• Tatry
  • Dolomity
  • Korona Gór Polskich
  • Grupa Górska
  • Główny Szlak Beskidzki

e-tatry.com

"150 metrów" Dolomity 2006 (Marmolada) - Jakub Sznyr

"150 metrów"

Dwa dni wcześniej...
Po Ferracie Del Masare zrozumiałem, że schodzę zbyt wolno, kolana odmawiają mi posłuszeństwa. Schodzę przy użyciu kijków a i tak boję się postawić pewnie lewą nogę, schodzę na wyprostowanej. Za dwa dni z naszej grupy wyruszy wyprawa na Marmoladę, Piotr, Jarko i Ylam. Tak, oni idą normalnie, sprawnie. Są mocni. Zdecydowałem, że nie będę ich wstrzymywał swoim kaczym chodem. Zostaję z dziewczynami. Może jakieś lajtowe przejście w przyjemniej okolicy.
I niespodziewanie dostajemy dwa dni wypoczynku...
Najpierw nieudany wypad na Torre Exner. Niesamowita nawałnica trzęsąca moim Kangoo dała znać jak silne są siły natury. Wejście na ferratę w tych okolicznościach było równoznaczne z uczestnictwem w canyoningu, w strugach chwilowych wodospadów, które utworzyły spadające masy wody z masywu Sella.
Wracamy do obozu.
Dowiadujemy się o kiepskich prognozach na popołudnie i dzień następny. Ale co tam, w końcu to Dolomity, po każdej nawałnicy jest piękne słońce. Nie tym razem.
Następnego ranka budzi nas równe popukiwanie deszczu o namioty. Śpimy.
Cały dzień obijamy się, jemy, żartujemy, po prostu łapiemy każdą cząstkę energii, jakie daje pożywieni w dużych ilościach. Dziewczyny coś planują na drugi dzień, ja się na ten dzień wyłączyłem.
Wypad do Cortiny, jakieś foty... powrót.
Wieczorem gorąca kąpiel... myśli... po co ja tu przyjechałem... czy będzie mi dane raz jeszcze być w grupie tak fantastycznych przyjaciół???? Czuję, jak te dwa dni zregenerowały moje siły. Nie... nie, tak łatwo się poddaję. Wycieram się szybko i walę do Piotra.
Piotr - tak... idę... OK...
Cholera, nic więcej nie powiedział, nic nie skomentował, nie zapytał skąd taka decyzja.
Po prostu zwyczajne OK.
Pakujemy wieczorem plecaki, szykujemy ekwipunek. Wejście ma być w stylu alpejskim.
Sprawdzamy lonże, uprzęże, raki i czekany, wrzucamy ciepłe polary. W końcu tam jest lodowiec. Samochód wystawiamy poza camping. Pobudka ma być rano o 4-ej a teren biwaku otwierają o 7-ej.
Śpię niespokojnie, taki byłem pewien pod tą ciepłą wodą... a teraz... zwyczajnie się BOJĘ czy dam radę.
Budzę się o 2-ej... nie... jeszcze dwie godziny snu. O 4-ej wstaję jak automat. Piotr wstawaj... reaguje natychmiast... lekko zakręceni idziemy w kierunku toalet, wcześniej zapalamy gaz i wstawimy wodę na herbaty...
Jarko też już się kręci, ostatni wstaje Ylam...
Wypijamy herbaty i wrzucamy termosy do plecaków...
5:00 Ruszamy w kierunku samochodu.
Jazda autem. Kierowca i pilot maja najgorzej. Do przełęczy... wszyscy są czujni, łapiemy foty Marmolady w świetle wstającego różowego słońca. Jedziemy dalej.
Po chwili słyszę jak Piotr z Ylamem równo sobie posapują, zapadli w sen.
Pod Marmoladą meldujemy się o 6,35. Wita nas ostre, zimne powietrze, no tak, lodówka za plecami działa. Szybko szykujemy liofilizaty, ja wmuszam w siebie swoją porcję, nerwy dają o sobie cały czas znać.
W myślach cały czas powtarzam żeby nie dać plamy, żeby reszta nie patrzyła na mnie jak na zbędny balast. Na szlak wchodzimy o 6:45 w okolicy stacji kolejki. Droga jest dość łatwa. Wyruszam pierwszy, i tak mnie dogonią, kluczymy trawersami w kierunku moreny czołowej lodowca, na której jest zainstalowana górna stacja kolejki.
W pewnym momencie dostrzegamy 4 osoby idące zwartym szykiem. Piotr jednym spojrzeniem ocenia... mają 30 minut przewagi nad nami. Około 8:20 droga gwałtownie skręca w prawo i zaczyna schodzić w dół po piargach w kierunku zachodnim. Piotr z Jarkiem wyciągają mapę i upewniają się czy idziemy prawidłowo. Ja się rozglądam dookoła i strzelam zdjęcia. Nerwy i panika jest, ale jakby mniejsza. Rzucam okiem w kierunku Piotra i spółki... I zmroziło mnie... odstawili mnie na 20 minut w tyle, szlak by trafił te zdjęcia. Rzucam się w pościg. Po chwali patrzę raz jeszcze... moja grupa wyłania się za załamania horyzontu a tam daleko są... nasi konkurenci.
Ha ha ha ha... nadrobiliśmy nad nimi 10 minut.
Zasuwam za swoimi. Szlak skręca za skrzesany filar i naszym oczom ukazuje się śnieżny jęzor szczątkowego lodowczyka. Przed płatem bieli dopadamy jak się okazuje niemiecką grupę. Jest 9:07. Ubieramy na wyścigi uprząż i raki. Jakimś cudem kończę pierwszy. Niemcy* się dziwnie mozolą, choć sprzęt mają profesjonalny.
Rzucam jak zwykle "Pa chłopaki, i tak mnie dogonicie"... i walę po śniegu pod górę. Piotr jeszcze zdążył mi pokazać w kierunku, którego żebra mam się poruszać.
Okazuje się, że zasuwam po lodowcu... moim pierwszym lodowcu, a wyglądał jak zwykły jęzor śniegu. Wbijam rytmicznie raki w śnieg, idzie mi się bosko, jest chłodno a nawet zimno, ale ja tak lubię. Podpieram się czekanem, trochę gubię rytm, bo czekan mam w lewej dłoni... nie pasuje mi to wcale. Oglądam się za siebie i z osłupieniem stwierdzam, że zostawiłem wszystkich daleko za sobą. Pierwszy docieram do podstawy pierwszej, krótkiej ferraty wyprowadzającej na Forcella Marmolada. Jeszcze jedno mocne wbicie czekana i... dziura, ręka z czekanem ginie w lodowej szczelinie, wyrąbuję jeszcze fragment i patrzę na dziurę w śniegu przed sobą. Obchodzę ją bokiem i wskakuję na półkę skalnego żebra. Krzyczę za sobą "uwaga szczelina"... widzę jak Piotr, Jarko i Ylam dochodzą do mnie.
Zdejmuję raki - niepotrzebne na ferracie... i nagle jak w złym śnie widzę jak zsuwa mi się rak z buta i spada 5 metrów niżej. Kur...a, szlak, a Niemcy tuż, tuż. Byliśmy pierwsi pod ferratą.
Nie mają litości, obchodzą nas i gramolą się na ferrate, powiązani liną asekuracyjną, w rakach, jest coś komicznego w ich gramoleniu... Oglądam się do tyłu i śmiech mi grzęźnie w gardle... O 9:00 ruszył wyciąg i nagle za naszymi plecami zobaczyliśmy trzy kolejne ekipy zmierzające w naszą stronę. Na ferracie wyprzedził nas jeszcze "Gwidon" z parą młodych Włochów - czyżby miesiąc miodowy na lodowcu? Ylam w końcu wraca z moim rakiem. Ubłagał Niemców i Włochów żeby nas przepuścili. Pierwszy na ferratę wchodzi Piotr, za nim Ja, Jarko i Ylam. Narzucamy mocne tempo. Na ferracie czuję się jak ryba w wodzie. Prowadzi nas na zachodnią grań. Robię, co jakiś czas foty.
Piotr jest dobry w te klocki, co chwila słyszę - kamień, lód... przekazuję niżej.
Liny, drabiny, metalowe kotwy, byle do góry, mijamy nieubezpieczony, zerwany kawałek ferraty, nic to byle do przodu... zaczyna mi brakować powietrza,
Za nami ukazuje się przepiękna panorama Alp Austryjackich, na chwilę przystajemy urzeczeni widokiem. Warto dla takich chwil być tu i teraz... jak TU PIĘKNIE...
Piotr znowu mi znikam z pola widzenia, mam przed sobą tylko grań ze stalową liną. Rzucam się w pogoń za nim... widzę jak Jarko wychyla się zza grani... szkoda tego widoku, strzelam mu zdjęcia - ech ci fotografowie mają przechlapane...
Po swojej lewej stronie wyłania się upstrzone szczelinami wybrzuszenie lodowca... jak tu... ech te widoki, człowiek czuje się zahipnotyzowany coraz to nowym widokiem, każdy krok do góry i każde spojrzenie wstecz... robiłbym zdjęcia co sekundę... tylko, kto by to potem oglądał...
Po białej krzywiźnie porusza się kolejna grupa zdobywców Marmolady. Dopiero ich porównanie z czapą lodowca pokazuje jego wielkość.
Kończy się ferrata i Piotr z szelmowskim uśmiechem rzuca w moim kierunku - a teraz najgorsze 150 metrów w Twoim życiu - ... zgłupiał - pomyślałem.
Przecież to tylko 150 metrów lekko pod górkę bez stalowych lin.
Piotr znika mi w oczach, dopiero teraz widać jego perfekcję w zarządzaniu swoją energią.
A moje 150 metrów zabiera mi całkowicie oddech, mozolę się jak ślimak, krok po kroku byle do przodu, byle na szczyt... ale co to za szczyt...
Dookoła zaczyna się unosić lekka mgiełka, widoczność zaczyna spadać. Przypominają
mi się słowa Piotra, że był tu kilka razy i za każdym razem Marmolada ginęła we mgle i chmurach. A ja mu obiecałem piękne widoki... jakimś cudem przynoszę szczęście, jeśli chodzi o widoki na szczytach gór.
Z mgły wyłania się szczyt i... buda zbita naprędce... z desek... jakby polska prowizorka pozostawiona na czas nieokreślony... najbardziej obskurna szopa jaką widziałem w Dolomitach.
Za nią widać szczyt i krzyż. Koniec. Zdobyliśmy Marmoladę.
Rozglądamy się dookoła. Od strony południowej mgła się rozwiewa i naszym oczom ukazują się nowe przezrocza. Stoimy jak urzeczeni... zdjęcia...
Na szczyt, co chwila wchodzą kolejne ekipy. Robi się mały tłok. Trudno zrobić jakieś zdjęcie
bez niepotrzebnej głowy czy plecaka... taka rzeczywistość... rzeczywistość, w końcu każdy może...
Mgła w swojej łaskawości całkowicie się ulatnia i dopiero teraz zostajemy całkowicie uwiedzeni widokami. Zaczyna się festiwal chmur znaczący pobliskie grupy górskie... Sella po prostu powala na kolana... tylko patrzeć...
Wyjmujemy NASZĄ flage grupy GG, czym wywołujemy pewną sensację. Ludziska
robią nam zdjęcia. Przystojny, młody "Gwidon" z zaciekawieniem przygląda się nam.
Proszę go o zdjęcia naszej grupy. Z uśmiechem pstryka kolejne ujęcia. Gdy dowiaduje się
że jesteśmy Polakami z uznaniem uśmiecha się do nas. Wymienia z szacunkiem jednym tchem Kukuczkę i pokazując na sąsiedni szczyt Marmolady. Mówi o wejściu Kukuczki na tę ścianę.
Dwa razy ją pokonywał. TYLKO on i nikt tej drogi nie powtórzył.
Nasze serca rosną... TU warto się przyznać, że jesteśmy POLAKAMI...
Robi sobie pamiątkowe zdjęcie z nami. Zapraszamy go na naszą stronę internetową. Obiecujemy, że będzie mógł tam zobaczyć wspólne zdjęcie.
Chwila dekoncentracji, każdy z nas je, co ma w plecaku, herbata, czekolada, batony...
I ta dziwna chęć pozostania tu jak najdłużej, napawaniem się filmem, jaki sprawiła dzisiejsza
pogoda... gdyby tak zawsze... po prostu ideał. Aparat zaczyna się grzać.
Widzimy jak kolejne ekipy opuszczają szczyt. Ech... na nas też pora. W końcu mamy jeszcze
niezłe zejście w dół.
Wyciągamy mamuta Piotra i wiążąc ósemki wpinamy się.
Rozpoczynamy zejście stromym śnieżnym stokiem szczytowym, przede mną Jarko, Ylam za mną Piotr.
Daję Piotrowi aparat i ten strzela pierwszej trójce niezapomnianie zdjęcie. Jedno z moich ulubionych z tego wyjazdu. Marsz jest jedyny w swoim rodzaju, idzie się fantastycznie, chłód od śniegu z przyjemnymi promieniami słońca od góry.
Delikatnie nadeptuje na linę... dostaję opieprz, lina może być uszkodzona. Najgorsze jest
to, że zewnętrzna koszulka nie pozwala na ocenę ewentualnego uszkodzenia rdzenia liny.
Biorę linę w lewą rękę i uważam na nią jak na jajko.
Dochodzimy do grani rozdzielającej dwie części lodowca. Mały zator. Ekipy przed nami zdejmują raki. Okazuje się, że włosi założyli tu kolejną ferratę. Zaskoczenie Piotra i żal dziewczyn, które nie poszły na Marmoladę tylko dlatego, że mieliśmy zjazdami pokonać 300 metrową spiętrzenie ściany nad lodowcem. A tu po prostu schodzimy bokiem i po ferracie
Na ferracie cały czas tłok. Wykorzystuję czas na zdjęcia lodowca. Widać z góry jak kolejne czwórki pokonują lodowe pola. W końcu przychodzi nasza kolej. Schodzimy...
Po godzinie drobna konsternacja. Jarko chce zrobić zdjęcia i nie ma aparatu. Ylam przekopuje Jego plecak... Zostawił go na szczycie... czy Ylam dałby radę tam szybko wejść. Jest najmłodszy i najsilniejszy. Po moje raki się wracał...
Słyszę wypuszczane powietrze i ulgę w głosie Jarko. Jest aparat. Wszystko OK.
Marsz zabiera nam godzinę i 7 minut. Wydaje się niewiele. Schodzenie po stoku nachylonym pod kątem 40 st robi swoje. Zaczynam odczuwać ból w kolanach. Zejścia to moja zmora, lewa noga prawie sztywna. Dobrze ze śnieg odrobinę amortyzował mikrourazy. Ale...
Docieramy na skraj lodowej czapy. W końcu kawałek skały. Siadamy szczęśliwi. Puszczają napięte nerwy. Oglądamy się za siebie. Lodowa biel uśmiecha się do nas... a MY do siebie. Piotr nam gratuluje. Ściskamy się jak dzieciaki w piaskownicy.
Pierwsze podsumowania. Liczymy czas podejść wg naszego idola Tkaczyka.
Zamiast 7,5 godziny wejście zrobiliśmy w 5,5 godziny...
Jarko zdejmuje buty. Nie lubi zakładać stuptutów... i nie założył na lodowiec.
Śmiejemy się a Jarko przechyla buty i wylewa z nich wodę. Jemy... pijemy herbatę
Patrzymy jak kolejne ekipy docierają do górnej stacji kolejki... Kolana mnie bolą jeszcze bardziej jak myślę o dalszym schodzeniu, podejmuję decyzję, że zjadę kolejką. Jeśli się uda zabiorę reszcie plecaki, może do tego się przydam.
Zbieramy się z gościnnej skały. Myślimy o mokrych nogach Jarko, które może przy zejściu
pościerać do krwi. Pamiętamy jeszcze asfalt pierwszego dnia, który załatwił Piotrowi nogi na kilka dni.
Docieramy do kolejki. Chwila strachu. Szukam kluczyków do samochodu. Nie ma ich.
Przerzucam cały plecak. Cholera. Nic. Ylam patrzy na mój cudaczny plecak. Jego uwagę zwraca mój woreczek na okulary przytroczony do plecaka... tak... są klucze. Dobrze je schowałem.
Wybuchamy śmiechem.
Ylam idzie się dowiedzieć po ile są bilety. Po 4 euro. Szybko liczymy. Moje kolana, pościerane pięty Jarko... nie, to by była głupia oszczędność. Mam kasę przy sobie,
Sebastian kupuje bilety i komfortowo opuszczamy górną stacje kolejki w gondolach. Robimy falę. Sebastian to uwiecznia na filmiku... Przyjemny powiew wiatru...
Schodzimy do naszego kochanego Kangoo, który cierpliwie czekał na nas na parkingu.
Ktoś rzuca pytanie: a ile kosztuje wjazd kolejka i trasa w obie strony. Nikomu nie chce się wysiadać z autka. Bezczelnie podjeżdżamy samochodem pod same drzwi wyciągu. No tak
jazda bez względu na kierunek w jedna stronę kosztuje 4 euro, w obie 7,5.
O tak... teraz już możemy pomachać Marmoladzie... i możemy wracać do obozu.
Jest 17-ta z groszami. Byliśmy przyszykowani na powrót o 23-ej. Nie było takiej konieczności.
Było pięknie...




