnić o parę minut pociąg (ostatni w tym kierunku). Jednak mimo tego dotarcie jeszcze dziś do Domaszkowa wydaje się być nierealne. Podejmujemy więc decyzję: z żalem odpuszczamy sobie nocne łojenie po górach i zmieniamy kierunek z Międzylesia na Wałbrzych, z którego rano wyjedziemy do Kłodzka. W tym momencie przypominam sobie, że dziś moja siostra wraz ze szwagrem jedzie z Wrocławia do Wałbrzycha odwiedzić rodziców. Szybko wyciągam z kieszeni telefon i dzwonię. Okazuje się, że są parę km za Bielanami. Szybko tłumaczę im jaka jest sytuacja. Zaraz po tym wykręcam numer Ylama i kieruję go pod wejście główne Tesco, pod którym mówiłem siostrze, że będzie czekał na nią pasażer z wielkim plecakiem, a ja podjadę jak tylko sie da najszybciej darmowym autobusem, gdy oddam niewykorzystany bilet.
Wkońcu po wykonaniu wielu telefonów, mojej walce w kasie biletowej oraz sprincie Ylama przez Bielany, cała nasza czwórka spotyka się pod wielkimi, kiczowatymi wrotami, okraszonymi napisem: "TESCO".



20:30 Wałbrzych Podzamcze

W Wałbrzychu udajemy się do mnie do domu. Jemy kolację, sprawdzamy połączenia do Kłodzka, przepakowujemy plecaki i po północy kładziemy sie spać.



Sobota 11.III.2006 - 5:00 am Wałbrzych Podzamcze

Pobudka, śniadanie i wymarsz na wałbrzyski dworzec PKS-u. Tam o 6:30 wyruszamy czerwonym busikiem do Kłodzka, w którym mamy spotkać się z częścią Grupy. Nasza droga wiedzie z Wałbrzycha przez Jedlinę Zdrój, Głuszycę, znajdujące się u podnóża Gór Sowich, Kamiennych i Wałbrzyskich; Ludwikowice Kłodzkie, Nową Rudę i Słupiec. Całą drogę gadamy o wyjazdach, górach, planach, tudzież przysłuchujemy się rozmowie dwóch panów, z których jeden przyciął sobie palucha nożem, zaostrzonym przez teścia - niezwykle pasjonująca to była opowieść. Niebawem docieramy do Kłodzka.



około 9:00 am Kłodzko

Tu idziemy dowiedzieć się o której będzie najbliższy transport w okolice Śnieżnika. Poznajemy też dworcowego DJ'a, który niemiłosiernie głośno zapowiadał przyjazdy i odjazdy autobusów. Naśmiewał się z nas, że taszczymy na plecach całą szafę. On, jak twierdził, w naszym wieku zwiedzał Polskę mając śpiwór, namiot i wszystkie inne potrzebne rzeczy w małym koszyku (a ja myślałem, że miniaturyzacja jest stale postępującym procesem). Mając trochę czasu w zapasie udajemy się do rynku...



ROZDZIAŁ II

"Kasia, Dżagietka, Agata, Jarko i Mpie"

Nagle w uliczce obok rynku wpadamy na gromadkę pięciu obładowanych plecakami osób - niech mnie kule biją, rozpoznaję ich od razu - tyle razy widziałem ich twarze obok nicku na forum! Te same dobrze znane z wyglądu i opisów w postach dziewczyny oraz Jarek (jak zwykle w płaszczyku podobnym do tego, który nosił Włóczykij z Muminków) tylko teraz widziani LIVE! Jedynie Mpiego nie rozpoznałem od razu (wszystko zmieniło się od momentu, gdy założył swoje kolorowe okulary). Całą załogą ruszamy na dworzec PKS-u, a później do pobliskiej knajpki na kawę. Niezwykle miłe jest to doświadczenie - znać jakąś osobę tylko z fotografii i czytając jej posty, a teraz móc usłyszeć jej głos, porozmawiać i poobserwować szerzej pojęte "zachowanie". Tu dowiaduję się o wyprawie Dżagietki i Jarka do Tunezji, a następnie szalonym rajdzie z Warszawy, przez ich rodzinne Kraków i Mysłowice do Wrocławia, by wraz z Kasią, Agatą i Mpiem gnać na kolejny zjazd Grupy - jakże bliscy mi są tacy "Wariaci". Z baru ruszamy na PKS, gdzie po chwili podjeżdza nasz autobus, mający zabrać nas do Starej Morawy. Jest spory tłok, więc mimo tego że na biletach mamy swoje miejsca z przodu, stoimy bądź siedzimy na samym końcu. Co chwilę na zakrętach nasze plecaki przechylaja się niepokojąco w kierunku drzwi. Wszyscy jesteśmy już lekko znużeni tą jazdą. W końcu nadchodzi upragniona chwila desantu.



Stara Morawa (nie pamiętam już o której to było)

Wyskakujemy z autobusu wprost do krainy Królowej Śniegu. Zakładamy gnojoskoki (stuptuty) i ruszamy do Kletna. W pewnym momencie na drodze napotykamy chłopaków, próbujących wypchnąć z zaspy samochód. W czynie społecznym pomagamy im ustawić samochód na drodze - dobry uczynek w tym dniu spełniony - możemy iść dalej. Kierujemy się do Jaskini Niedźwiedziej...