Opis autorstwa: Jakuba Sznyra

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com
 

DOLOMITY - góry przyjaźnią pisane... - Piotr

DOLOMITY - góry przyjaźnią pisane...


Monotonny warkot „foczego” diesla po raz kolejny usypia świadomość - przebudzenie - nim opadająca w przód głowa uderzy w deskę rozdzielczą Kangura, który mknie teraz autostradami Austrii wioząc mnie do domu.
Za szybą jak w kalejdoskopie zmieniają się obrazy znanych mi lub też nie gór i szczytów …
… w głowie kłębiące się myśli, obrazy pięknych dni, które stały się kolejnym wspomnieniem - zapisem czasu zachwytu, bezinteresownej przyjaźni, strachu i radości, zmęczenia i siły woli. Przed oczami szpaler twarzy, a w ich oczach odbicie niebotycznych turni, skrzesanych ścian skalnych, głęboko wciętych, zielonych dolin upstrzonych plamami szmaragdowych jeziorek. Każda z twarzy to zdarzenia i miejsca, które zapadły głęboko w pamięć …

 



Struś ...


...poruszam się ociężale w powietrzu gęstym od żaru, nasączonym mieszaniną tak silnych, że aż odurzających aromatów kosodrzewiny i ziół, powietrzu martwym w swym bezruchu. Słońce wisząc nieruchomo na wyblakłym błękicie nieba wytrwale emanuje energię, która chyba tylko na mnie się skupia. Myśli błądzą gdzieś, co jakiś czas katując mnie pytaniami bez znaczenia, na które otępiały umysł nie znajduje odpowiedzi … która może być godzina?, ile już tak idziemy?, ile jeszcze będziemy iść? … beznadziejne są te myśli, beznadziejne i ciężkie jak mój plecak. Oślepiony ostrym światłem wzrok, zachłannie wyszukuje odrobiny cienia, którego znalezienie na tym południowym stoku można umieścić w kategorii cudów.
Wlokąc nogę za nogą, zbliżam się do skalnych ścian wyrastających pionowymi zerwami ze stromego, porośniętego niską kosówką stoku. Ścieżka raz wznosząc się to znów opadając prowadzi wciąż wyżej i wyżej, w kierunku śmiesznej turni w kształcie baszty, która strzeże przełęczy … przełęcz … ależ tam jeszcze daleko! … te przestrzenie … masakra, idę już pół dnia a ta baszta jak była daleko - tak jest nadal …
… STOP! … nim otępiałe ciało zrozumie sens myśli, robię jeszcze kilka kroków. Zatrzymuję się i oglądam w bok, za siebie i już czuję błogi chłód cienia, który tworzy minięta właśnie niewielka nisza w pionowo skrzesanej ścianie.

Wracam te kilka kroków, zagłębiam w cień i z uczuciem wielkiej ulgi zrzucam plecak, siadam opierając się o chłodna ścianę, mmm … nic więcej oprócz picia nie jest mi teraz potrzebne. Otwieram klapę plecaka, który skrywa w swych wnętrzach obiekt mego pożądania – czerwony termos pełen słodkiej i rozkosznie gorącej herbaty. Kilka łyków przywraca czucie w ustach i krtani, a wysuszone i spękane wargi przypominają o swym istnieniu, myśli – jakby żywiej nieco zaczynają krążyć … wiem, teraz wiem, że jednak żyję, a to, co mam przed oczyma ma kształt skończonego piękna, tak … piękno w strzelistą skałę zaklęte.

Nie wiem ile czasu minęło, ile czasu patrzyłem urzeczony na górę, wzdłuż której tyle przecież czasu szedłem … charakterystyczny chrzęst żwiru zgniatanego wibramem wyrywa mnie z nieruchomego zapatrzenia, leniwie zwracając głowę w kierunku nadbiegającego dźwięku wypatruję szczęśliwca, który już za chwilę będzie jak ja delektował się cieniem … czerwony kask, rude, spięte z tyłu włosy i uśmiech w kształcie banana malujący się na zmęczonej twarzy ozdobionej okularami a’la mrówa robotnica … „ooo CIEŃ – jak fajnie!!” z wyraźną ulgą siada obok i próbuje uspokoić oddech, podaję kubek, który natychmiast wędruje w kierunku spierzchniętych warg. Mija chwila i górską ciszę znów zakłóca chrzęst żwiru, to następni dochodząc do niszy z westchnieniem padają w cień … byle, choć na chwilę uciec z pod palących promieni oszalałego słońca …
… siedzimy milcząco, każdy na własny sposób wsłuchany w głosy przyrody i swego ciała, ciężkie to widać myśli, bo choć w pięknym miejscu jesteśmy, na żadnej twarzy nawet cień uśmiechu nie gości.

Przydałaby mi się gęś …
??? …
… przydałaby mi się gęś – padło już wyraźniej – taka, wiecie - tresowana.
„Coś się stało Kasi – myślę – to ten upał chyba”
Wszyscy zwracają głowy w Jej kierunku.
Do czego Ci tresowana gęś!? – pytam ostrożnie
Bo nie musiałabym nosić tego ciężkiego plecaka tylko ona by mi go niosła …
Gęś? … niosła by Twój plecak? … przecież my ledwo potrafimy go unieść a Ty z gęsią wyskakujesz – próbuję jak najbardziej logicznie odpędzić widmo obłędu.
Zapada pełna niepokoju długa cisza.
Masz rację – mówi Kasia – gęś była by nie dobra … (ulga spływa na mnie) … lepszy byłby struś!.
Zapada grobowa cisza i nagle wszyscy wybuchamy gromkim śmiechem, a Kasia ciągnie swoją wizję dalej …
… no, bo on ma tak jakby większe trochę łapki i dłuższą szyję, którą mógłby się zaczepiać o występy skały.

Porażeni wizją wspinającego się strusia, objuczonego plecakiem Kasi - tarzamy się ze śmiechu, próbując zapanować nad bolącą przeponą łapię głęboki oddech, na nic jednak moje wysiłki, wzrokiem trafiam na purpurową ze śmiechu Agatę, która jak ja trzymając się za brzuch „pęka” wprost ze śmiechu. Nasz śmiech niósł się pewnie daleko wśród tego pustkowia, ale nie można było się powstrzymać, a i te góry pewnie nie słyszały jeszcze czegoś takiego.

Powoli opada z nas fala śmiechu, a ja dopiero teraz rozumiem Kasię, dopiero teraz pojąłem, o co Jej chodziło – ta delikatna i krucha dziewczyna, zmęczona może nawet bardziej niż my wszyscy - miała w sobie jeszcze na tyle energii by absurdalnym pomysłem wywołać wśród nas atak niekontrolowanego śmiechu – odpędzając tym samym wszystkie czarne i przytłaczające nas zmęczeniem myśli.


Podnoszę się wolno, zarzucam plecak i uśmiechając się dziękuję Kasi przelotnym mrugnięciem – odpowiada mi tym samym.
To będzie piękny dzień – myślę i stawiając kolejne kroki, prowadzę moich przyjaciół na spotkanie kolejnej przygody.




Błąd …


… kolejny trawers wyprowadza mnie z mrocznego komina na otwartą ścianę, wychylony daleko w tył wypatruję dalszego przebiegu ferraty … jest!, w rzednacej na moment mgle widzę stalową linę jak przecina niemal w poprzek gładkie spiętrzenie, by po wyjściu na balkon śmiałym rzutem wznieść się ostrzem strzaskanego filara … zwracam wzrok w dół i widzę jak troje ludzi schodzi w ciemny komin z którego właśnie wyszedłem, rozpoznaję jedynie najbliższą mnie Agatę, pozostali to rozmazane we mgle kontury bez szczegółów.

Opieram głowę o skałę, szukając chwili wytchnienia łapię oddech. Obserwuję chmury, jak dojmującym wiatrem podrywane z kotła suną ścianą by osiągnąwszy grań przelać się na drugą jej stronę … wyostrzone zmysły wyłapują każdy dźwięk wiatru, spadającego kamienia czy pomruków zbliżającej się wolno burzy. Bliski grzmot podrywa mnie i mobilizuje do działania, ponownie spoglądam w dół, niestety kolejna chmura szczelnie okryła ścianę nie pozwalając dostrzec niczego. Wciskam przycisk walke-talkie i wywołuję Ylama – zamykającego dziś naszą grupę … otrzymana wiadomość nie jest po mojej myśli – jest jeszcze na pochyłym gzymsie, a więc jakieś 50 m od komina. Nasza grupa rozciągnęła się na odcinku jakichś 150 – 200 metrów … nie dobrze … podświadomie rejestruję świst wiatru przewalającego się wąskim wcięciem w grani, czuję że to już blisko, lecz nie mogę ocenić odległości.

„Ylam – rzucam w eter – podgoń „ogon” bo nas tu burza dopadnie …”
„Daleko jeszcze na grań?” - słyszę w odpowiedzi. Chwila zastanowienia i …
„Ty masz jeszcze daleko, co najmniej 300 metrów.” – „strzelam”.
„Oki, podgonię … ale fajnie jest co?” – na dźwięk tych słów mimowolny uśmiech zagościł na mej twarzy – „fajnie” – odpowiadam.
Spoglądam w bok, przepinam lonżę i stawiając krok posuwam się naprzód, każdy kolejny przybliża mnie do końca ferraty, każdy następny, pozwala mieć nadzieję ucieczki ze ściany nim zacznie padać a szorstka do tej pory skała zamieni się w śliską taflę. Koniec stalowej liny zastaje mnie w poprzegradzanym wysokimi stopniami kuluarze, z opisu w przewodniku wynika, że to już naprawdę niedaleko. Podchodzę wyżej … pokonując kolejny z progów dochodzę pod wcięcie przełączki, postanawiam zaczekać na pozostałych. Zrzucam plecak, siadam na głazie i wystawiam twarz a pędzący wiatr przyjemnie chłodzi rozgrzane czoło. Błoga chwila odpoczynku … wraz z kolejnym pomrukiem pierwsze krople deszczu barwią ciemnymi plamami skałę …

„… zaczęło się” – myślę, co prawda to jeszcze nie ulewa, ale …
Mija dość długa chwila nim widzę zamykającego pochód Ylama. Podnoszę się dając tym znak, że ruszamy dalej …
„Chcemy odpocząć, coś zjeść …”
„A słyszycie to? ...” – przerywam w pół zdania - „… jak nas dopadnie, to odpoczynek w piekło się zamieni. Idziemy!” – rzucam przez ramię i ruszam …

… kilka godzin później siedzimy w komplecie przed kapsułą biwakową – naszym schronieniem na tę noc. Gotujemy wodę, jemy łapczywie by zagłuszyć dręczący nas już od jakiegoś czasu głód. Czekając na zagotowanie wody, podchodzę do każdego pytając czy wszystko jest w porządku. W większości uśmiech wystarcza za odpowiedź.

„I jak, wszystko OK. ?” - pytam podchodząc do Jędrka i foki.
„To był błąd.” – zatrzymuje mnie w miejscu …
„Proszę ?” – gorączkowo myślę gdzie go popełniłem.
„To był błąd że nie zatrzymaliśmy się na posiłek.”
„Przecież wiecie dlaczego …” – tłumaczę decyzję i ciągnę dalej – „… gdyby zrobiło się gorzej mielibyśmy wszyscy poważny problem.”
„Ale się nie zrobiło!”
„No tak, nie zrobiło się …” – potwierdzam i odchodząc myślę, że nie zrozumieli mnie.

Oby góry były na tyle łaskawe by sensu tych słów nie trzeba było doświadczać na własnej skórze …

… kilkanaście godzin później, siedzimy ściśnięci w małej kapsule biwakowej nieopodal przełęczy, osłonięci jej metalowymi ściankami przed szaleństwem popołudniowej burzy. Grzmot za grzmotem wzmocniony echem ze ścian zamykających kocioł, świszczący w stalowych odciągach wiatr i werbel gradu wściekle bijącego w „blaszankę”, zagłuszają skutecznie każde wypowiedziane słowo. Szaleństwo nawałnicy trwało ledwie półtorej godziny, lecz wystarczyło by wokół zrobiło się biało, grad grubą warstwą zalegał każde zagłębienie terenu, z okolicznych ścian trysnęły potężne kaskady wodospadów. Staliśmy oniemiali i szczęśliwi, że góry pozwoliły nam na czas dotrzeć do schronienia, że mogliśmy bez konsekwencji oglądać potęgę żywiołu …

… zarzucam plecak i mijając chłopaków rzucam – „Teraz już wiecie, co miałem na myśli mówiąc o piekle. Nadal uważacie ze to był błąd?.”
Błysk zrozumienia w oczach i uśmiech na twarzy był wystarczającą odpowiedzią.


Oni już na pewno nie zaryzykują - pomyślałem i zadzierając wysoko głowę, lustrując czekającą mnie drogę wymruczałem pod nosem standardowe – bose, jak ja nie cierpię tych podejść!!



Piękno


Schodząc w dół ruchomym piargiem, pilnie obserwuję pokryty grubą warstwą śniegu stromy żleb znajdujący się na mojej drodze. Co chwilę widzę toczące się po jego powierzchni kamienie, większe i mniejsze, obrywając się w górnej części żlebu którą jest mocno strzaskany komin - ze świstem lub charakterystycznym furkotem przelatują po zlodowaciałej stromiźnie wyprofilowanej na kształt szerokiej rynny …

„Trzeba będzie szybko przejść żleb by się nie spotkać z jakąś pędzącą cegłówką …” – myślę - „… ale jak to zrobić?, muszę po drodze wybić dobre stopnie bo większość ma miękkie buty, a pośpiech i słabe stopnie to …”

… udało się!, stoję zdyszany po drugiej stronie żlebu … „można iść …” – krzyczę w stronę grupki stojącej za olbrzymią wantą – „… pojedynczo!.”

Przesuwam się w bok robiąc miejsce dla pozostałych i odwracając głowę patrzę na dalszy przebieg drogi.

Krótkie, strome zejście sprowadza mnie pod skalną ścianę ograniczającą od tej strony żleb. W jej potężnym murze zbrojnym w gładkie płyty jest jeden słaby punkt - to krótki, żółtej barwy komin „uzbrojony” w dwie drabiny, pozwala nam dostać się na olbrzymią półkę skalną ciągnącą się niemal przez całą długość ściany. Ruszam pierwszy, za mną Agata. Z trwogą malującą się w oczach, wychodzi ze znienawidzonych przez siebie drabin. Rozpoczynamy długi marsz szeroką i wygodną półką, która raz wznosząc się łagodnie to znów opadając prowadzi nas wzdłuż potężnych, niemal czarnych ścian.