ROZDZIAŁ III

"@nia, Antenka, Bad Sid i Mantek"

W połowie drogi napotykamy @nię, stojącą przed pewną restauracją. Gdyby nie zdjęcia z poprzedniego wyjazdu Grupy, po prostu nie połapałbym się, że @nia to właśnie @nia. Jednak teraz wystarczyło jedno spojrzenie, a moje czujne gestapowskie oko od razu rozwiało wszelkie wątpliwości Po chwili z knajpianych czeluści wychodzi Mantek! Mantek to niezwykle ważna persona w Grupie - posiada zdolności jasnowidzenia i niczym wróżka przepowiada pogodę (ma szczęście, że żyje w naszych czasach, bo w średniowieczu za podobne sztuczki spłonąłby na stosie). Posiada on jeszcze inny dar - umiejętność przekonywania, w wyniku czego dajemy poprowadzić się jak owieczki ze szlaku wprost w restauracyjną otchłań. W środku spotykamy kolejnych Grupowiczów - obdarzoną wielkim głosem Antenkę, która swoim góralskim śpiewem potrafi zagotować wodę w potokach oraz Bada - kawał chłopa z ogromnym plecakiem, mogącym pomieścić dwoje drobniejszych emerytów (choć tym razem najcięższy wór dźwigał YLAM, który bohatersko wniósł na górę koszulki wraz z opakowaniami dla Grupowiczów). Po zakończeniu biesiady udajemy się do Jaskini Niedźwiedziej. Tu spotykamy przesympatycznego Pana Przewodnika, który opowadził nas po jaskini, przekazując z pasją wiele ciekawych informacji Po wyjściu z jaskini zaczyna się droga pod górę. Z początku nie sprawia większych problemów. Jednak w miarę nabierania wysokości droga w śniegu staje się coraz gorzej utorowana, co powoduje częstsze postoje. Pogoda zdaje się czasem poprawiać - raz po raz gdzieś nad głowami przedziera się nieco błękitu. Mimo tego chmury nie dają za wygraną i pod postacią gęstej mgły spływają w dół ze śnieżnickich grzbietów, otaczając dzielnych przedstawicieli Grupy Górskiej, którzy po mozolnej wędrówce słabo przetartym szlakiem dotarli do ubitej przez ratrak drogi. Teraz z lepszymi już humorami (wszak najbardziej stromy i męczący odcinek mamy już za sobą) dziarsko brniemy przez mgłę do schroniska "Na Śnieżniku" im. Zbyszka Fastnachta.
W schronisku ku memu zaskoczeniu jest dość sporo osób - poprzednim razem (również w marcu) wiało tam pustką. My lokujemy się w 10-osobowym pokoju - nota bene gdy tam jestem, zawsze śpię w tym pokoju. Jednak tym razem wieczorem z okna nie będzie roztaczał się piękny krajobraz na rozświetlone u podnóża Masywu miejscowości oraz słońce zachodzące za Górami Bystrzyckimi. Cały Śnieżnik spowity jest gęstą, wilgotną mgłą, przez którą przebijają się jedynie płatki śniegu. Mimo tego zostawiamy nasze tobołki i udajemy się na szczyt Śnieżnika. Ścieżka ze schroniska wiedzie przez niewielki świerkowy las regla górnego, by następnie przejść w wysokogórską łąkę piętra subalpejskiego z kępami kosówki tu i ówdzie. We mgle widać jedynie najbliższe słupki wskazujące drogę na szczyt. Podążamy za nimi słupek po słupku, aż w końcu ziemia pod stopami staje się mniej pochyłą, a stąpanie po niej nie jest już tak męczące. Oddech staje się trochę wolniejszy i zapominamy o pulsującej przed chwilą w skroniach krwi. Jesteśmy na kopulastym szczycie Śnieżnika Kłodzkiego. Widoki fenomenalne - ledwie da się dostrzec gruzowisko pozostałe po dawnej wieży widokowej. Mimo tego jesteśmy zadowoleni, gdyż możemy dopisać już kolejną górę do listy KGPGG. Naszą obecność na czubku Śnieżnika dokumentujemy grupowymi fotkami.
Schodzimy. Gdy jesteśmy już przed schroniskiem, zaczyna zapadać zmierzch. W środku każdy zabiera się za przysznic, lub przyrządzenie czegoś do jedzenia, gdy nagle YLAM mówi mi, że da się jeszcze nadrobić straty z wczoraj i urządzić sobie wieczorny wypad do Międzygórza i z powrotem - wiem już o co mu chodzi - to znak, że Jakub - FOKA jest już w drodze z Łodzi.



ROZDZIAŁ IV

"FOKA"