Z oddali dochodzą pomruki burzy, która na szczęście dla nas oddala się.
Niebo zaczyna nabierać barwy granatu a chmury, ścielące się nisko, z różnych odcieni szarości przechodzą w głęboką czerń …

… wychodząc z wklęsłej w tym miejscu ściany na krawędź jednego z licznych filarów staję oniemiały. Obraz, który mam przed oczami zapiera dech, odsuwam się w bok przepuszczając Agatę, która robi kilka kroków i zatrzymuje się w pół ruchu. Domyślam się, co czuje …

… „Aga”

…”Aga …” – mówię, dotykając jednocześnie Jej ramienia – „… nie zrobisz zdjęcia?”
… „Co?, aaa … no tak. Już, już.”

Trzask zwalnianej migawki uwiecznia jeden z najpiękniejszych widoków, jaki przyszło mi oglądać na tym wyjeździe …

… niezmierzony ocean kłębiących się u naszych stóp chmur. Tam gdzie padły promienie słońca - rozświetlały się śnieżnobiałym blaskiem, w cieniu zaś przybierały barwę ciemnej szarości, z której wystrzelały w niebo czarne niemal wierzchołki.

Cały ten spektakl trwał krótko, zbyt krótko … i nim kolejni wyszli na ostrze filara tonęliśmy już w gęstej mgle chmur, które jeszcze przed chwilą tworzyły piękny, kłębiasty kobierzec.

Ruszam dalej, słyszę idącą za mną Agatę. Poruszamy się w tak gęstej mgle, że gdy tylko oddalam się na kilka metrów tracę z Nią kontakt wzrokowy.

W pewnym momencie silniejszy podmuch wiatru rozrywa gęsta zasłonę i tworząc olbrzymich rozmiarów okno ukazuje nam koleją część spektaklu – barwnego, górskiego zachodu, a widok to piękny … bo kiedy z pod grubej, czarnej warstwy chmur przecięta wpół czerwonawa tarcza słońca śle intensywnie żółte światło, które przeciskając się między czarnymi wierzchołkami tworzy złote smugi sięgające swymi ramionami dna ciemniejących, zamglonych dolin - coś ściska mi gardło.
.
Siadam bezwolnie i chłonę każdym ze zmysłów ten jedyny, niepowtarzalny spektakl przyrody.
„Ależ to cudowne !!” – słyszę z tyłu.

Na dźwięk tych słów odwracam głowę i widzę Agę z przyciśniętym do twarzy aparatem, trzask migawki … nie zwalniając spustu robi zdjęcie za zdjęciem. Przerywa dopiero wtedy, gdy gasną złote promienie, gdy całą przestrzeń wokół spowija już tylko gęstniejący szybko mrok …

… długi był jeszcze dla nas ten dzień obfitujący w moc wrażeń. Podarował nam obezwładniające ciało pragnienie i spiekotę palącego słońca, schronienie w czas nieobliczalnego szału gradowej burzy, apatię zmęczenia wytężającą i długą trasą, niewygodny biwak w skalnej grocie … ale ja wiem jedno – wszystko to poszło już w niepamięć, pozostał Jej tylko ten widok który określiła cudem …

… miałaś rację – to był cudowny widok Agato



A mnie tam …”


Zatrzymuję się na szerokiej, usłanej piargiem skalnej półce. Odwracam się. W gęstniejącym szybko mroku widzę już jedynie szereg dochodzących do mnie czarnych, ledwie odcinających się na tle ciemnego nieba postaci. Zrzucam plecak i po chwili wydobywam z niego czołówkę. Jeden ruch ręką i żółto-biały snop światła kroi mrok wyłuskując szczegóły otoczenia, przywracając czarnym nierozpoznawalnym sylwetkom twarze przyjaciół.

Jest już późno a my tkwimy jeszcze gdzieś w olbrzymiej ścianie. Dawno już straciłem orientację – nie wiem ile jeszcze przed nami, ile pod nami … w gęstniejącym mroku wyszukiwanie drogi stało się loterią, niebezpieczną loterią … w mięśniach czuję ołów zmęczenia, mózg też jak by pracując wolniej domyśla się, że pozostali również mają dość. Mgliście rysująca się obawa biwaku w otwartej ścianie właśnie nabrała realnych kształtów - podejmuję decyzję o biwaku i jeszcze nie informując o tym pozostałych szybko wracam pamięcią do ostatnich fragmentów drogi, którą przebyliśmy w poszukiwaniu schronienia – wysiłek niestety bezowocny – nie przypominam sobie jakiejkolwiek „zadaszonej” możliwości schronienia. Gaszę czołówkę i spoglądam w górę, tam gdzie spodziewam się znaleźć niebo … jednolita czerń łączy wszystko to, co nad głową, obok mnie i pod stopami, żaden nawet najdrobniejszy błysk czy choćby ślad światła nie zakłóca idealnej czerni panującej dokoła …

„a więc jest duża szansa na deszcz” – myślę gorączkowo – „trzeba koniecznie coś znaleźć, bo biwak zamieni się w kolejną męczarnię zamiast przynieść wytchnienie umęczonemu ciału.”

… „Pójdziesz przodem? … „ – zwracam się z pytaniem do Jarka – „… chodzisz z nas najszybciej więc rwij do przodu i spróbuj coś znaleźć.”
„Ja z Nim pójdę” – słyszę głos niezmordowanego Ylama.
„Oki, rozglądajcie się dobrze.” – i nim skończyłem, odwrócili się na pięcie i już pognali w spowity mgłą mrok.

Zarzucam plecak i ruszając w ślad za tą dwójką rzucam przez ramię - „Idziemy” – w odpowiedzi słysząc zniechęcone kolejnym wysiłkiem westchnienia i jęk narzekania Ani która nie potrafi w inny sposób okazać zadowolenia. Powoli, zmęczonym krokiem posuwamy się szeroką, usianą piargiem półką wzdłuż pionowych zerw, podświadomie czuję ze to już niedaleko, że jeszcze trochę wysiłku a staniemy w łatwiejszym terenie który pozwoli na kontynuowanie marszu i dojście do schroniska, ale mgła i gęsty mrok skutecznie studzą moje zapały, nie mogę ryzykować poruszania się tak dużej grupy w nieznanym terenie a próby zorientowania z opisów znajdujących się w przewodniku nawet za dnia kończą się fiaskiem …

… „hrrrhhrhrrhr” … - dźwięk z głośniczka walkie talkie chce mnie o czymś poinformować
… „Powtórz”
… „hrrhlazłemhr …” – już bardziej zrozumiale dobiegło – „… hrrhrest dość hrrhuża i płaskhrrrhhr.”
… „W porządku, zaczekajcie przy niej.” – mówię naciskając jednocześnie przycisk nadawania.

Ruszamy dalej, teraz jednak pełni nadziei na rychły i bezpieczny odpoczynek. Krocząc po piargowisku wyczuwam, że półka, po której idziemy wznosi się stale a więc oddala nas od upragnionego dna kotła. Po chwili docieramy na odległość pozwalającą dostrzec światła czołówek, wszyscy poruszamy się szybciej jak gdyby ktoś podarował nam dodatkowy zapas energii …

… „Zobacz ją” – zwracają się do mnie.

Podchodzę jeszcze kilka kroków dzielących mnie od niskiej, lecz dość szerokiej nyży, pochylając się kieruję snop światła i zaglądam do jej wnętrza – dość równe dno zachęca do skorzystania z tego schronienia, mój niepokój wzbudza jednak zauważona spadająca kropla wody. Pochylam się mocniej i oświetlam strop – oczom ukazuje się spękana skalna powierzchnia, przez którą przesącza się woda z górnych partii ściany, dopiero teraz zauważam deszcz spadających kropel …

… „No i szlag trafił babcine gęsi” – myślę – align="justify">„Szukamy dalej, jeśli w ciagu pół godziny nie znajdziemy niczego innego zostajemy tutaj.” – mówię zwracając się do czekających na decyzję. Bez zbędnego słowa Jarek rusza w dalszą drogę, na miejscu pozostaje Ylam, patrząc na Niego myślę sobie, że pewnie ma już dość i zmęczenie pokonało nawet Jego.

Zrzucamy z wyraźną ulgą plecaki i każdy siada gdzie może, panuje pełna zmęczenia cisza przerywana jedynie pokasływaniem z wysuszonych gardeł. Walkie talkie milczy zawzięcie a ciągnące się minuty dłużą w nieskończoność. Kiedy po wieku czekania zaczynam się przyzwyczajać do myśli o mokrym biwaku, milczące do tej pory pudełeczko zaczyna trzeszczeć by po chwili zakomunikować że jest!, jest duża i sucha grota ale musimy podejść jakieś 10 minut.

„Zbieramy się” – komunikuję – „Jarko znalazł lepsze miejsce” …
… już jakiś czas pniemy się mozolnie wydeptaną ścieżyną, czas znów się rozwlókł w nieskończoność nim dochodzimy do czekającego nas Jarka
„Fajna?, gdzie jest?” – padają zewsząd pytania
„Nie daleko jakieś 5 minut, może więcej …” – informuje –

„… kto ma mój plecak?” – rzuca, jednocześnie rozglądając się w koło. Zapada cisza, każdy ogląda się na drugiego a do mnie dociera, że w całym tym zamieszaniu nikt nie zwrócił uwagi na to, że Jarek pognał na poszukiwanie miejsca pod biwak zostawiając swój ciężki plecak, a teraz wracał by go od nas odebrać. Zrobiło mi się głupio że nie dopilnowałem, że nie sprawdziłem czy coś nie pozostało na miejscu postoju nim ruszyliśmy dalej.

„Dobra, ja pójdę” - mówię odpinając pas biodrowy mego plecaka.
„Nie, ja skoczę. Idźcie dalej aż na taką półkę na krawędzi filara, tuż za nią jest otwór groty, nie sposób go przeoczyć.” – przerywa mi Jarek i rozpływa się w gęstej nocnej mgle …

… nasz dalszy marsz przerywa kolejny postój, grupa nie chce iść dalej bojąc się minąć otwór groty, na szczęście słychać brzęk „szpeju” i chrzęst piargu a więc Jarek jest już niedaleko, jeszcze chwila i z wszechobecnej mgły pomału wyłania się światełko Jego czołówki. Kiedy dochodzi – ruszamy dalej …

… stojąc przed otworem pieczary oświetlamy jej wnętrze, oczom naszym ukazuje się sucha, dość sporych rozmiarów, zwężająca się ku końcowi komora ze stromo wznoszącym się dnem, jest dobrze więc już po chwili część plecaków ląduje u samej góry, poniżej lokuję się Kasia, Agata i Jarek. Ja znajduję sobie miejsce nieco niżej a obok Ania, poniżej której Jędrek i Ylam lokują swoje zmęczone mięśnie, całkiem poniżej widzę fokę, który przycupnął u wylotu groty. Jesteśmy tak zmęczeni, że żadne rozmowy nie zakłócają ciszy …

… noc przemija na zwyczajowym wierceniu i ciągłych zmianach pozycji w poszukiwaniu tej wymarzonej, niedościgle optymalnej i równie odległej jak nasze wygodne namioty w Misurinie …

… otwieram ostrożnie oko, wpierw jedno, bo podświadomie czuję, że każdy ruch, nawet powieki może wywołać ból ciała, które dziwnie skręcone próbowało dopasować się do usłanego różnej wielkości kamieniami dna groty. Delikatna, błękitna poświata nieba z brzoskwiniowo zabarwionymi chmurami rozpruwanymi przez dziko skrzesane dolomitowe turnie przyciąga moją uwagę, widok ten – tak olśniewający – zmusza mnie do wstania bez względu na krzyczące oburzeniem, obolałe ciało. Siedząc podziwiam spektakl barw, który właśnie rozgrywa się przed moimi oczami. Spoglądam w bok i widzę jak pozostali chłoną tę grę koloru światła, złotego blasku i głębokich cieni.

Krótką jest chwila świtu i choć na długo wryła się swym pięknem w pamięć jestem wdzięczny Agacie i foce, że zamiast grzać się jeszcze jak my w śpiworach gonią już z aparatami uwieczniając dla nas te piękne sekundy budzącego się dnia. Kiedy słońce przestaje malować bajeczną barwą świat a widok staje się normalny, nadchodzi najgorszy czas, czas wstawania …

… „I jak się spało?” – rzucam w przestrzeń, w odpowiedzi słysząc wśród samych narzekań głos Jarka – „a mnie tam się dobrze spało!”. Z niedowierzaniem patrzę na Jarka, który kładąc się spać powyżej mnie w efekcie wiercenia się wylądował tuż obok, ale „banan” na Jego twarzy upewnił mnie że mówi prawdę.


Kiedy kilka godzin później schodziliśmy szerokim stożkiem usypowym w kierunku widocznego w oddali schroniska jeszcze raz ożył w mej pamięci widok groty i sylwetki zmęczonych długim, wytężającym dniem przyjaciół wyciągających resztki żywności i dzielących się nawet najmniejszym jej kawałeczkiem. Jeszcze raz zobaczyłem jak zlewają resztki herbat i pozostałości wody do jednej menażki, jak dzielą się każdym łykiem podgrzanej na końcówce gazu brązowawej, mętnej cieczy, która w tym momencie miała smaku nektaru.

„Tak … to był piękny widok” – mruczę do siebie i uśmiechając się do otaczających mnie niebotycznych skał dziękuję górom, że pokazały nam to, co mamy najpiękniejsze – nasze charaktery.



Sama … nie samotna”


Siedząc w namiocie tępym wzrokiem wpatruję się w opuchniętą jak dynia stopę. Po głowie krążą czarne myśli i uporczywie powracające pytanie – jak ja jutro nałożę but!? To, co widzę nie nastraja mnie optymistycznie - z mojego rozmiaru 41 zrobiło się jakieś 44 i nie pomogło, że już dawno przestałem zwracać uwagę na pulsujący w niej ból, do codziennego rytuału przeszło poranne zaciskanie zębów przy wbijaniu jej w but, rutyną staje się zniesienie go przez kilkanaście minut nim środki przeciwbólowe zaczną działać na tyle by móc iść.

„No to mam pozamiatane, mogę zapomnieć o jutrzejszym wyjściu …” – myślę – „… muszę znaleźć coś alternatywnego dla grupy, przecież nie będą tu siedzieć!”

Łapię „Tkaczka” i wertując strony natrafiam na znaną mi nazwę – Masare – tak!, to jest to!, przechodziłem tą ferratę, pamiętam jak zauroczyła mnie swym charakterem i pięknymi widokami. Wołam Jarka i Ylama, w skrócie informuję ich o sytuacji i przedstawiam propozycję. Chwila zastanowienia, uśmiech i – „nie ma sprawy, damy radę.” – odpowiadają, a ja wiem że dadzą …

… żar południowego słońca zawieszonego wysoko na błękitnym sklepieniu łagodzi cień świerków, wśród których są rozbite nasze namioty. Siedząc przed jednym z nich, przeglądam przewodniki porównując je z mapą, wtem łomot spadających menażek wyrywa mnie z zamyślenia – spoglądam w bok, za róg namiotu i widzę jak jedna z grasujących po kempingu wiewiórek próbuje zwiać z wielkim kawałkiem sera, którym Ylam okrasza swoje kulinarne wyczyny. Podrywam się a wiewiór - złodziejaszek porzucając zdobycz w popłochu ucieka na drzewo. Zabieram tak dzielnie obroniony ser i budując przemyślną konstrukcję z menażek kładę go na widocznym miejscu obciążam, czym się tylko da, dzięki temu zabiegowi mam niezły ubaw przez następne półtorej godziny, kiedy to uparte stworzenie dokonywało cudów akrobacji by się dobrać do parmezanu …

… żółta kula słońca przebyła już 3/4 swej drogi na nieboskłonie, palący żar zelżał, wiewiór już dawno zwątpił, grupa pewnie kończy „walkę” na ferracie, Bubamara przemierza sobie tylko znane ścieżki a ja umieram z nudów …

… kemping pomału zapełnia się ludźmi powracającymi z tras, tylko nasza część tonie w ciszy i bezruchu. Pobliska grań zasłoniła słońce i kładąc się głębokim cieniem na kempingu zwiastuje nadejście zmierzchu, przyglądam się grze złotych świateł na zachodniej ścianie Pomagagnon…

„Cześć …” – wyrywa mnie z zadumy. Odwracam głowę i widzę uśmiechniętą twarz Buby wchodzącej w krąg naszych namiotów – „… no i jestem !. Ale dostałam dziś w kość …” – kontynuuje – „… piękny szlak, długa i piękna trasa, szkoda tylko że taka pusta – wiesz, kompletny brak ludzi!”. Plecak ląduje w namiocie a Buba „na gorąco” opowiada o swym dniu dzisiejszym – o kolejce, która wywiozła Ją na Lagazuoi Piccolo, z błyskiem w oku mówi o wspaniałej panoramie z tarasu schroniska, o napotkanej tam pracującej polce, opuszcza głowę, gdy mówi o swej pomyłce i zejściu złym szlakiem, rozpala się ciągnąc opowieść o powrocie i dalszym marszu na przeł. Travenazes, o pełnym obaw samotnym przejściu pustą doliną, o kolejnych przeprawach przez rwący potok i o tym, że potrafiła przejść tą długą i dziką trasę, że zrobiła to sama.