W zadaniu przyprowadzenia FOKI do schroniska pomaga nam Jarek. Przed wyjściem z chaty pyta nas, czy idziemy trochę szybciej, czy normalnie. "Szybciej!" - mówimy. Nawet nie wiedziałem, czym to grozi. Na zewnątrz jest już zupełnie ciemno. Jedynie blask światła dobiegający z okien rozświetla obszar wokół schroniska. Jarko wyrywa do przodu, na tyle szybko, że po chwili widać jedynie błysk jego czołówki. Biegniemy za nim. Po kilku chwilach tracę równowagę w śniegu i ląduję na brzuchu z wyprostowanymi łapami. Podnoszę się i dalej do przodu. Po jakimś czasie dostrzegamy, że ze schroniska wybiegł mały kundelek, który wiernie towarzyszył nam przez całą drogę tam i z powrotem. Idziemy czerwonym szlakiem, co chwilę ocierając się o pokryte śnieżnym, zimnym puchem gałęzie. W jednym miejscu zbaczamy ze szlaku, wkraczając w utorowaną ścieżkę prowadzącą ostro w dół na skróty. W końcu dobiegamy na sam dół. Tu zmierzamy do pewnej knajpy - zajazdu, pod którym się umówiliśmy. FOKA nie każe długo na siebie czekać - ledwo skończyliśmy pić Sprite, a już na pobliskim parkingu widać błysk reflektorów jego Kangura. FOKA przepakowuje plecak i po chwili znów jesteśmy na szlaku, tyle że teraz nasza droga wiedzie do góry. W połowie drogi spostrzegamy, że przez gęste chmury przebija się księżyc oraz pojedyncze gwiazdki, a zalegająca wcześniej w dolinie mgła opadła w dół. Może wróży to poprawę pogody? Cóż, przekonamy się jutro - myślę. Około 23:00 docieramy do schroniska. Tu okazuje się, że część Grupowiczów, a raczej Grupowiczek śpi już w pokoju, a męska część załogi, wraz z dwiema reprezentantkami płci pieknej - @nią i Antenką, prowadzi rozmowy i dysputy przy piwku i śliwowicy na dole w sali kominkowej. My z YLAMEM postanawiamy ugotować sobie ryż z sosem, którego przyprawieniem od początku do końca zajmuje się YLAM (trzeba przyznać, że ma chłopak do tego talent). Stojąc w kuchni turystycznej co chwilę mamy okazję "podziwiać" nieustanne manewry obecnych w schronisku chłopaków, którzy hordami wchodzą i wychodzą z damskiej toalety. Przez nieustannie otwierające się wrota widzimy cel ich częstych wizyt - ciężko zaprawioną C2H5OH koleżankę // BEZ KOMENTAŻA \\. Po chwili przychodzą do nas Dżagietka z Antenką i załapują się na porcję naszego specjału. Po późnej obiado - kolacji idziemy jeszcze do sali kominkowej, gdzie toczy się dyskusja m.in. na temat warunków panujących w schronisku harcerskim u babci Ali w Bieszczadach (niestety nie miałem okazji jeszcze się o nich przekonać). Około 2:00 wchodzę do ciemnego pokoju, w którym rozlega sie jedynie chrapanie Mantka Wskakuję na wyrko i po chwili zapadam w sen. Natomiast @nia, FOKA i YLAM w ogóle nie zmróżyli oczu. Z tego co słyszałem przegadali resztę nocy w dobrych humorach, a około 6:00 wybrali się podziwiać wschód słońca na Śnieżniku.



Schronisko "Na Śnieżniku" im. Zbyszka Fastnachta 7:30 12.III.2006

Ku swemu zdziwieniu budzę się, nie czując zmęczenia z poprzedniego dnia. Po jakimś czasie siedzimy prawie całą grupą na dole w sali kominkowej przy śniadaniu. Nagle drzwi się otwierają, a w nich pojawiają się trzy postacie w czerwonych, obsypanych śniegiem kurtkach. To nocne marki - @nia, FOKA i YLAM, którzy dopiero przed chwilą wrócili ze szczytu Śnieżnika. Okazało się, że u góry panowały bardzo złe warunki - gęsta mgła, silny wiatr oraz bardzo kłujący śnieg. W wyniku złej widoczności niechcący odbili ze szlaku i zeszli kawałek drogi w dół na czeską stronę. Nie mieli ze sobą herbaty, mapy, kompasu, a baterie w telefonach wyczerpały się pod wpływem niskiej temperatury. To jest właśnie złośliwość Śnieżnika - pogoda szybko ulega zmianie, a mimo tego, że góry są niewysokie, można się w nich łatwo zgubić. Na szczęście po chwilach błądzenia natrafili na szlak prowadzący do schroniska.

 

Niestety tak już jest, że wszystko co miłe, szybko się kończy... Po śniadaniu część ekipy - Antenka, Mantek i Bad Sid ruszają w dół do Kletna, gdzie zostawili samochód. Z kolei reszta podzielona na dwie grupki udaje się czerwonym szlakiem w kierunku Miedzygórza. Dżagietka, Kasia, Agata, Mpie i Jarko wychodzą nieco wcześniej. Teraz w końcu widzimy, jak wygląda ta ścieżka za dnia. W Międzygórzu udajemy się do knajpki niedaleko wodospadu Wilczki, gdzie czekamy na autobus, którym część Grupy pojedzie do Kłodzka, by później pociągiem przez Wrocław wrócić w rodzinne strony... I tak się również dzieje... po chwili autobus relacji Międzygórze - Kłodzko zatrzymuje się na naszym przystanku, a moment późnej odjeżdża, zabierając ze sobą Dżagietkę, Agatę, Mpiego i Jarka. Pozostaje po nim jedynie chmurka szarych spalin.