Słuchając tej relacji nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Buba chodząc ścieżkami „swoich dolomitów” nie tylko jest w nich, Ona chłonie te góry całą sobą tak jak robią to ludzie, którym ziszcza się marzenie … wielkie marzenie.

„Jesteś odważna …” – myślę, obserwując Jej drobną sylwetkę, kiedy niknie w swoim namiocie by przygotować posiłek – „… bardzo odważna, podejmując się samotnie trudów marszu w nieznanych sobie górach samotnie … samotnie? - sama … nie samotna, za towarzystwo wszak masz najlepszego kompana … SWOJE MARZENIE.



Jestem pechowcem...


Dzień pierwszy …

… stoimy w ósemkę pod skrzesanymi ścianami, którymi biegnie ferrata. Pomagam ubrać uprząż tym mniej wprawnym obserwując jednocześnie twarze pozostałych. Staram się spokojnym głosem przekazać niezbędne do bezpiecznego poruszania się informacje, uspokajam napięte nerwy. Wiem, że kiedy tylko dotkną skały, kiedy zaczną zastanawiać się nad pokonaniem danego fragmentu wszystkie te obawy, które teraz są Ich udziałem znikną, nie będzie na nie miejsca. Niestety nie mogę tego powiedzieć o sobie, dla mnie obawa czy dobrze wybrałem pierwszą ferratę, czy dobrze zrobiłem planując na pierwsze wejście jedną z najtrudniejszych dróg będzie towarzyszyła do jej końca …
… bo plan był prosty, wziąć grupę na krótka ale bardzo trudną ferratę po to by zobaczyć jak sobie na niej poradzą indywidualnie i grupowo, czy będą w stanie sprostać trudnościom i jeszcze pomóc partnerowi w zespole, jeśli wszystko się powiedzie – to już tylko zła pogoda lub zmęczenie może nam odebrać radość ze wspinania w Dolomitach …
… bacznie przyglądam się pierwszym ruchom kolejnych wchodzących, łatwy początek ośmiela a pokonywanie kolejnych trudności idzie coraz sprawniej. Kiedy idąca przede mną Ola znika w zacięciu przychodzi na mnie pora, szybko pokonuję krótki trawers i dochodzę do stóp zacięcia – pierwszego z trudnych miejsc - i od razu widzę że ma poważne problemy by je przejść. W końcu po kilku rozpaczliwych próbach kończących się bezładnym szamotaniem udaje się Jej przejść krytyczne miejsce, siada wyczerpana na skalnym stopniu a drżące ze zmęczenia ręce i strach malujący się w oczach dopełniał reszty …
… wiesz Piotr, ja nie pójdę dalej, nie dam rady – mówi – łamiącym się głosem
… spokojnie, odpoczniesz wtedy zobaczymy, co robić dalej, lecz przypatrując się Jej twarzy nabieram przekonania, że ta próba przerosła Jej możliwości. Mijają długie minuty drżenie rąk uspokaja się lecz strach nadal czai się w oczach, nadchodzi decydująca chwila – trzeba się zbierać …
… idziemy ? – pytam
… ja chcę zejść
… rozumiem – mówię i po chwili dodaję - będę schodził pierwszy i w razie problemów pokażę Ci stopnie, Oki ?
… dobrze – odpowiada.

Dzień drugi …

Siedzę na ławce przed schroniskiem podziwiając rozległą, piękną panoramę. Cieszę się, że Dolomity witają nas tak cudowną pogodą. Dzisiaj mamy wielki dzień – ruszamy na naszą pierwszą prawdziwą ferratę, najłatwiejszą ze wszystkich zaplanowanych, ale też jedną z najdłuższych jednodniówek.
Nasi fotografowie - Aga i foka zakończyli już sesję, więc można ruszać. Idziemy szeroką, połogą drogą, którą biegnie szlak. Po lewej wznoszą się potężne wieżyce Cim a po prawej w niebiesko opalizującej mgiełce głęboko wcięta dolina ukazuje nam swoje wnętrze. Szybko docieramy na przełęcz, z której widać dalszy przebieg podejścia i nasz dzisiejszy cel.
Chwila odpoczynku, kilka fotek i gnani niecierpliwością nieznanego już ruszamy przed siebie. Trochę nudny ten szlak szeroki jak „ceprostrada” ale … jakie za to widoki !! głowy wszystkich „kręcą się dookoła” w zachłannym zapamiętaniu utrwalając obrazy, kadry widoków wspaniałych …
… zrzucam plecak i kładę się na wonnym kobiercu traw i ziół, obok rozkładają się pozostali. Znajdujemy się na szerokim siodle, z którego widać już pobliską północną ścianę i częściowy przebieg „naszej” drogi. Dużo śniegu – myślę – pewnie i lodu nam też nie braknie, dobrze, że to niezbyt trudna trasa.
Dłuższą chwilę tak leżakujemy mając widoki tak wspaniałe, że aż nie chce się ruszyć, lecz wysoko stojące na błękitnym niebie słońce informuje mnie że czas zakończyć sielankę bo nie po to tu przyszliśmy lecz by spróbować swych sił na drodze ku „naszemu” pierwszemu szczytowi.
Spoglądam w bok i patrzę na roześmianą i zachwyconą widokami grupkę przyjaciół
… jak się sprawdzą dzisiaj – myślę - jak poradzą sobie z długością zaplanowanej trasy, jak poradzą sobie, gdy piękna pogoda zmieni się w pełną grozy burzę …
Nie znam odpowiedzi na te pytania, ale wiem, że najbliższe godziny dadzą na nie odpowiedź i podnosząc się z miękkiego legowiska rzucam sakramentalne – na nas czas, idziemy ?
Powoli wstajemy wszyscy przygotowując plecaki …
… Piotr
… tak ?
… ja chyba nie pójdę – dociera do mnie głos Oli
… dlaczego ? – pytam zdumiony
… bo źle się czuję i być może będę musiała zrezygnować z trasy a wtedy będziecie musieli zawrócić
… hmm, jesteś tego pewna że nie dasz rady, to przecież łatwa trasa tyle ze nieco długa a następne będą już tylko trudniejsze
… tak, jestem pewna wolę zawrócić niż sprawić Wam kłopot
… no cóż, szkoda – odpuszczam i kontynuując - będziemy schodzić przez przełęcz przy tym małym schronisku, które mijaliśmy, jeśli pójdzie nam planowo to powinniśmy tam być ok. 18 – tej możesz tam na nas zaczekać lub schodzić bezpośrednio na dół.
Żegnam się z Olą i kieruję swe kroki ku naszej pierwszej wspólnej przygodzie …

Dzień trzeci …

Od samego rana gorączka na „naszej” części campu, trochę przyspaliśmy i wszyscy w gorączkowym pośpiechu, krzątają się przy pakowaniu plecaków i przygotowaniu jakiegoś treściwego śniadanka. Przecież ruszamy dzisiaj na pierwszy trzytysięcznik, a to nie byle co !
Wiedząc, że ferrata biegnie północna ścianą każdy z nas zdaje sobie sprawę, że będzie tam dużo śniegu a to dodatkowa trudność do pokonania tym większa, że tylko jedna osoba ma jako takie obycie w skalno-śnieżnym terenie …
… nerwowość i pośpiech opanowuje nas do reszty, każdy biega w swoja stronę starając się nadgonić stracony czas i nie zważa na nikogo byle tylko nie być ostatnim, na którym zapewne skupi się cała „wina”…
… pochylony nad menażką wypełnioną pachnącymi pulpecikami, pochłaniam kęs za kęsem nie zważając na to, że parzę sobie wargi i język …
… Piotr – głos Oli odrywa mnie od menażki – popatrz, co się stało.
Spoglądam na stopę, którą mi pokazuje i resztki włosów stają mi dęba – widzę jak jeden wielki bąbel oparzeliny pokrywa przednią część podbicia i część palców
… jak to się stało !? – wykrzykuję pytanie, nie zdając sobie jeszcze sprawy z tego że właściwie jest to już nieistotne, nie zdaję sobie jeszcze sprawy, że ten wypadek w zasadzie eliminuje Olę z zespołu i dalszych planów, gdyż trasy zostały tak zaplanowane by każda kolejna była trudniejszą od poprzednich a Ola przecież nie przeszła jeszcze żadnej …
… no, bo ja postawiłam kubek z wrzątkiem na stoliczku w namiocie i on się ześlizgnął
… no to pięknie !!, jesteś załatwiona na cacy – rzucam – dziś już nigdzie nie pójdziesz. Masz jakieś środki na oparzenia ?
… tak, mam – słyszę w odpowiedzi i widzę łzy rozpaczy w Jej oczach. Powoli odwraca się i z rezygnacją, zaciskając pięści odchodzi w kierunku namiotu mamrocząc pod nosem – … ależ jestem pechowa.
Odprowadzam Ją wzrokiem myśląc - tak Olu jesteś pechowcem, wielkim pechowcem tego wyjazdu.



... dzięki Przyjacielu



… robię krok do przodu, przerywając tym dyskusję. Kątem oka widzę jak Ylam podążając za mną zarzuca plecak, reszta grupy pomału zbiera się do dalszej drogi ponaglana łagodną perswazją Jarka.

Żal mi ich – wiem, że zmęczenie odebrało siły, że głód doskwiera dotkliwie a pragnienie obezwładnia do tego stopnia, że zbliżające się zwiastuny burzy nie robią na psychice żadnego wrażenia. Niestety, jesteśmy bardzo wysoko na grani a ja bardzo dobrze wiem jak może wyglądać tutejsza burza …

… szlak wiedzie teraz stosunkowo łagodnym, porośniętym trawą i jakimiś ziołami stokiem, z którego wystają gęsto usiane różnej wielkości głazy. Szare, napęczniałe wodą deszczowe chmury, gnane podmuchami wiatru przewalają się tuż nad naszymi głowami pędząc gdzieś przed siebie, wszystko dokoła poszarzało jakby podkreślając burzową grozę …


… ostrożnie stawiając kroki staram się iść jak najszybciej by wytracić wysokość. Wielkie krople deszczu, który na nasze szczęście nie może się zdecydować czy lunąć czy też pozostać jedynie przy straszeniu, znaczą ciemnymi plamami szarą skałę. W tym momencie pośpiechu jeden nieuważnie postawiony krok przez rozglądającego się na boki Ylama i widzę jak ciężki plecak wyważa Go, ciągnąc w bok przygważdża do stoku z dziwacznie wykręconą na bok nogą. Zatrzymuję się cały zdrętwiały – przez głowę myśli jak błyskawice i konkluzja, że jakakolwiek kontuzja przekreśli nasze plany. Na szczęście jak szybko padł - tak szybko wstał. Obserwuję jego wykrzywioną grymasem bólu twarz, patrzę na dłoń, która zaciska palce wokół kostki, w tej chwili tylko jedna myśl zaprząta moja uwagę …

… i jak, dasz radę iść ? – pytam pełen obawy, widząc jak stawia niepewnie pierwsze kroki. Po chwili jednak „banan” na twarzy uspokaja moje nerwy …
… mogę !, nic się nie stało – i puszczając mi „oko” kontynuuje dalsze zejście.
… nie uczyli Cię w harcerstwie, że idąc nie można się rozglądać ? - pytam, nie mogąc się powstrzymać
… nie, ale teraz już wiem – i jakby przepraszając maskuje zmieszanie szerokim uśmiechem.
Wchodzimy w rodzaj szerokiego kuluaru, którym wiedzie dalsza trasa, stok stromieje, pod nogami osuwające się piarżyska a deszcz - jakby nabierając coraz większej pewności - raczy nas większą ilością wielkich kropel …

... stromy, śliski teraz stok - z którego widać już pomarańczową kapsułę biwakową - porośnięty kosówką sprowadza nas nad skalny uskok złożony z dwóch progów. Wpinam lążę w „stalkę” i ruszam pierwszy, wpierw krótkim trawersem do sporych rozmiarów nyży a z niej po mokrych i śliskich stopniach wprost w dół na wąską półkę nad kolejnym, nieco przewieszonym uskokiem …

… tu będą problemy – myślę – widząc cieknącą po skale wodę i zerwaną linę ubezpieczenia. Wychylam się i lustruję próg, nie jest aż tak źle jak wyglądało – uskok nie ma więcej niż trzy metry, wiedzę też dość duże i wygodne stopnie. Ostrożnie pokonuję przeszkodę, ciężkawy plecak wyważa a płynąca całą szerokością progu woda czyni go śliskim. Stojąc teraz poniżej ostatniej przeszkody patrzę jak teraz Ylam sprawnie pokonuje mokrą skałę, kiedy staje obok zwraca twarz w moim kierunku a w Jego oczach widzę troskę o pozostałych, którzy będą musieli też tędy przejść …

… do biwaku mamy maksymalnie 5 minut – mówię – zaniesiemy nasze plecaki i wrócimy by pomóc …
… Oki, bo mamy chyba dość duże wyprzedzenie – stwierdza
Szybki marsz trawersem po stoku sprowadza nas w pobliże kapsuły i kiedy mijamy olbrzymią wantę zauważam na stoku nad uskokiem schodzące dziewczyny …

… Ylam, nie jesteśmy aż tak szybcy … dziewczyny są już stoku
… co robimy ? – pada z ust Ylama, patrzącego na trzy sylwetki wolno poruszające się po śliskim stoku …
… szybkim marszem zbliżamy się pod skały uskoku, zrzuciwszy wcześniej plecaki pod wantą. Pokonanie obu progów w górę nie nastręcza trudności i chwilę później odbieramy od Ani oraz Agaty plecaki by ułatwić Im zejście. Odciążone dziewczyny sprawnie pokonują śliskie progi i kiedy zamykająca nasz pochód Agata schodzi już dolnym uskokiem, na stoku ukazuje się sylwetka Kasi …

… to Wy idźcie a ja wrócę do Kasi – dobiega do mnie głos Ylama, który właśnie oddaje plecak Agacie i po raz kolejny błyskawicznie pnie się do góry, podczas gdy my rozpoczynamy zejście w kierunku biwaku i wanty, pod którą zostały nasze, w pośpiechu rzucone plecaki.
W kilka minut dochodzę do wanty, wyjmuję butelkę Sprite’a i stawiam na środku ścieżki, łapię plecaki i uginając się pod ich ciężarem próbuję nadążyć za dziewczynami, które dostały skrzydeł na widok bliskiej już kapsuły …

… siedząc na głazie przed kapsułą wyczekuję na dojście reszty ekipy. Po długiej jak wieczność chwili słyszę wreszcie chrzęst piargu a z kosówki wyłaniają się uśmiechnięte twarze Kasi i Ylama …
… To był najpiękniejszy widok, jaki zobaczyłam na ścieżce – mówi Kasia, pokazując mi pustą już butelkę po Spricie, a mijający mnie Ylam dodaje - … dzięki Przyjacielu.

… to ja Tobie dziękuję – przemknęło mi przez myśl – bo dzisiaj zobaczyłem, jakim jesteś człowiekiem, jakim jesteś „góralem” i jestem dumny że mam TAKIEGO PRZYJACIELA.



... to co my tam będziemy robić !?