 

Nasza piątka idzie jeszcze obejrzeć efektownie oblodzony wodospad Wilczki (ślizgająć się jednocześnie na równie mocno oblodzonych schodkach i ścieżce), a następnie wskakuje do stalowego Kangura FOKI. Całą drogę powrotną do Wrocławia spędzamy na gadaniu, spaniu i słuchaniu kawałków Zbigniewa Hołdysa. Tak mi się ta jazda podobała, że na dobre zapomniałem o zabraniu z samochodu termosu i kijków. W efekcie tego pojechały sobie do Warszawy wraz z FOKĄ, odwieźć @nię, a w drodze powrotnej zwiedziły Łódź. Na koniec po pożegnaniu z @nią i FOKĄ Kasia zaprosiła jeszcze mnie z YLAMEM na herbatkę, a później w czwórkę (bo z pieskiem Kasi) poszliśmy na Dworzec Główny. YLAM kupił sobie bilet do Żagania (gdyby wiedział, że ten pociąg nie zatrzyma się w Żaganiu, to pewnie by tego nie robił ). W tym miejscu pożegnaliśmy się, po czym Kasia z YLAMEM i pieskiem wrócili z powrotem do domu, a ja wskoczyłem do osobowego do Rawicza, gdzie następnie przesiadłem się na pociąg do Poznania. Na miejscu byłem gdzieś koło 19:30. Okazało się, że przed chwilą uciekł mi transport do chałupy. "Nic nie szkodzi" - pomyślałem. "Nawet jest mi to na rękę" - byłem tak zadowolony z wyjazdu, że postanowiłem uczcić go pieszą wędrówką do domu, przez rozświetlone wieczorną porą poznańskie ulice.




Opis autorstwa: Pietii

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com
 

Szczeliniec Wielki - bubamara


Kolejny szczyt z kolekcji Korony Gór Polskich i kolejne spotkanie Grupy Górskiej na szlaku.


Jak zwykle do "celu" dojeżdżaliśmy w różnych odstępach czasu i z różnych zakątków kraju. Jako pierwszy, do bazy czyli "Domku w lesie" pod Szczelińcem dotarł Bad Sid.
W okresie zimowym na trasie do Karłowa nie ma żadnej komunikacji państwowej z Kudowy czy też Kłodzka, więc zostaje wędrówka piesza lub "szczęście" na złapanie tzw. okazji. Bad szczęścia nie miał, ale w zamian miał przyjemność wędrówki szosą z Kudowy - piękną zaśnieżoną szosą, wijącą się pośród lasów. To tylko 14 km.


W nocy dojechała "zbiorówka", czyli Foka z Łodzi, @nia z Warszawy, Sławek z Pabianic, Kasia z Wrocławia i Jesienny Deszcz z Łaz k. Zawiercia ale zakotwiczony na moment we Wrocławiu.


Jakże to miłe, że Foka pozbierał to towarzystwo i o nikim nie zapomniał po drodze.
Noc spędzili na długich Polaków rozmowach - na sen zostało im niewiele czasu.
Jako ostatni dotarliśmy my, czyli Jarko i ja - z Krakowa.
Podróż PKP - bilet turystyczny czyli "tani" - przesiadka we Wrocławiu.
Do Kłodzka dojechaliśmy o 6.00 i tu czekał na nas niezawodny Zbyszek.

Nie musiał... ale chciał. Dzięki tej koleżeńskiej pomocy zaoszczędziliśmy czas jak i siłę (w moim przypadku), bo nie bardzo sobie wyobrażam o której godzinie doczołgałabym się do Karłowa, nie mówiąc już, że Jarko by chyba nie strawił mojego towarzystwa...


Postać "Zbyszka"...

Nie dane mi było wcześniej go poznać, ale z tego co wiem, był jednym z pierwszych forumowiczów (z "numerem" 34). Można by go nazwać "ojcem" tego forum, ponieważ jego to pomysł był, jego dążenie do tego co mamy dziś.


Udało się dzięki współpracy i zaangażowaniu wielu innych ludzi. Nie wiem natomiast, dlaczego jakoś tak...nas opuścił na długi czas... Mam nadzieję, że "wróci". Jest tutaj potrzebny.


Sobota, godz. 7.00 - "domek" śpi...
O nieeeeeee...drzwi zamknięte, obiecana kawa dla Jarka nie paruje....
Pobudka - serdeczne powitanie...każdy z każdym...
Poznaję @nię, Sławka, Fokę.
No jasne...znowu mnie wrzucili w izbę koedukacyjną...zaczynam to nawet lubić.
Żadnych zmian!!! Tylko koedukacyjna!!!pomimo wietrzenia izby przez całą noc.

9.00 wyruszamy na szlak.
Pięknie przetarty, chociaż troszkę ślisko. Pogoda cudna. Niebo błękitne - na nim słoneczko i te "kamienie" w śnieżnych okryciach przed oczami. Wyobraźnia zaczyna działać.
Bywam często "zaskakiwana" na tych wyprawach...
Kasia wyciąga swoje "raczki" i zakłada na moje buty. Jarko niesie w swoim plecaku moje małe co nieco... Ktoś dźwiga termos z herbatą dla innych... Czyż to nie jest piękne? Cóż mogę więcej powiedzieć???
Krętą ścieżką dochodzimy do szczytu. Budynek schroniska w remoncie. Oglądamy panoramę z platformy widokowej pod schroniskiem. Pamiątkowe zdjęcie GG i dalej w drogę.
Zaczyna się bajkowy krajobraz, więc nie będę dokładnie opisywać, bo każdy z nas inaczej tą "bajkę" czyta.
Skalne labirynty robią wrażenie. Warstwa śniegu miejscami bardzo wysoka, więc czasem należy w pozycji poziomej pokonać teren.
Zejście miejscami przypomina tor saneczkowy, więc kto lubi...to jedzie w pozycji "siad płaski".
W południe pożegnanie Zbyszka - no cóż... praca wzywa go.
My podążamy w kierunku Błędnych Skał. Odcinek 4 km drogą jezdną.
Przy parkingu "narada". Do wejścia na teren rezerwatu ścisłego ok. 2 godz. Przejście po rezerwacie niemożliwe bez saperki... (informacje od schodzących).
Po przeanalizowaniu "za i przeciw" - ruszamy do odwrotu. Część grupy skręca w poszukiwaniu Fortu Karola.
Znaleźli... "forcik", chociaż inaczej go sobie wyobrażali.
Wieczór...
Wchodzę do tej "koedukacji"... i jakiś młodzian w "łaciatym mundurku" wita się ze mną i zapytuje czy GO poznaję?? Moje myśli krążą... wracają do wcześniejszego "etapu"... i nic... Nie poznaję.

A to YLAM dotarł!!! Zrobił te 14 km na butach, nie mówiąc już o wcześniejszej podróży. Czy należy coś jeszcze dodawać???
Kolacja w przyjemnej "stołówce"... z klimatem i długie rozmowy, plany, pomysły...
Warunki w noclegowni skromne, ale jakże "bogata" ta cała reszta, czyli ludzie będący tam i w tamtym momencie.


Niedziela...
Wschód słońca ze Szczelińca ogląda tylko Foka.
Pakowanie, ostatni rzut okiem na Szczeliniec i trasa na Twierdzę Kłodzką.
Jest nas 9 i jeden pojazd... Foka przerzuca całe "towarzystwo" w dwóch turach.
Spotykamy się pod Twierdzą.
Mamy czas, więc zwiedzamy Twierdzę, Podziemną Trasę Turystyczną i Starówkę. Z tarasu patrzymy na... Śnieżnik...
Nadchodzi czas pożegnania i nie są to miłe momenty. Miejsce może nieprzypadkowe - most gotycki, który jest miniaturową kopią praskiego mostu Karola.
Wiemy jednak, że za jakiś czas, w innym miejscu, spotkamy się znów.
Mamy nadzieję, że będzie nas więcej, bo jednak są to niezapomniane chwile w życiu każdego człowieka.
Foka zabiera swoją "brygadę" i Ylama, do nas dołącza Bad.
22.30 - wszyscy już w domu - sms to dobry wynalazek.
Najpóźniej melduje się Kraków...
Do zobaczenia na kolejnym szlaku!

Opis autorstwa : bubamary

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com
 

Szczeliniec Wielki - @nia

W drodze powrotnej padła propozycja, żebym, jako osoba, która po raz pierwszy wyjechała z GG, również napisała swoje wspomnienia. Kasia dodała, że ma być szczerze, więc... bardzo proszę:



Przygotowując się do wyjazdu próbuję nie wyobrażać sobie, jak będzie, z kim przyjdzie mi spędzić weekend. Cieszę się, że poznam wspaniałych (tak do tej pory wszyscy uważali) ludzi i pobędę trochę w górach. Pytam na priw-ie Fokę, czy mogłabym zabrać się z nim z Łodzi, bardzo długo się zastanawia. Muszę wypełnić ankietę z ogromną ilością bzdurnych pytań typu: "czy pijesz piwo podczas jazdy samochode" albo: "ile średnio razy na 100 km korzystasz w drodze z toalety". Cóż mam robić, wypełniam pokornie i wysyłam. W końcu zgadza się i nakazuje stawić w Łodzi o 17.28. Jestem punktualnie, ale czeka na mnie... nie, nie Foka, tylko pokaźny tłumek dworcowych kloszardów. Myślę sobie: "poczekam chwilę" może się zjawi. Oglądam sobie gazety na wystawach kiosków, a koło mnie plącze się jakiś młody człowiek i jak ja w prawo, to on też, jak ja w lewo - on za mną. Zaczynam się naprawdę bać, bo myślę że to jakiś kieszonkowiec. I wtedy dzwoni Jakub. Idę w kierunku przez niego wskazanym a "kieszonkowiec" za mną. Okazuje się, że to nikt inny, tylko Sławek. Hmmm mógł mnie po prostu zapytać, czy ja to ja, a nie się tak czaić... Bo ja nie wiedziałam, że on ma tez czekać na dworcu. W końcu wyjeżdżamy. Nie będę się rozwlekać, jak bardzo dłużyła mi się ta podróż, okropna muzyka, przy której nie dało się normalnie rozmawiać, ale może to i lepiej, bo I tak nie byłoby o czym. We Wrocławiu zabieramy Kasię i Jesiennego Deszcza. "Mają bardzo miłe twarze" - myślę z nadzieją, ale jakże jest ona płonna.


Na miejsce dojeżdżamy jakoś chyba ok 1-szej w nocy. Wtedy też poznaję Bad Sida - pomijając fakt, że nie ufam ludziom, którzy w japonkach biegają po śniegu, cała "reszta" wydaje się być w porządku. Jak tylko przekraczamy próg domku, Kasia bierze JD za rękę, pędzą na górę i zamykają się w pokoju. Pukam i nieśmiało pytam czy mogę spać z nimi. Bez przekonania kiwają głowami. Potem wychodzą... gdzieś. Wracając spod prysznica słyszę jakiś hałas w drugim pokoju, tym, który zajęli panowie .Wchodzę a tam... "tańce, hulanki, swawole". Cichutko idę spać "mamusiu zabierz mnie stąd" - myślę przed zaśnięciem. Śni mi się, że Foka ze Sławkiem mnie duszą...