...trzask zamykającego się zamka karabinka, dotyk szorstkiej skały wyczuwanej pod palcami i coraz rozleglejsza panorama okolicy – czuję, że to jest właśnie to, czego brakowało mi już od dłuższego czasu.
Obciążam lążę i wychylając się daleko w tył lustruję piętrzącą się ścianę, chcąc zobaczyć wspinających się powyżej. Wysoko, na styku skały i nieba zauważam sylwetki Agaty i Jarka, dużo poniżej - w zacięciu - widzę „walczących” Kasię i Ylama a pozostali, schowani za krawędzią filara są dla mnie niewidoczni, tyle, że odgłosy dochodzące stamtąd świadczą o Ich wysiłku …

… spoglądam w dół i widzę już dość sporą połać ściany jaką pokonaliśmy, ale ja szukam stopnia a nie widoków ścielących się poniżej, moje pole widzenia zawęża się do pobliskiego fragmentu skały gdzie spodziewam się znaleźć dogodny punkt oparcia. Jest ! - zauważam niewielki, skośnie biegnący „krawądek” który będzie wystarczającym stopniem, teraz chwyt i prostując ugiętą nogę już jestem wyżej. Kolejny przechwyć, kolejny stopień, kolejny balans ciała i przepinka lonży przybliżają mnie do grupki znajdującej się przede mną.
Piękna pogoda, wygrzana słońcem szorstka skała i uczucie lekkości, jakie zawsze towarzyszy mi, gdy mogę się wspinać – owocują uczuciem zadowolenia, rozkoszuję się nim …

… zza skalnego żebra, stanowiącego lewe ograniczenie zacięcia wyłania się „uzbrojona” w biały kask głowa foki i wykrzykuje coś w moja stronę
… powtórz, nie zrozumiałem - odpowiadam
… odpadła od ściany – powtarza i ponownie, już wyraźniej - Ania odpadła i walnęła plecami o ścianę
Przyśpieszam i nie zwracając już uwagi na styl pokonuję kolejne metry ściany, jeszcze trawers po usłanej piargiem wąskiej półce i wchodzę w zacięcie, którym kilka metrów w górę na rodzaj skalnego stopnia, z którego w skos w lewo na krawędź żeberka, za którym zniknęła mi głowa foki. Kiedy staje na jego krawędzi, widzę pochylonego nad Anią fokę który zasypuje Ją pytaniami
… jak się czujesz, boli Cię coś ?
… nie, wszystko w porządku. Odpocząć tylko trochę muszę – odpowiada
Kiedy staję wreszcie obok Niej, podnosi głowę i patrząc mi w twarz cedzi przez zęby
… ręce, głupie ręce mi nie wytrzymały i trochę spadłam
… na plecy !, głową w dół – szybko uzupełnia Jej wypowiedź foka

Patrząc na Jej drżące ze zmęczenia dłonie, na znaczoną zmęczeniem twarz myślę o tym, że jesteśmy dopiero w połowie 400 metrowego urwiska a najtrudniejsze fragmenty są wciąż przed nami – wtedy zaczynam wątpić w słuszność mojej koncepcji tego wyjazdu.

… odpocznij sobie – mówię najłagodniejszym tonem, na jaki mnie stać – potem zdecydujemy, co dalej
… głupie, słabe ręce – mruczy pod nosem, patrząc na swoje dłonie. Zalega pełna wyczekiwania cisza.

… czy wyżej będzie tez tak trudno ? – pada po chwili pytanie którego się obawiałem
… tak, jeszcze będzie jedno takie miejsce – potwierdzam, nie rozwijając informacji o tak drobne szczegóły jak znacznie większa długość i nagromadzenie tych trudności.
Szybko analizuję sytuację - jesteśmy tu teraz we czworo, … jeśli Ania zdecyduje się na wycof ze ściany to dam sobie radę by Ją sprowadzić a foka i Jarko będą mogli dokończyć „drogę”. Jeśli natomiast będzie chciała iść dalej to we trójkę też damy sobie radę.
… acha, no to jeszcze muszę odpocząć – słyszę w odpowiedzi
… a może wolisz żebyśmy zeszli, bo … - i w tym momencie przerywam napotkawszy Jej wzrok – Oki, odpocznij sobie jeszcze

Mijające minuty ciągną się w nieskończoność, którą próbuję skrócić rozmową z Jarkiem i foką

… idziemy ? – przerywa nam Ania
… tak, oczywiście – mówię, podaję przygotowaną wcześniej długą pętlę, w którą jesteśmy już z Jarkiem wpięci – wepnij się, w razie czego masz dodatkowa asekurację …

… trudne były następne metry ściany, pokonywane w mozole skwarnego dnia. Ciężkie były chwile, gdy zmęczenie nie pozwalało już unieść rąk ku kolejnym chwytom, a brak pewnego lub choćby tylko wygodniejszego oparcia na postojach groził kolejnym „lotem”…
… daleko jeszcze ?

… ja chcę do domu, do mamy !

… nie cierpię ferrat !

… no długo jeszcze tak będzie !?

Nie zwracając uwagi na marudzenie Ani, stopniowo, metr za metrem zbliżamy się do upragnionego celu. I kiedy znużenie zdaje się osiągać swe apogeum, wreszcie wchodzimy w szeroko rozwarte zacięcie, z którego jeszcze tylko krótki trawers i przewijając się przez potrzaskany filar wydostajemy się na poziomy gzyms, którym w kilka kroków dochodzimy do skalnej groty – końca „naszej” drogi.

… dłużej się już nie dało ?. Ileż można na Was czekać – wita nas gromkim głosem Agata i kończąc te pohukiwania szerokim uśmiechem dorzuca – zmarzłam już !

W zacienionej grocie panuje miły chłód, jeszcze tylko dojdą Kasia i Ylam a będziemy już w komplecie. Wszyscy jesteśmy podekscytowani, dla niemal wszystkich jest to pierwsza ferrata w życiu. Fragmenty zdarzeń i napoje krążą z ust do ust. Kiedy fala emocji opadła na tyle by móc myśleć już nie tylko o tym co przeżyliśmy, Kasia wyjmuje flagę GG z którą robimy pierwsze zdjęcie tego wyjazdu.

… czy te ferraty w dolomitach tez będą takie jak ta ? - wszyscy zwracają głowy w kierunku Ani
… że co ? – pytam
… no … czy też będą takie trudne
… nie, teraz będą już tylko łatwiejsze. Ta ferrata była najcięższą technicznie, z jaką przyszło Wam się zmierzyć – wyjaśniam
… łee, to co my tam będziemy robić ? – odpowiada natychmiast, a na Jej twarzy zakwita szeroki uśmiech
… hehe, no właśnie
… przecież się będziemy nudzić – padają zewsząd docinki.

Odwracam głowę, wzrok trafia na piętrzące się, sine z tej odległości pasma górskie i mimowolny uśmiech błądzi po mej twarzy, bo teraz jestem już pewien - Oni mają siłę woli, mają w sobie to coś, co sprawi, że nie będzie dla Nich w dolomitach rzeczy niemożliwych



Profesor



…szliśmy po zalesionych wzgórzach Beskidu Sądeckiego, ja zadowolony z posiadania nowego plecaka, gdy za plecami usłyszałem pytanie:
… po co Ci ten pas biodrowy przy plecaku ?
Odwróciłem się i zobaczyłem rozbawioną moim widokiem twarz Piotra.
… O co Ci chodzi - odpaliłem.
Po kilku słowach wyjaśnienia Piotra moje uszy miały chyba purpurowy kolor, głupio wysłuchać wykładu w wieku 50 lat jak prawidłowo nosić plecak.

… kolejne podejście pod Tre Cime di Lawaredo, pot leje mi się po tyłku, czuję jak moje polarowe spodnie palą moje uda
… Piotr- pytam - czy Ty też tak pocisz się na podejściach?
… Nie - słyszę chichot – ale gdybym miał takie spodnie jak Ty też by mi przepuszczała skóra.
Po dwóch wyczerpujących dniach wylądowaliśmy w Misurinie, w sklepie ze wspinaczkowymi bajerami. Właścicielem sklepu okazał się przemiły górski przewodnik, który miał już dość intensywnej wspinaczki. W pewnym monecie poczułem lekkie trącenie łokciem i protekcyjny szept Piotra:
… te będą dla Ciebie idealne
Spojrzałem z zaciekawieniem we wskazanym kierunku i zobaczyłem wiszące na wieszaku spodnie wspinaczkowe. Przymierzyłem. Idealne. Może odrobinę za długie nogawki … ale ten materiał. I te wstawki ze streczu.
… w tych nie będziesz się pocił na długich podejściach - skwitował. Cholera, miał świętą rację. To są moje ulubione spodnie.


… gdy zmęczony po całym dniu wędrówki po Dolomitach wróciłem spod relaksującego prysznica do namiotu wszyscy już spali. Mnie zachciało się jeść. Zacząłem szukać zapalniczki. Umówiliśmy się z Piotrem, w które miejsce będziemy odkładać zapalniczkę.
Po ciemku namacałem miejsce, nie ma. Szukam raz jeszcze. Nie ma. Szlak by to trafił.
Tyle ten stary łoś mi opowiadał o swoich doświadczeniach speleologicznych, dyscyplinie, jakiej się dzięki temu sportowi nauczył, o pakowaniu plecaka po ciemku, o wiązanych węzłach, a durnej zapalniczki nie potrafił odłożyć na miejsce. Gdybym mógł zadusiłbym bym w tej chwili własnymi rękoma.
Skąd mam wziąć tą pieprzoną zapalniczkę. Głód się nasilał, spojrzałem na zegarek, o Jezu ! 1:30 w nocy.
Przypomniałem sobie słowa Bubamary, która wspominała o setkach zapalniczek, jakie zabrała ze sobą. Obudziłem ją. Zapalniczkę dostałem. Zjadłem spóźnioną kolację. Złość na Piotra jednak została do rana. A rano - ten wstaje uśmiechnięty jak skowronek a ja rzucam mu się do gardła:
… gdzie położyłeś tą cholerną zapalniczkę ?!
Widzę jego zdziwioną moim atakiem minę, patrzy mi głęboko w oczy i … sięgjąc jakby nigdy nic w NASZE umówione miejsce wyciąga zapalniczkę z woreczka na palnik maszynki jak rasowy iluzjonista.
To ja pomyliłem miejsca…

… patrzę na buty, które zabrałem ze sobą. Kefasy cieplejsze, bardziej nadające się na lodowiec, ale mnie uwierały na ferracie del Masare i moje stare sprawdzone Chiruki bardziej zużyte z przełamanymi noskami. Nie zawodziły mnie tu na miejscu. Żadnych otarć.
Piotr zauważył moją rozterkę
… weź Kefasy - powiedział
Nie posłuchałem go, zwyciężył strach przed otarciami, strach, że ich na Marmoladzie zawiodę.
Gdy podchodziliśmy w kierunku zachodniej grani Marmolady lodowaty wiatr od lodowca zmrażał moje całe ciało. Chłód dopadł też moje stopy.
… znowu ten stary piernik miał rację - przebiegło mi przez myśl, gdy zmarznięty goniłem Piotra po stalowej ferracie.

…stanęliśmy po ciężkim podejściu pod ścianami Pomagagnonu, tu zaczynała się fantastyczna ferrata, która dawała pole do popisu wspinaczkowym umiejętnościom.
Uśmiechnięty odwróciłem się do Piotra mówiąc
… idę bez stalki , tylko ręce, nogi i ściana !
Piotr puszcza szelmowskie oko w moim kierunku i przybija piątkę.
Wspinaczka idzie mi rewelacyjnie, co prawda przeszkadza mi momentami aparat, ale daję sobie radę i z tym utrudnieniem.
Dochodzimy do półki skalnej. Z której jak na dłoni rozpościera się widok na leżącą w dole Cortinę.
Piotr siada na kamiennej ławie i krzyczy do mnie
… zrób mi zdjęcie
Przymierzam się i pstrykam.
Oglądamy razem z Piotrem zdjęcie. Piotr ocenia ujęcie i wychwytuje prosty błąd.
… nie możesz ustawiać kompozycji tak, bo teraz patrzę w krótki kąt ujęcia i jakbym patrzył na coś, czego na zdjęciu nie widać
Skruszony przyznaję mu rację.
Poprawiamy ujęcie. Wychodzi OK. !
Zawracamy z pięknego skalnego tarasu i podążamy za grupą.
Przed nami wyrasta kolejna pionowa ściana najeżona stalowymi stopniami i linami.
… idę samą ścianą – krzyczę, kątem oka widzę jak Piotr kiwa głową w przyzwalającym geście. Nieźle się namęczyłem na tym odcinku. Zadowolony z siebie odwracam się do niego
… ale było ciężko- mówię
… tak, super ! … tylko dlaczego nie poszedłeś prawą stroną ściany, byłoby Ci dużo łatwiej, zawsze musisz wybierać najtrudniejszy wariant.
I jak tu się cieszyć, gdy mistrz jest niezadowolony z ucznia.

.....................................................................................

Kiedy patrzę na zdjęcia z wyjazdu, uderza mnie dwoistość natury przyjaciela - spokojny, prawie cichy, nigdy nie krzyczy, nie powtarza dwa razy raz wypowiedzianych uwag, ale kiedy tylko zakłada swoje buty i kask staje się innym człowiekiem, uśmiechniętym, radosnym, tryskającym optymizmem. Nie widziałem na żadnym grupowym zdjęciu jego kwaśnej miny.
Nie znam drugiej takiej osoby jak Piotr, która tak dobrze czuje się na szlaku … i te uwagi, celne, konkretne, niepodlegające dyskusji i ta jedna, która mi utkwiła szczególnie w pamięci:

- słuchaj uważnie i się ucz, bo wiecznie żył nie będę -



najważniejsze marzenie



Stoję z zadartą do góry głową, mam zamknięte oczy. Na twarz padają krople wody, które natychmiast spływają po ciele w dół. Rozluźnione mięśnie chłoną ciepło każdej kropli, jest mi przyjemnie … poddaję się ogarniającemu mnie uczuciu rozleniwienia a niewesołe myśli, które od dwóch dni meczą mnie bezustannie, stają się mniej dręczące - jakby odpływały gdzieś hen … daleko.
„… prysznic to wspaniały wynalazek” – myślę trwając tak w bezruchu i nadziei, że wraz z ciepłą wodą spłynie na mnie oświecenie i podejmę trafną decyzję, bo dwa dni niepogody pokrzyżowały nam część planów. Dzięki ciągłemu opadowi nie przejdziemy kilku z zaplanowanych ferrat a ja muszę zdecydować, które pozostaną naszym marzeniem.
Dwie z zaplanowanych dwudniowych tras na pewno nie zostaną zrealizowane, wszyscy już jesteśmy zmęczeni intensywnym chodzeniem a moja propozycja wybrania się na jedną z nich – trawers Schiary – nie wzbudził entuzjazmu szczególnie u „naszej” piękniejszej części ekipy, to samo tyczy się przejścia niebotycznej grani Tofan. Z kolei przejście vf Lipella na północnej ścianie Tofany di Rozes jest jeszcze niemożliwe z powodu olbrzymich ilości zalegającego na niej śniegu.
„… co robić, na jaki wariant się zdecydować ?, jak wykorzystać zapowiadaną wspaniałą prognozę pogody” – uporczywie zadawane pytanie zdaje się nie mieć odpowiedzi, chociaż od jakiegoś czasu skłaniam się do zarzuconego już na wstępnym etapie przygotowań planu wejścia na Marmoladę.
„hmm … Marmolada” – uśmiecham się do tej myśli – „ależ byłoby wspaniale gdyby ten wyjazd został uwieńczony jej zdobyciem. Ale jak tego dokonać tak licznym zespołem ? – przecież na wszystkich ferratach nie mieściliśmy się w czasie a tam droga długa i trudna, pogoda w tym rejonie też stale kapryśna.”

„Piotr …” – dociera do mnie przez szum wody głos foki z sąsiedniej kabiny
„tak ?” – pytam
„Piotr, czy wiesz już na co pójdziemy ?”
„tak … „ – odpowiadam w myślach dodając – … tylko jeszcze nie wiem jak
„Więc co to będzie ?” – dopytuje się zniecierpliwiony
„Marmolada” – odpowiadam krótko, czekając na Jego reakcję

Długa cisza, jaka zapadła po tej odpowiedzi świadczyła o tym, jaką wewnętrzna walkę toczył ze sobą, pomiędzy pragnieniem a świadomością własnej słabości, miedzy marzeniem a strachem - że dawna kontuzja uniemożliwi wejście.

„A jak chcesz to zrobić ?” – pada zza ściany
„Trzeba będzie podzielić grupę …” – odpowiadam szybko – „… myślę, że na Marmoladę powinni pójść ci z nas, którzy będą mieli najsilniejszą motywację, wtedy będzie największa szansa na powodzenie.” – kończę, a w myślach plan zaczyna nabierać realnych kształtów.
„A czy ja będę mógł z Wami iść ? – wydusił z siebie po dłuższej przerwie
„Tak” – odpowiadam krótko i wiem że ta odpowiedź, jest dla Niego kompletnym zaskoczeniem. Zanim zdążył ochłonąć i zasypać mnie gradem pytań i wątpliwości, ja już układałem plan idąc asfaltową alejką w stronę naszych namiotów.

… wypinam lążę z ostatniego już odcinka „stalki” i prostując się, lustruję pozostały odcinek grani dzielący mnie od wierzchołka. Jestem zaskoczony, ostatni raz, kiedy tu byłem był on w całości przykryty śniegiem, a teraz moim oczom ukazuje się bezśnieżny stok pokryty piargiem i rumoszem skalnym. W zasadzie cała grań biegnąca stąd do wierzchołka jest wolna od śniegu.
„… i jak ?” – dobiega mnie głos dochodzącego właśnie foki
„… u mnie w porządku” – mówię, odwracając się w Jego kierunku
Jeszcze kilka kroków i ciężko dysząc staje obok.
„… widzisz ?” – Jego wzrok podąża za moja dłonią wskazującą nieodległy już wierzchołek
„… ooo … to już tu ?”
„… tak, to już tu. Jeszcze jakieś 150 metrów w pionie i jesteśmy, ale wiesz …” - w tym miejscu przerywam znacząco zawieszając głos
„… ale że co ?” – pyta trochę zdezorientowany
„… to tylko 150 metrów, ale będzie to najgorsze 150 metrów w Twoim życiu” – stwierdzam, widząc jednocześnie niedowierzanie w Jego oczach.
Zarzucam plecak, jeszcze raz przemierzam wzrokiem przestrzeń, jaka została mi do pokonania i spokojnym, miarowym krokiem przemierzam ostatni dzielący mnie od szczytu odcinek.

Piękne były chwile spędzone na szczycie, bajecznymi widokami okraszone - gdy poszarpaną linię horyzontu szaro białe obłoki otulały. Miło było patrzeć na uśmiechnięte twarze, na błysk szczęścia w oczach, na zasłużoną dumę … i nie zatarło tego wrażenia ani długie i żmudne zejście stromym lodowcem, ani zmęczenie, które nas dopadło po jego przejściu.
A kiedy stanęliśmy na wypolerowanej przez lodowiec skale, kiedy zdjęliśmy z siebie „szpej” - był wreszcie czas na to by gratulując wejścia podziękować za towarzystwo. Wtedy też foka, ściskający moją dłoń powiedział łamiącym się głosem - „Dziękuję, spełniło się moje najważniejsze marzenie” - i zwracając oczy na ginący w chmurach wierzchołek powtórzył – „… najważniejsze marzenie.”


…………………………………………

tak, każda z tych twarzy to zdarzenia i miejsca, które głęboko zapadły w pamięć.


Historie zebrane przez Piotra

 

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com
 

Kłodzka Góra i Orlica - Ylam

1. DOJAZD

Tak naprawdę w piątkowy wieczór podjąłem decyzję, wyciągnąłem plecak i zacząłem się pakować... Sobota rano (część GG już na szlaku walczy o pierwszy szczyt) do pracy z plecakiem byle tylko wytrzymać do 14. Dzień mija dość pracowicie, co sprawia, iż czas szybko mija. 14:00 podjeżdża umówiona wcześniej "taxi" która zawiezie mnie na "autostradę" A4 gdzie tak naprawdę zaczyna się ten weekend. Nie minęło 5 min a ja już siedzę w samochodzie ciężarowym który, jak się dowiaduję, zawiezie mnie do samego Wrocławia (150km). Po 2h Stoję już na Bielanach Wroc. na trasie do Kłodzka; po chwili zatrzymuje się Seat Ibiza (jak się okazuje identyczny jak mój - ale tak szybko przecież by go nie przemalowali na inny kolor). Po 30km wysiadka, ale długo nie kazali mi czekać - para studentów z Wrocławia zabiera mnie i podwozi kolejne 30km. Jak to określają: teraz to już do Kłodzka został mi rzut beretem (i tu powstaje dyskusja czy moherowym czy...). (SMS do grupy gdzie są, okazuje się ze w Dusznikach - odpisuje nie zdradzając iż jestem już tak blisko). Później, dzięki tubylcowi i 2 dresom (jadącym na bardziej przystępne podobno Czeszki) docieram do Dusznik Zdr. Po lekkim stresie, iż mogę wysiąść w Dusznikach i nie odzyskać plecaka (uroki autostopu), wykonuję tel. do @ni i dowiaduję się, że właśnie grupa wyrusza z Dusznik na szlak... od razu przyspieszam i proszę, aby na mnie chwilkę zaczekali (tym razem zdradzając już swoja pozycje). Dobiegam w deszczu pod uzdrowisko witam się ze wszystkimi (Kasia, Janinka, @nia, Tomek, Mpie, Jędruś no i Larry oczywiście) przedstawiam się tym, których nie znam. Łyk herbaty i czas ruszać, bo godzina robi się późna... (ale co to? patrzę że ci nieznajomi - "starsza" para nie idą z nami wtedy dowiaduje się że to przypadkowi ludzie a ja przecież się im przedstawiłem na dzień dobry i nawet ich częstowałem herbatka - nie skusili się heh).



2. RUSZAMY NA SZLAK

Trochę kropi, ale nie bardzo nam to przeszkadza, jednak po chwili część "wymięka" i wykopują kurtki z plecaków (po 10 min przestało padać). Po przejściu kilkuset metrów skręcamy na szlak, który prowadzi nas do granicy (w trakcie przepiękne widoki na rozwiniętą już w pełni zieleń). Dochodzimy do kolejnej drogi asfaltowej, gdzie ukazują się nam czerwono białe szlabany i 2 strażników granicznych. Jeden z nich przeprowadza z nami krótki wywiad (gdzie, po co, dlaczego, skąd, którędy, ilu nas itd.). Pytanie o przywódcę, na to jednym chórkiem, że "tutaj każdy sobie szefem". Z nieznanych bliżej nam przyczyn (może wpadł mu w oko) Mpie został wytypowany do wylegitymowania się - trwało to trochę wiec wskoczyliśmy na werandę (proszę odpowiednio akcentować przy czytaniu) przy budce strażników i zrobiliśmy sobie mały piknik. W oczekiwaniu na ID Mpiego poznajemy dwójkę przemiłych ludzi, którzy oferują nam nocleg w domku 150m dalej przy wieży nadajnikowej (w domku jest kominek co, jeszcze bardziej nas kusi hehe). Miło się gawędzi ale skoro Mpie odzyskał już swoją tożsamość, to z uśmiechem na ustach ruszamy dalej drogą asfaltową w kierunku Zieleńca. Po chwili z naszej lewej strony znika ściana lasu i odkrywają się przed nami piękne widoki na dolinkę poniżej. Przestaje padać, wychodzi słoneczko i jest!!!!, jest i ona - ta, o której przed chwilką rozmawialiśmy - taka piękna wielokolorowa - zdjęcia, zachwyty! Ale co to? Jest i druga. Są dwie. Zachłyśnięci pięknem stoimy i podziwiamy... po całej sesji ruszamy dalej, mijamy domek przy nadajniku, gdzie mieliśmy propozycje spędzenia nocy, ale my twardo idziemy przed siebie. I tu przygoda Larrego, bo znaki na niego szczekają, co się dzieje? Szczeka, warczy a przeciwnik nie odpuszcza (tak naprawdę to tylko stare po wyrobisko jakiejś skałki gdzie szczekanie Larrego wracało do niego po chwili echem). Pomimo przelotnych opadów i dość niskiej temp. humory dopisują każdemu. W końcu szlak odbija z asfaltu i wąską ścieżką prowadzi do góry. Ale żeby nie było tak do końca łatwo cały zawalony jest śniegołomami. Dobre tempo, rozmowa i sprzyjająca pogoda sprawiają, iż dość szybko znajdujemy się na "szczycie" Orlicy (tu bardzo niemiłe zaskoczenie nie możemy stanąć na samym szczycie bo jest on po drugiej stronie granicy u naszych sąsiadów) wszystkie znaki jakkolwiek by nie wisiały (niektóre były "do góry nogami") zabraniają nam jej przekraczania hlip hlip. Znowu pozowane zdjęcie z flagą pod tabliczką graniczną, łyk herbaty, kęs czekolady, szykujemy czołówki i zaczynamy zbiegać. Lekka mgiełka rozprasza światło czołówek a my brniemy przed siebie, bo do schroniska jeszcze mamy dość spory kawałek drogi. Staramy się trzymać szlaku, co tak naprawdę nie jest zbyt trudne tylko mylą nas jego barwy (zamiast 2 białych pasków jak to zazwyczaj bywa były 2 żółte). Pokonując kolejne śniegołomy zaczynamy wątpić, czy aby na pewno obraliśmy dobry kierunek. Docieramy do rozdroża szlaków i wybieramy czerwony bo ten teoretycznie powinien nas zaprowadzić do Zieleńca. Kierujemy się na północ, co YLAM wywnioskował po mchu na drzewach, wiec idziemy w dobrym kierunku. W międzyczasie Kasia dzwoni do właściciela schroniska by go poinformować o tym, że się trochę spóźnimy (wstępnie umówieni byliśmy na 21 jest już dobrze po 21 a mamy jeszcze jakieś 15km do przejścia). W trakcie rozmowy docieramy do drogi asfaltowej gdzie stoi drogowskaz (teraz dopiero tak naprawdę wiemy gdzie jesteśmy; początek Zieleńca). Właściciel schroniska proponuje, że wyjedzie po nas samochodem na to my, że jest nas siedmioro + pies. Zapewnił że się zmieścimy więc zgoda; będzie na nas czekał po drugiej stronie miejscowości (jak później się okazało wyjechał po nas bo się obawiał...). Idąc wolnym krokiem przez miasto podziwiamy je oraz widoki, jakie się rozpościerają przed naszymi oczami (większość z nas jest tu pierwszy raz). W pewnej chwili mija nas samochód terenowy domyślamy się, iż może to być właściciel schroniska i zarazem Sołtys Lasówki, ale przejechał obok i pojechał dalej. Po chwili widzimy, że zawraca. Zatrzymujemy się i tak, to faktycznie nasz transport na najbliższe 10km - samochodzik przerobiony własnoręcznie bez dachu i bez plandeki orurowany. Pierwsze słowa, jakie wypowiedział kierowca to pytanie: która to Kasia Szefowa? Po chwili wszyscy już siedząc/stojąc na samochodzie zgłaszamy gotowość do odjazdu. Przez pierwsze 30sek frajda jest niesamowita, ale po chwili wiejący zimny wiatr staje się tak dokuczliwy, że jest wręcz nie do zniesienia. Ale ciesząc się, że jedziemy nie musząc maszerować, nikt nawet nie śmie marudzić. Mpie w międzyczasie podczas jazdy szperaczem przeszukuje las. Pozostali rozmawiają między sobą wraz z kierowcą o tym i o tamtym (....obawiał się że skoro o tak późnej porze zdecydowaliśmy się zahaczyć o Orlicę to przyjdzie nam do głowy, aby skorzystać z okazji i - jak już jesteśmy w tej okolicy - odwiedzić Ścisły Rezerwat gdzie znajdują się torfowiska hihi). Po dotarciu na miejsce czuję, że uszy mi zaraz odpadną. Ale już jesteśmy, zgodnie z ostatnimi ustaleniami, co do naszej godziny przybycia do schroniska (23:00) fakt sam się trochę przyczynił do tego, aby nam się udało, za co jesteśmy bardzo wdzięczni. Po wejściu do schroniska "Szarotka" od razu uderza w nas ciepło. Zrzucamy plecaki, zwiedzamy schron i zabieramy się za przyrządzenie kolacji. Początkowo w pokoju, ale szybko przenosimy się do jadalni, gdzie jest znacznie więcej miejsca. Szybka kolacyjka, jak zwykle na stole pasztet, konserwa, sery i zielsko (czytaj kiełki), do tego cała gama smakowych herbat. Jedni jedzą inni się pluskają i tak na zmianę (gorąca woda pod natryskiem). Pomału sen łamie i z i tak nie wielkiej grupy wyłamują się kolejne osoby. Pierwsza Janinka z Tomkiem, po nich Kasia z Mpim pozostają tylko najwytrwalsi. Jędrek odpoczywa pielęgnując Larrego na jutrzejszą wystawę oraz YLAM z @nią. Ale przychodzi czas i na nas - wskakujemy w śpiworki, kładąc głowy od razu przenosimy się w krainę snów...



3. POBUDKA

Od rana ktoś się kręci i nie daje spać. Oczy mam zamknięte - przecież to środek nocy. Po chwili otwieram oczy, uderzenie dziennego światła... wtedy przypominam sobie, że ze Jędrek miał wstać o 6 rano bo jedzie z Larrym na wystawę do Jeleniej Góry. Słyszę, że reszta też zaczyna się przebudzać. Mówię sobie "nie, nie wstaje za wcześnie", dżemie jeszcze przez dłuższą chwilkę. Ale co to? Słyszę ze wszyscy już wstali i jakieś wielkie poruszenie. Przyjechała M@rta z M@tim po Jędrka i Larrego; zaraz wyruszają na wystawę. Przed wyczołganiem się ze śpiworka, składam jeszcze podanie do szefowej Kasi, która też jeszcze leży w śpiworku, o przesunięcie godziny wyjścia z 9:00 na 10:00 (zgadnijcie, co usłyszałem - DOBRA - bez żadnego ale...). Dobra czas wstawać, biegnę do jadalni, witam się z M@rtą i M@tim; rozmowy, wspomnienia, plany. Robimy wspólne śniadanko; M@ti częstuje się rzodkiewką i nadchodzi czas pierwszych pożegnań. Larry musi ruszać na wystawę bo się spóźnią (jak się później okazało Larry po tak ciężkim wcześniejszym dniu wypadł całkiem nieźle). My kończymy śniadanie, pakujemy się, chwila rozmowy z Sołtysem (właścicielem schroniska), zdjęcie pamiątkowe na samochodzie i punktualnie o 10:00 wyruszamy na szlak. Przemierzając drugą, nieznaną nam z wczoraj część Lasówki, mijamy kościółek. Powoli kończą się domy, podziwiamy piękne widoki, które otaczają nas ze wszystkich stron. W jednym z ostatnich domków wypatruję otwarty sklep, zrzucam plecak i biegnę po jakieś zimne picie. Kupuję wodę ale co to? Dostrzegam na półce pepsi, więc i ją kupuję (niestety nie było sprite za to pragnienia aż za dużo). Wychodzę kusząc pepsi. Tomek również biegnie do sklepu, jak się za chwilkę okazało butelka, którą kupiłem, była ostatnia. W międzyczasie Kasia odnajduje zagubione batoniki energetyczne, akurat starcza dla wszystkich - ale nie wszyscy jedzą je do końca (smak był...). Ruszamy dalej jeszcze kawałek asfaltową drogą i zaczyna się piękny szlak leśna drogą. Sesja zdjęciowa drzewa z hubami. Znowu maszerujemy dalej. Po chwili docieramy do potężnego wyrwanego z ziemi korzenia. Zrzucam plecak i już jestem u góry, proszę o zdjęcie ale co to? Widzę nie tylko ja chcę mieć zdjęcie pamiątkowe w tym miejscu. Wyciągamy flagę i ustawiamy się do zdjęcia, co nie jest wcale takie proste - Mpie np. "stracił" na zdjęciu rękę. Łyk napoju i lecimy dalej. Po drodze mijamy kilka domków z sianem dla zwierząt. Chory bym był jakbym nie sprawdził czy nie dałoby się tam jakoś przypadkiem spędzić nocy (tak na przyszłość dobrze wiedzieć). Szlak prowadzi cały czas dość szeroką drogą przez piękny mieszany las. Cały czas mijamy "młode szkółki" bardzo mi się podoba, że dbają o to aby środowisko zostało tu jak najbardziej naturalne. Dość dużo rozwidleń dróg ale my cały czas idziemy szlakiem. Mpie z Kasią gonią trochę szybciej i wybierają miejsce na odpoczynek - siadamy wszyscy oparci o plecaki i wspomagamy się tym, co jeszcze mamy w plecaku (herbata, kanapki, jogurty, czekoladki itp.). Po dłuższej chwili czas ruszać bo czas nas goni - Kasia, Janinka i Tomek tak się rozpędzili że nawet nie zauważyli, że szlak schodzi z drogi (czujny Mpie od razu łapie za telefon i od razu zawraca nasze zguby na właściwy szlak) i teraz prowadzi nas bagnistą drogą z przeszkodami w postaci śniegołomów. W niektórych miejscach są tak uciążliwe, że ich pokonanie sprawia nam dość dużo trudności (np. mi takie jedno drzewko nie chciało odpuścić, ale w końcu je pokonałem - mam tam chyba nawet film). Nagle wkrada się jakiś dziwny niepokój o to, że szlak, którym idziemy, to nie ten który miał nas zaprowadzić do schroniska "Jagodna". Trzeba więc zerknąć na mapę. No właśnie na mapę...