Rano budzi mnie... ryk. Przyjechali: Bubamara, Jarko i Zbyszek. Krótkie przywitanie i krzyk Jarka: "no leniuchy, a gdzie kawa i śniadanie dla nas??? Raz, raz, raz wychodzimy, bo nie ma czasu". Idziemy a raczej biegniemy na szlak... Cóż to jest za koszmar. Jarko, który podobno zawsze idzie ostatni wbiega na górę kilkanaście metrów przed nami. Reszta też biegiem pędzi podziwiać widoki, a ja na końcu... zziajana, zdyszana. Wchodzę na szczyt, CO ZA WIDOKI!!!!!!!!Od razu mi lepiej ;) Bad nalewa herbatkę z termosu. "Marze o herbatce" myślę. "Mogę odrobinkę?" pytam nieśmiało. Bez odpowiedzi. Wypija, zakręca termos i jakby nigdy nic mówi cos do Bubamary. Potem JD wyjmuje czekoladę. Jak myślicie? Podzieliła się????????? A ja tak uwielbiam czekoladę!!!!! Szybka fotka i idziemy dalej. Najpierw miały być "błędne" ale "szef" patrzy na mnie i mówi z politowaniem: "@nia nie da rady, obejrzymy Fort Karola i wracamy". Na nic zdają się być moje sprzeciwy, że nic mi nie jest, że mam jeszcze dużo siły. Forty są, owszem ciekawe, tylko, jak na forty przystało, gdzieś się "ukryły". JD dzielnie rusza w ich poszukiwaniu no to ja za nią, "Ania, poczekaj", krzyczę. "Szkoda czasu, zbyt się wleczesz" słyszę. W końcu znajdujemy. Teraz Foka wyjmuje termosik, tylko przełykam ślinkę, już nawet nie proszę o łyka. "Kurdę, dlaczego nie wzięłam termosu"


W końcu wracamy, szybki obiad w lokalnej knajpce i do "domku", pożeganie ze Zbyszkiem, jedynym "normalnym" uczestnikiem wycieczki. Prysznic dla zebrania sił, dobrze że chociaż jest gorąca woda - moje łzy płyną strumieniem tak silnym jak strumień wody ze "słuchawki". Z ciężkim sercem idę na górę. A wszyscy już schodzą na dół, do sali kominkowej. Nie wiem, czy iść, czy raczej zostać... "One kozie death" myślę.


Idę. Bubamara z wypiekami na twarzy rozmawia z jakimś turystą odradzając mu wstąpienie na forum. Mówi, że to grupa "elitarna", tylko dla orłów, że trzeba naprawdę zasłużyć, żeby móc zostać zaakceptowanym. Jarko z niemniejszym zapałem zachwala wszystko, co krakowskie (potem się jednak okazało, że "piątki warszawskie" są lepsze od krakowskich). Pojawił się jeszcze jeden uczestnik - Ylam. Ponieważ jakoś tak wyszło, że nie było dla niego wolnego łóżka, całą noc błąkał się po domu i smęcił... A rano zrobił nam pobudkę I zarządził ponowne zdobywanie Szczelińca (no bo on przecież nie mógł przyjechać wcześniej). Cóż było robić...


Po śniadaniu pojechaliśmy do Kłodzka zwiedzać Twierdzę. Ktoś wpadł na pomysł, że można by się pobawić w chowanego w tych murach... jak pomyśleli, tak zrobili...
Co to był za horror. Brudna, podrapana i posiniaczona wyczołgałam się w końcu z labiryntu grubych murów. Czekałam, aż Foka w końcu powie magiczne słowo "czas na nas" i jak już się doczekałam, to byłam tak bardzo szczęśliwa, że miałam ochotę go uściskać, ale Wtedy Jarko zadecydował, że jeszcze musimy zrobić fotę na mostku. Jakąś godzinę zajęło nam znalezienie tegoż i ustawienie się w odpowiedniej "pozie". W końcu nadeszła tak długo wyczekiwana przeze mnie chwila. Oschły uścisk rąk. Zapytałam cos o Śnieżnik, ale usłyszałam tylko, że raczej chyba nie powinnam jechać, bo I tak nie będzie nikogo z wawy więc po co mam się telepać do nich. No I to chyba lepiej. W sumie I tak nie miałam już chyba ochoty na spotkanie...


Mam nadzieję, że nie uraziłam, nikogo tym, co napisałam, ani nikt nie zniechęcił się do wędrowania z GG, jeśli tak się stało to serdecznie przepraszam i gorąco zapewniam, że było dokładnie ODWROTNIE. Poznałam przemiłych ludzi, przez cały czas czułam się swobodnie i bezpiecznie. Nie mam talentu do pisania "serio", bardzo lubię czytać wspomnienia JD, stąd pomysł nieco "odmiennego" przekazania wrażeń - coś na kształt kontrastu. Poznałam Was na tyle, że mogę śmiało "podejrzewać" o poczucie humoru i oczywiście nie pomyliłam się Jesli ktoś, czytając tego posta, się uśmiechnął, jest mi tym bardziej miło, bo ja uśmiecham się wciąż na wspomnienie tego weekendu. Pozdrawiam.




Opis autorstwa: @ni

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com
 

Turbacz - bubamara

Na tej wyprawie nie było zaliczania kilometrów szlaków, ale i taki był jej cel
"być z Grupą w górach i mieć czas dla Grupy".

Będzie to troszkę inny styl wspomnień jak u moich poprzedniczek a to z kilku powodów...
a) Nowicjuszka na szlaku z Grupą Górską e-tatry.
b)...x
c)...xx

Turbacz... kolejny szczyt z Korony Gór Polskich. Nigdy nie byłam tam zimą, więc ogromna ciekawość, jak to tam wygląda.

Rozmowy z Grupą Górską tylko w sieci, zaczęły mi nie wystarczać... silniejsza była chęć poznania ich na szlaku ale i ogromny stres wyłaniający się z myśli... czy mnie zaakceptują, czy dorównam im w tempie wyjścia bo jednak różnica w sile... czy... czy... dziesiątki pytań kłębiły się w głowie.

Moje życie jednak zaczyna tracić sens, kiedy się zatrzymuję w miejscu, no to i bez sensu - zaczynam więc "przygotowania" w momencie ogłoszenia terminu i miejsca.

Im bliżej - tym gorzej... ale nie poddaję się swoim głupim myślom.

Ta wyprawa zaplanowana była z dojściem "na raty", a miejsce spotkania całej Grupy - piątek wieczorem w schronisku na Starych Wierchach.

Zaczynam rozpytywać, kto planuje wyjazd w piątek rano... cisza, cisza, cisza...
Trudno - idę sama, przecież nie pierwszy raz, to dlaczego nie? Dojdę. W nocy nie lubię chodzić a i dnia mi szkoda.
Sytuacja się rozwiązuje... Radyjko może być w Krakowie rano, więc uzgadniamy godzinę wyjazdu. Plan jednak troszkę zmieniony.
Mamy dotrzeć do Antenki, gdzie już oczekuje na nas Mantek. W Skomielnej odebrani jesteśmy przez "gospodarzy".
Pierwsze moje spotkanie z Mantkiem, bo Antenkę już znam.

Oczekujemy teraz na przyjazd Bada, Jesiennego Deszczu i Kasi. Czas oczekiwania szybko biegnie. Wypełniony jest wspomnieniami Radyjka z wyprawy w Alpy, oglądaniem zdjęć i rozmowami... rozmowami...
Około 14.00 dojeżdżają. Powitania, uściski.
Moje "stresy" wzrastają - przecież nie znam ich... Oczywiście mylę JD z Kasią i długo to "mylenie" mnie trzyma. Bad jakiś "inny" jak na fotce...

Tu następuje pierwsze zaskoczenie dla mnie, ale jakże sympatyczne! Otrzymuję od Grupy najnowsze, uzupełnione wydanie naszego "Śpiewnika Grupowego" - edycja II.
Czekamy jeszcze na świeży chlebuś od mamy Antenki, bo do smalcu taki właśnie ma być!!

Około 15.00 wyruszamy na przystanek PKS-u.
Stanie czy nie stanie??? Oczywiście autobus, na machanie ręką, bo przystanek ten to klasa B.
Stanął, więc wcisnęliśmy się z tobołami. Nie szkodzi, że bilety trzeba było kupić do Nowego Targu - ważne, że nam "stanie" na Rdzawce II, bo to jakby nie "po drodze" było.

Jest już około 17.00 to i ciemno się robi... wokoło.
W moje myśli znowu zakrada się ten "zły" ...jak ja pójdę po ciemku?? Latarki nie mam...idę wolno... będę "hamulcem"...
Ale nic to - niech się dzieje co się chce.

Wokół jest cudnie - bielutki śnieg, księżyc zaczyna wypływać na niebo, jest w miarę ciepło i ten rządek złożony z 7 osób całkiem sobie obcych a tak bardzo sobie bliskich tu na szlaku.

Oczywiście opóźniam im marsz i wcale z tym dobrze się nie czuję - tzw. wyrzuty sumienia mam...
Kroku mi dotrzymuje Radyjko, chociaż wyczuwam, że denerwuje go to, bo nic "nie nadaje" ale trudno...
Nie myślcie, że reszta Grupy nas zostawiła. Co jakiś czas oczekiwali na nas chyba "symulując chęć odpoczynku", i to jest jeden z jakże ważnych elementów wędrówki w grupie - nie dać odczuć maruderowi,że marudzi...
Antenka wypożyczyła mi swoją czołówkę i był to kolejny zaskakujący moment.
Kiedy Radyjko mnie doholowal do bazy, Grupa już się rozlokowała.
To nie ja byłam tak powolna, ale ONI tacy szybcy.

Gdybym tu nie napisała, że usiedliśmy teraz przy piwie, to bym skłamała.
Pijemy piwko i testujemy nasz "Śpiewnik". Jakby kto pytał - kto nie śpiewał? - to takiego nie było! Wszystkie... no prawie wszystkie piosenki przećwiczone. Gitary brak... nie szkodzi... i ta kiedyś będzie...
Śpiewająco oczekujemy na Jarka (trojga imion czyli jeszcze Admina i Szefa) oraz Agatkę i Dżagietkę.
Docierają późno wieczorem i kolejne dla mnie zaskoczenie a zarazem największe na tej wyprawie. Wraz z nimi "wchodzi" tort urodzinowy od Grupy Górskiej. "Rzuca" mnie to na kolana... i naprawdę NIC NIE PAMIĘTAM co działo się dalej. Były życzenia, krojenie torta i amnezja... totalna amnezja. Wiem, że zostawiłam kawałki dla tych co mieli dojść rano w sobotę. Czy wy wiecie, że z wrażenia nie zjadłam mojego kawałka??? Zorientowałam się dopiero rano. Myślę, że oglądając zdjęcia powróci mi "pamięć".

Do późnej nocy były rozmowy, śpiew. Schronisko na Starych Wierchach ma "klimat" i miłych gospodarzy.