4. MORDERCZY BIEG

... decyzja spojrzenia na mapę okazała się trafna. Szkoda tylko, że zgubiliśmy mapnik gdzie były wszystkie nasze mapy. Pierwsze pytanie: gdzie mogliśmy go zgubić/zostawić? Mpie zerka na mnie ja na niego - boje się. Wiedziałem, że to powie "YLAM biegniemy!?" Zrzucamy plecaki i w drogę - ostatni postój/piknik nie był przecież tak daleko. Mapnik miała Kasia przypięty do plecaka, więc dokładnie sprawdzamy wszystkie chaszcze po drodze czy przypadkiem gdzieś się nie zahaczył. Dobiegamy do miejsca gdzie Kasia odbierała tel. od Mpiego z informacją że szlak skręca (niestety tam go nie było), biegniemy dalej do miejsca gdzie biwakowaliśmy, to niedaleko szukamy dokładnie (ale i tu też go nie ma), telefon od Kasi (jeszcze raz upewniamy się, czy aby nie schowała go gdzieś w plecaku) pyta, gdzie jesteśmy - każe nam wracać trudno poradzimy sobie bez mapy. Nie! Jak już tyle przebiegliśmy, lecimy dalej, najwyżej dobiegniemy do Lasówki. (choć liczymy na to że znajdzie się tuż za najbliższym zakrętem). Zaczyna padać, ale jest przyjemnie. Przynajmniej mamy dobre chłodzenie, cały czas zerkamy na zegarek od startu minęło już 20 min - biegniemy dalej, robiąc coraz częstsze i dłuższe postoje (moja kondycja jest lekko słabsza) cały czas towarzyszy nam rozmowa o wszystkim i o niczym. JEST ! Mpie wypatruje mapnik leżący jak gdyby nigdy nic na środku drogi. Dłuższy postój, plany, zdążę na ostatni pociąg czy nie? Nie wiemy, ile nam drogi jeszcze zostało - w tym właśnie momencie przypominamy sobie, że przecież właśnie przed chwilką odnaleźliśmy mapy. Obliczamy czas, jak się sprężymy to się uda. Czas ruszać w drogę powrotną (w tę stronę biegliśmy 30min, gdzie większa część trasy prowadziła raczej z górki - na powrót zakładamy 40min) startujemy. W drodze powrotnej również cały czas trwa rozmowa, postoje są częstsze ale co to widzę ze teraz to ja jestem w lepszej kondycji i dużo lżej mi się biegnie. Dobiegamy do miejsca naszego ostatniego biwaku do reszty grupy zostaje nam jeszcze tylko 10 min biegu - dłuższa przerwa i pomysł Mpiego aby nas zmobilizować (kto pierwszy się zatrzyma na postój stawia piwo w schronisku, które miało znajdować się jakieś 10 min drogi od miejsca gdzie czekała na nas reszta ekipy - przyjmuje wyzwanie dodając że ja biegnę na wprost przez bagno) START. Przy pierwszych krokach wpadłem tak głęboko w bagno, że błoto przelało mi się góra do buta - nie była to najlepsza decyzja (biegnę dalej, nie mogę przegrać). Bieg i skoki, i tak na przemian, przez drzewa i kałuże. Jest!! Nareszcie ukazują się nam pozostali. Dobiegamy i padamy (3 minuty dłużej od założonego czasu) - częstują nas herbatą, wodą i przekąskami. Dostajemy po buziaku od Kasi w podziękowaniu za ten "morderczy bieg".



5. ZAGUBIENI

Chwila odpoczynku rzut okiem na mapę i czas ruszać dalej. Tak, jak przypuszczaliśmy, idziemy złym szlakiem. Wiemy już, że za 10 min nie dojdziemy do schroniska (a miało być piwo), wiemy więcej w ogóle dzisiaj nie dojdziemy do schroniska "Jagodna" bo to zupełnie nie ten kierunek. Ale nikomu z nas nie zrobiło to jakoś większego znaczenia bo przecież jesteśmy tu razem: przyjaciele, góry , dobre humory. Podejmujemy decyzję zejścia szlakiem, na którym się znajdujemy do Polanicy Zdr. Po dłuższym czasie docieramy do drogowskazu, który informuje nas, że do Polanicy mamy jeszcze 3:15 (stwierdzamy z Mpim że moglibyśmy zbiec ale z plecakami i dziewczynami zajęłoby nam to jakieś 3:45 - nie opłaca się). Co chwila przelatują drobne deszczyki. Teraz droga prowadzi już cały czas w dół jest szeroka i dość "wygodna" idziemy już spokojnie (ja pogodziłem się z tym, iż nie zdążę na ostatni pociąg) cały czas rozmawiając. Jeju! jak się kończy jeden temat to zaraz komuś przychodzi do głowy następny. Po ok. 1,5h dochodzimy do rozdroża, gdzie czeka na nas 3 ławeczki, kusząc na odpoczynek - oczywiście nie dajemy się długo "prosić" (urządzamy sobie kolejny piknik, tym razem wyciągamy wszystkie nasze zapasy, jakie tylko nam pozostały i robimy wspólne jedzonko. Czas ruszać, bo obawiamy się że mogą być problemy z wydostaniem się z Polanicy do Kłodzka a teraz z czasem walczy @nia która ma o 22 z Wrocławia autobus do Warszawy. Przez las jeden za drugim idziemy spokojnym, równym tempem (nagle przypominam sobie że położyłem na ławce, gdzie mieliśmy ostatni postój łyżeczkę @ni i nie pamiętam, czy ją schowała - pytam - ale co to? Słyszę Mpiego "ZA ŁYŻECZKĄ NIE BIEGNĘ" buahhaahaha). Po tym, jak część z nas wręcz się popłakała ze śmiechu dowiaduje się, że ją schowała. Docieramy do pięknej drogi idącej lekko w górę na szczycie wnioskujemy po znajdującym się tam głazie, iż jest to Kamienna Góra. Teraz już tylko w dół leśną dróżka przecinając biegnącą zakosami drogę asfaltową. STOP!!! Krzyczę nagle i wycofuję się tyłem. Wracamy - nakazuję. Kilka metrów niżej stoi stadko młodych dzików lepiej żebyśmy nie spotkali mamusi hehe. Mpie jeszcze robi kilka ujęć po czym krzyczy, że idą w naszym kierunku więc spokojnie obchodzimy ich drogą asfaltową. Zaczynają się pierwsze zabudowania. Bardzo się dziwimy, że podeszły tak blisko domów (te dziki znaczy). Wychodzimy z lasu (ja już po raz tysięczny poprawiam sobie but) teraz droga, którą idziemy, otoczona jest łąkami. Coraz częściej mijamy tubylców (trochę dziwnie na nas patrzą). Mijamy kościół (niektórzy stwierdzili ze wygląda jak statek kosmiczny) i dochodzimy do pierwszej drogi asfaltowej i od razu rozdroże (i gdzie by tu teraz iść). Pytamy przechodniów w którym kierunku do centrum. Wskazują na wprost wiec tam się udajemy. Dochodzimy do stacji kolejowej, nie jesteśmy jednak pewni, czy jest czynna, nasze wątpliwości rozwiewa przechodząca kobieta (stacja jest nieczynna). Kieruje nas na dworzec PKS ale to jeszcze dość spory kawałek drogi. Mobilizuje nas to, że prawdopodobnie ok. 19 jest autobus do Kłodzka a jest godzina 18:45 wiec zbieramy wszystkie siły i "biegniemy" na przystanek. W międzyczasie jeszcze poprawiam but a tu nagle zza żywopłotu wybiega Mpie i krzyczy że zatrzymał dla nas autobus - sprintem nie zważając na zmęczenie i ból wbiegamy na przystanek i pakujemy się do autobusu. Cały tył jest nasz więc rzucamy plecaki i z ulga padamy na fotele. W trakcie drogi rozmowy, śmiechy ludzie znowu na nas dziwnie patrzą, ale jakie to ma znaczenie? My po prostu jesteśmy szczęśliwi. W Kłodzku wysiadając (jeśli tak można to nazwać) z autobusu mija nas autobus który wjeżdża na dworzec z tabliczką WROCŁAW. Sprawdzamy na rozkładzie odjeżdża za 3 min - znowu bieg jest. Nagle patrzę Mpie czołga się jako ostatni i w dodatku ma 2 plecaki, Kasia po prostu już nie wytrzymała i musiała.... (zachowamy to dla siebie). Jeszcze krótkie ustalenia Janinki i Tomka z kierowcą aby zatrzymał się w Bardo bo tam czeka na nich ich autko. Autobus jest pełny ale każdy z nas po chwili znajduje miejsce do siedzenia nie koniecznie na fotelu. Przed Bardo żegnamy się z Janinką i Tomkiem. Droga do Wrocławia mija bardzo szybko tysiące myśli przelatuje przez nasze głowy... Jest już ciemno dworzec autobusowy we Wrocławiu - idziemy sprawdzić o której dokładnie odjeżdża autobus do Warszawy (22:35) korzystając z okazji sprawdzam połączenia do Żagania (heh tak jak myślałem nie ma szans się dostać na to zadupie) jest godzina 21 więc podejmujemy decyzję że idziemy na kolację. Mijaliśmy reklamę KFC wiec i tam właśnie się kierujemy. KFC znajduje się na dworcu PKP i tu sprawdzam połączenia do Żagania - o tej godzinie nie ma szans tak samo i rano o przyzwoitej godzinie abym zdążył do pracy na 9:00. Wchodzimy, zamawiamy przepyszny kurczaczek mniam mniam do tego kawa, pepsi i krówki które przywiozła rano M@rta. Jeszcze chwila rozmowy i wracamy na dworzec PKS - podjeżdża autobus, pożegnanie, podziękowanie i zostaje nas już tylko trójka. Ponieważ nie mam szans dostać się do Żagania korzystam z propozycji Kasi i nocuję u niej. Wiec czeka nas jeszcze 20 minutowy spacerek nocą po Wrocławiu. Po dotarciu jeszcze chwilka rozmowy szybki prysznic i padam na przygotowanym już mięciutkim materacu.



6. POWRÓT

4:30 dzwoni budzik. Bleeee - nie wstaję. Kasia twardo wstaje i idzie zrobić mi herbatę do termosu na drogę i w kubku na śniadanie. Czas płynie nieubłaganie a ja mam autobus, który zawiezie mnie na Bielany Wrocławskie (autostrada A4). Szybka poranna toaleta, pożegnanie z Mpim i Kasią. Podziękowanie za wszystko i zjeżdżam windą na dół. Spacer na dworzec PKS, autobus już czeka (widzę, że to pośpiech - będzie problem). Pytam, czy wysadzą mnie na Bielanach. - odpowiedź brzmi, że nie ma takiego biletu. Pytam, czy nie możemy się jakoś dogadać, na to kierowca że "dogadamy się kiedy indziej", a teraz mogę kupić bilet za 5,50 do najbliższej miejscowości. Nie mam wyjścia - wysiadam na Bielanach, zaczynam łapać stopa. Mija kilkanaście minut. Nikt nie jedzie w moim kierunku (myślę sobie, że zrobię trasę na kilka przesiadek), mija chwila i jadę do Legnicy - w samochodzie przysypiam. W Legnicy ledwo doszedłem w miejsce, gdzie mogę łapać dalej 3 przejeżdżający samochód hamuje prawie z piskiem opon. (tak to bywa że harcerz harcerza zawsze zabierze ;p). Okazuje się ze to druh z Legnicy, nawet mamy wspólnych znajomych w harcerstwie. Ze wspaniałą muzyką SDM lecimy razem rozmawiając o harcerstwie, właśnie jedzie do pracy do Świętoszowa a mi zostaje jeszcze 20km do domku (jest 8:00 a ja o 9:00 zaczynam pracę). Ruch prawie zerowy załamka - ale udaje się. Jadę kolejne 10km wysiadam i idę poboczem - może zdążę, zatrzymuje się kolejne auto - pytam do Żagania? TAK (jupiiiii). Godzina 8:25 wchodzę do pracy w mundurze i z dużym plecakiem - przebieram się i zaczynam kolejny szary dzień w pracy. Na szczęście pozostają jeszcze wspomnienia.... i plany na kolejny wyjazd.



@niu, Janinko, Kasiu, M@rto, Mpie, Tomek, Jędrek, M@ti, Larry dziękuję Wam za ten czas spędzony z Wami. To naprawdę był wyjątkowy weekend. Pozdrawiam was serdecznie. Do zobaczenia na szlaku... gdzieś.



Ponieważ nie mam talentu do pisania a ten wyjazd naprawdę mi się spodobał postanowiłem napisać kilka zdań. W całości tą relację dedykuję dla Kasi w podziękowaniu za to, ile czasu, cierpliwości poświęcenia wkłada w organizacje tych wszystkich spotkań. Kasiu DZIĘKUJĘ jesteś wielka!!!




Opis autorstwa: YLAMA

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com
 

Rudawiec i Kowadło - Jędrek

Bardzo jest mi miło napisać krótką relację ze zdobycia kolejnych szczytów do KGP. Tym razem byliśmy w Górach Bialskich i Górach Złotych - zdobyliśmy Rudawiec i Kowadło.



*

Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami przyjeżdżam po Kasię o 7.15 i razem ruszamy na Lądek Zdrój. Trochę późno wyjeżdżamy, ale Grupa Krakowska ma, jak nam się wydawało, zdecydowanie dalej i stąd taka pora. Zastanawiamy się gdzie już są nasi przyjaciele z Krakowa i okolic, dzwonimy aby to sprawdzić i... ku naszemu zdumieniu okazuje się że są już na miejscu. Nie wiem - czy za wcześnie wyjechali, czy za szybko jechali - w każdym razie już tam są i czekają na nas. Przed nami zaś jeszcze prawie 100 kilometrów a droga kiepska. Będziemy na czas, nie wcześniej.


W Kłodzku przejmujemy Pietię i w komplecie ruszamy dalej. Do Lądka docieramy zgodnie z planem. Spotykamy się na dworcu PKS. Jest Jarek, Dżagietka, Agata i mpie z Dorotą. Miło jest zobaczyć znajome twarze (i nowe twarze też oczywiście). To mój drugi wyjazd z GG, a mam wrażenie że znamy się dobrze i długo.