Sobota rano - oczekiwanie na kolejną pod-grupkę.
Miało być dwie osoby - jest jedna, ale jakże ważna jest ta jedna osoba! Chciała przejść szlak razem z nami i nieważne było, że z dość daleka.
Był to również "nowicjusz" jak i ja - Mpie z Nowego Sącza,
Pakowanie, wspólna fotografia i w trasę na Turbacz.

Pogoda nie najpiękniejsza, panoramek prawie żadnych.
Szlak dobrze przygotowany przez ratraki. Idzie się przyjemnie.

"Opiekę" nade mną przejmuje Jarko i nie mogę żadnym sposobem się go "pozbyć" zza moich pleców. Zawsze to ja byłam na "zamku", a teraz ktoś mi zostaje na tyłach... dziwne to uczucie. Nie wiem czy go "wykończyłam" czy nie, ale z pomocą przyszła mu Dżagietka. Prawdą jest,że dobry organizator wycieczki nie pozwoli nikomu zostać za... jego plecami!!!
Grupa poszła swoim tempem. Tu następuje kolejna niespodzianka i zresztą bardzo miła. Do akcji "holowniczej" wkroczył Radyjko, który wrócił ze szczytu i zapakował mój niedopasowany plecak na swoje bary. Tym to sposobem szybciej znalazłam się w schronisku.

Grupa już oczekiwała na wspólne wejście na szczyt Turbacza.
To jeszcze tylko trzeba było się wrzucic do pokoju.
Numer mi podano, więc się wrzucam tam... pokój 12 osobowy czyli dla naszej grupy. O ranyyyy... ja już odzwyczajona od takich "luksusów" a tu jeszcze koedukacja! Koniec ze mną...

Nie ma czasu na myślenie, bo czekają na mnie a ja nie bardzo kontaktuję... po co? Dociera wreszcie do mnie, że przecież idziemy "szczytować" - ot durnota jedna jestem!
Wszyscy czekają a Jarko w drzwiach naszej izby ze stoickim spokojem i uśmiechem na twarzy zapytuje mnie: idziesz Basiu na szczyt?
Hmmm - przecież dopiero stamtąd zeszłam
Dostałam "napędu"

Moje odczucia z momentu wspólnego wejścia na ten szczycik, bo to przecież nie porażająca góra, były dość dziwne. Tego nie da się wyrazić słowami bo to zostaje gdzieś głęboko w duszy.

Wieczór szybko nadchodzi. Już przyzwyczaiłam się do tej "wspólnoty" - ona chyba do mnie też...

Kolacja na wspólnym stole - czytaj: dwóch ławach na środku izby.

Już poźno, a nam się jeszcze nie chce spać... nie, nie... czerwonego wina nie było! Jak w treści tej piosenki.

Część Grupy wyrusza na szlak okrężny wokół szczytu. Nie byłam, nie wiem... co tam się działo, ale dziwnie ośnieżeni wrócili... chyba lepili bałwany?
Jeszcze trafiło nam się spotkanie z inną grupą górską noclegującą za ścianą. Dwa śpiewniki na dwa śpiewniki - 11 głosów na 12 głosów (część już uśpionych), ale nas było więcej!!!

"Od Turbacza wieje wiatr, niesie nam tę wieść
że tej nocy szczyty gór pokrył biały śnieg"...

A tu...

"Już księżyc blednie na niebie
i promień słońca już błyska
pogasły "światełka" w Hawiarskiej Kolibie
do snu kładzie się cała izba"...

Jeszcze nie wszyscy zasnęli, a nasze "skowronki" wyruszają na polowanie wschodzącego słońca.

Rano... czas do domu czas...
Zbliża się rozstanie...
Wspólne śniadanko, obowiązkowe zdjęcie - ujęcie i czas na uściski.

Część Grupy wraca przez Maciejową do Rabki a część do Nowego Targu.

Mnie po drodze Nowy Targ.
"Maciejowcy" jeszcze odkryli po drodze bacówkę - harcówkę "Bene" i oczywiście kolejne plany im wpadły do głowy.
Nic to, że brodzili w śniegu po pas, bo szlak im zasypało...

Moja część grupy miło schodziła po przetartym szlaku.
W Nowym Targu pożegnaliśmy Mpie.
Jakie były jego wrażenia jako nowicjusza na szlaku z GG, to może sam kiedyś opisze.

Powrót do Krakowa dość wczesny, ale to dla "bezpieczeństwa", żeby nie trzeba było szukać noclegu w Nowym Targu...

Ekspresowe pożegnanie Radyjka, bo pechowo jakoś autobus już oczekiwał w jego kierunku.
Kolejne rozstanie z Agatką, potem ja i Dżagietka.
Kapitan tego "okrętu" opuścił "pokład" jako ostatni.
Jako pierwszy jednak zameldował się na "czacie górskim"!
I TO JEST WŁAŚNIE TO "COŚ", co zatrzymało mnie tu na dłużej.


Z tej opowieści może ktoś wyciągnąć wnioski, że jestem ostatnia "łajza szlakowa" - mnie to nie przeszkadza bo i tak do wytyczonego celu dochodzę.

Zaczęłam tym sposobem nowe życie na szlaku, pozbyłam się balastu bezpośredniej odpowiedzialności za innych i jest pięknie.
Wreszcie mogę spokojnie chłonąć urok gór a jednocześnie być blisko ludzi - ludzi realnych a nie tylko wirtualnych.



Opis autorstwa: bubamary

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com
 

Objęliśmy patronatem:

 



Grupa Górska