Jedziemy do naszego domku, lokujemy się po pokojach, coś tam w biegu przękąszamy i w drogę. Plan jest taki: Rudawiec, potem z biegu Kowadło, szybki obiadek i skałki. Autami dojeżdżamy do Bielic i przed niewielkim miniparkingiem mijamy grupy piechurów zdążających w góry. Wysiadamy z aut i ruszamy w Góry. Początkowo idziemy asfaltową dróżką, przed nami kolejna grupa piechurów. Nie pozostaje nam nic innego jak iść za nimi. Idziemy, co jakiś czas zatrzymując się aby poczekać na naszych fotografów, którzy z pasją rzucają się na wszystko co tylko można pstryknąć. Nagle spostrzegamy że szlak się nam gdzieś zagubił. Wracamy i po 15 minutach odnajdujemy go skręcającego stromo pod górę. Krótka przerwa, zakładamy ochraniacze i do góry w śnieg.


Po dwóch godzinach zapadania się w śniegu docieramy na Rudawiec z którego rozciąga się ładny widok na Góry Bialskie, Czarną Górę i oczywiście Śnieżnik. Wyciągamy co kto ma i w promieniach słońca pałaszujemy drugie śniadanie. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcia z flagą i po swoich śladach ruszamy w dół. Po godzinie wracamy do asfaltu i bez szlaku ruszamy bardzo stromym podejściem w kierunku Kowadła. Po jakimś czasie dochodzimy do szlaku i zmierzamy nim na szczyt. Mija godzina i jesteśmy na szczycie. Po drodze mijamy parę turystów i przy wymianie zwyczajowego - Dzień dobry - uśmiecham się serdecznie do "nieznajomych". Miło jest niespodziewanie spotkać dawno niewidzianego znajomego i chwilę porozmawiać.


W tym czasie czoło Grupy dotarło na wierzchołek. Chwila przerwy, pamiątkowe wpisy do pamiątkowego zeszytu, pamiątkowe zdjęcie i trochę pogonieni przez deszcz zaczynamy schodzić. Po drodze ustalamy, że w skałki już chyba nie zdążymy - ale do jaskiń - na pewno. Przy autach znowu jakaś zmiana planów i ruszamy do domku. Tam chwila na regenerację, co niektórzy wylewają wodę z butów, ktoś korzysta z okazji i bierze prysznic. Ruszamy coś zjeść. Jest parę minut po 19 i sytuacja wydaje się być oczywista - znajdziemy jakąś knajpkę (z klimacikiem) i coś zjemy. Chodzimy, chodzimy i nic. Same kawiarnie. Nareszcie jest - Pizzeria "pizza prosto z pieca". Wchodzimy, Pani pozwala nam złączyć stoliki i po chwili informuje nas że pizze ma dwie, ale tylko wegetriańskie i musi je rozmrozić. To trochę nie to czego szukamy więc wychodzimy. Znajdujemy restaurację jest już właściwie zamknięta, ale jak zjemy w pół godziny, to nas obsłużą. Zgadzamy się i w miłej atmosferze pochłaniamy naszą obiadokolację, cały czas zastanawiając się kto jedzie do jaskini. Po drodze do domku kolejna zmiana planów: robimy teoretyczno - praktyczny wstęp do wspinaczki. Jarek przynosi szpej i zaczynamy wciskać się w uprzęże, wiązać ósemki, inne węzły i różne pętelki, klarować liny itp. Jarek dużo opowiada i tłumaczy, a my słuchamy z zapartym tchem.


Dochodzi powoli dwunasta, pora spać - jutro idziemy na wschód słońca. Chwilę zajmuje nam ustalenie godziny wschodu i choć rozbieżności są duże - dochodzimy do porozumienia i udajemy się spać.



* *

Kasia budzi nas kilka minut po czwartej. Coś jemy na szybko, pakujemy się w mniej lub bardziej przemoczone buty i w drogę na Trojan. Idziemy w sześć osób - Dżagietka i Dorota zostają, chyba odstrasza je perspektywa marszu w chlupiących buciorach. Na niebie same chmury - wschodu nie będzie, ale co tam - idziemy. Fajnie idzie się po śpiącym miasteczku, po godzinie docieramy na Trojana. Wdrapujemy się na górę i podziwiamy widoki, rozmawiamy, śmiejemy się. Kanapki, herbata, zdjęcie z flagą i w dół. Kasia, Jarek i mpie idą kupić bułki - Agatka, Pietia i ja idziemy do domku. Bułkowicze wracają po godzinie - niestety bez bułek.
Jemy śniadanie (już chyba drugie) i całą ósemką ruszamy szukać jaskini koło Konradowa. Znajdujemy ładny kamieniołom, ale jaskini - niestety nie. Pada propozycja aby pójść w skałki - i tak się dzieje. Jarek zakłada stanowisko i zaczynamy naszą przygodę ze wspinaczką. Jedno po drugim próbujemy zjechać ze skałki. Jarek każdemy tłumaczy, sprawdza węzły, karabinki i te wszystkie inne takie. Wszyscy zaliczamy po zjeździe, bardziej odważni zaliczają wspinaczkę i w mżącym deszczu wracamy do Lądka. Tam zakotwiczamy się w lodziarni i rozmawiając próbujemy przeczekać deszcz. Nie udaje nam się to za bardzo - deszcz dalej kropi i kropi.


Nie zrażeni tym jedziemy w kolejne skałki - większe nieco. Tam kto chce to się wspina, kto chce to asekuruje wspinających się a kto chce to robi zdjęcia wspinaczom i asekurującym. Na koniec pożegnalne zdjęcie i trzeba wracać. Mpie z Dorotą przeorganizowują swój powrót do Nowego Sącza - oni mają najdalej. Wracamy do naszego domku, kawa i herbata, pakowanie plecaków i żegnamy się z Krakowem (oraz Mysłowicami i Nowym Sączem). Miło jest się żegnać na tydzień. Mówimy sobie wszyscy do zobaczenia w Pieninach. Grupa wrocławsko - wałbrzyska jeszcze chwilę zostaje, Kasia tradycyjnie już doprowadza nasz lokal do stanu świetności i ruszamy do domów.


O 19 jesteśmy we Wrocławiu. Jadąc myślę sobie o tym jak wiele wydarzyło się w te niecałe dwa dni. W domu przy komputerze podsypiając czekam na zdjęcia Agatki - 22.28 - są. Tradycyjnie świetne.


Przeglądam je uśmiechając się do siebie.
W ten sposób kończy się dla mnie moja druga wyprawa z Grupą Górską.

=

Dżagietko, Dorotko, mpie, Pietia dzięki za miło spędzony czas - Jarku za skałki, Kasiu za uśmiech, Agatko za zdjęcia.




Opis autorstwa: Jędrka

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com
 

Lubomir - mpie

Dzień Pierwszy

3:45. Sobota. Dzwoni budzik. O Jezu, kto go na taką niechrześcijańską godzinę nastawił? A no tak, ja sam. Przecież dziś jest Wielka Wyprawa. A może by tak iść spać dalej i powiedzieć że zaspałem? Nie, no bo jak zostanę w domu będę musiał myć okna. Też bez sensu. Wstaje więc po chwili - Korona wygrała z domowymi porządkami. Nieznacznie, ale jednak.
Szybka toaleta, ubranko i dopakowanie plecaka. Śniadanko pomijam bo żołądek jeszcze śpi. Co go będę budził. Na dworzec mam pół godziny spaceru. Ciemność prawie całkowita, nawet uliczne lampy jeszcze śpią. Na dworcu zimno. Dobrze że autobus zaraz przyjedzie. W środku się zagrzeję, myślę sobie. Po chwili faktycznie przyjeżdża. I co? Ha! Nic. Kierowca przyjechał prosto z zajezdni więc w środku pojazdu zimno jak na zewnątrz. Wsiadam i czekam na włączenie grzanka. Niestety, okazało się że początkowo byłem jedynym pasażerem, więc kierowca wyszedł z założenia że dla nas dwóch nie warto się fatygować i przekręcać wajchy od robienia ciepła. Z tęsknotą myślę o pozostawionych w domu zimowych rękawiczkach i ciepłej polarowej czapce. Jedyna korzyść z tego jest taka że nie grozi mi zaśnięcie w tej lodówce i ewentualne przespanie właściwego przystanku.
Przed Mszaną wyciągam mapę żeby spojrzeć dokładnie gdzie mam wysiąść. Zgodnie z planem reszta grupy powinna już nadjeżdżać z drugiej strony autobusem z Myślenic (dokąd mieli dojechać autem Jendrusza). Dzwoni telefon. Szef. U nich wszystko OK, chociaż mają niewielkie spóźnienie - właśnie wyjeżdżają z Krakowa. Szybko przeliczamy nasze czasy dotarcia na miejsce spotkania i wychodzi nam że będę miał 45 minut, co najmniej 45 minut na zwiedzanie Pcimia. Co tam.
6:44. Wysiadam na Dworcu Głównym w Pcimiu (jak to eufemistycznie określił kierowca autobusu). Dobrze że wiem czego się mogę spodziewać. Dokoła mnie tylko orne pola czyli środek budowy zakopianki, jakiś hotel w oddali, i jedna oaza dla spragnionego wędrowca - czyli knajpa Chata Sasa. Wypiję sobie gorącą herbatkę, myślę. Albo i nie wypiję - czynne od 9. Jako że w Pcimiu nie ma za bardzo co zwiedzać (zwłaszcza w zimny i wietrzny poranek) więc te trzy kwadranse spędzam na pobliskim przystanku, z nudów licząc przejeżdżające samochody. Wreszcie przyjeżdżają. Wyskakują wszyscy dwu- i czworonożni pasażerowie. Witam się z Kasią, Dżagietką i Jarkiem. Poznaję dwóch nowych grupowiczów - Jendrusza i Larego. Sympatyczna parka. Jeszcze tylko zostawiamy samochód na parkingu przed hotelem, ubieramy plecaki, w tym duża reklamówka z żarciem dla pieska (czemu on u licha nie ma też plecaka?) i szybko wyruszamy na szlak.

 

Wreszcie jesteśmy w drodze. Początkowo asfaltem wśród kurzu budowy, stopniowo zostawiamy jednak za sobą cywilizację i coraz bardziej wchodzimy w las. Stromo, momentami nawet bardzo. Przez co niektórym dość szybko zaczęły nasuwać się pytania typu "co ja tutaj robię?". Świadczyły o tym chociażby świszczące oddechy i coraz wolniejsze tempo marszu. Tylko Lary był szczęśliwy. Jendrusz spuścił go ze smyczy i psiak brykał sobie po całym lesie, w rzeczywistości robiąc trzy razy dłuższą trasę niż my. Cóż, co cztery łapy, to nie dwie. Zwłaszcza że z dobroci serca i miłości do zwierząt, jego plecak (czytaj: wielka reklamówę z suchą karmą) niesiemy na zmianę sami.

 

Szlak do schroniska nie jest długi - zgodnie z mapą około 3 godzin marszu. Co by nam nie było zbyt łatwo i monotonnie po drodze czekają na nas różnorodne niespodzianki. Takie jak błoto po kostki, kilometry asfaltu przez środek wsi i oczywiście obszczekujące nas wszystkie okoliczne psy, które na widok Larego bardzo wyraźnie i głośno informują nas że nie lubią obcych.

 

Na szczęście trafiają się też drobne przyjemności, w postaci wspaniałych widoków z majaczącą w oddali majestatycznie Babią Górą. Przy odrobinie wyobraźni możemy dostrzec ośnieżone wierzchołki Tatr. Na górze widzimy także pierwsze oznaki nadchodzącej wiosny - czyli bazie. Szlak wyprowadza nas drogą ponad wieś kończąc się błotnistą polaną, gdzie znajduje się Schronisko na Kudłaczach. Obok budynku schroniska pod lasem widzimy zadaszoną wiatę, w środku której znajduje się palenisko. Oczyma wyobraźni wszyscy widzimy na kolację pieczone kiełbaski z ogniska. Jest tylko jeden problem. nikt z nas nie ma kiełbasy.
Wtedy dowiadujemy się dlaczego to Szef jest Szefem. Jarek wyciąga telefon i dzwoni do Agaty. Krótka rozmowa i po chwili juz wiemy że wieczorem przy ognisku będzie nas więcej. Umawiamy się z Agatą w pobliżu góry Chełm. To ponad 2 godziny drogi. Idziemy więc do schroniska zrzucić plecaki i zostawić zbędne rzeczy.

 

Po chwilowym odpoczynku i drobnym posiłku idziemy na pokoje. Tu - zaskoczenie. Zamiast łóżek - "lotnisko" czyli wielkie łoże, w rzeczywistości złożone z połączonych ze sobą trzech normalnych piętrowych łóżek. Jarek zdecydowanym gestem zajmuje dla siebie całą górę. Nikt z nas nie ma odwagi zaprotestować, chociaż w głębi duszy przyznajemy mu rację. Jak się położy wzdłuż, to będzie to jego pierwsze schronisko w którym zmieści się bez problemu ze swoja długością. Widząc jednak nasze niepewne miny zdobywa się na szlachetny gest i oświadcza że ostatecznie moje wziąć do siebie "w nogi" jedną osobę. Wybór pada na Dżagietkę.
Po wyładowaniu bagaży ruszamy znów na szlak. Na Chełm. Po Agatę. Na szlaku, oprócz wszechobecnego błota i częstych domków letniskowych widzimy także kilka kapliczek. Po drodze zauważamy wielką polanę z rzadka gdzieniegdzie wystawiającymi swoje główki krokusami. Rozłazimy sie po tej łące. Każdy z aparatem fotograficznym w dłoni polujemy na najpiękniejsze ujęcie. Wreszcie, gdy już chyba każdy z rosnących tam kwiatów został zapamiętany dla potomności, ruszamy dalej. Agata już tam pewnie czeka. I faktycznie czekała. Trochę zmęczona, nie do końca pewna czy wszystko wzięła, ale szczęśliwa wita się z nami. Jest tak pięknie że postanawiamy tu chwilę posiedzieć. Dżagietka, Kasia i Jendrusz zjeżdżają kolejką na dół do Myślenic po piwo. Ja błąkam się po lesie. A Agata z Jarkiem siedzą na słoneczku i pilnują Larego.
Po powrocie ekipy z dołu szybko wypijamy zimnego(!) żywca i ruszamy z powrotem. Dziś czeka na nas jeszcze Lubomir. Prowadzeni przez Agatę tempo mamy dość ekspresowe. Chęć zobaczenia krokusiej łąki (czyżby obawa że znikną?) dodaje jej skrzydeł. Tam - oczywiście kolejna sesja fotograficzna. Krokusy chyba się już do tego przyzwyczaiły, bo nie wygląda żeby im to przeszkadzało.

 

Kwadrans przed schroniskiem dostajemy kolejną miłą wiadomość - Antenka na nas czeka! Skończyła pracę, zapakowała się do samochodu i przyjechała. Super! Przyspieszamy kroku by po chwili przywitać się z Naczelnym Śpiewcą Grupy. Wspólny posiłek i przygotowanie do głównego ataku na szczyt. Gotowi do boju wychodzimy ze schroniska. I nagle konsternacja. Przed nami natura kończy właśnie przygotowania do wspaniałego zachodu słońca. Niebo zaczyna przybierać niesamowite kolory, a majaczące na horyzoncie góry zaczynają zapraszać złotą, jakby zawieszoną nad nimi słoneczną kulę aby schowała się w nie. Krótka narada i zostajemy na zachód. Lubomir może poczekać. Do jutra.

 

Z zapartym tchem, od czasu do czasu zwalniając migawkę w naszych obiektywach, oglądamy jak słońce powoli wpływa za nierówną linię horyzontu zmieniając barwę na coraz to zimniejszą. By po chwili zniknąć całkowicie.

 

Koniec dnia. Czas przygotować drewno na ognisko. Dziewczyny znikają w schronisku, my jako mężczyźni musimy się w końcu czymś wykazać. Krótka rozmowa z właścicielem schroniska nic nam nie przynosi - swojego drewna nie chce dać. Ale przynajmniej wskazuje najlepszy kierunek, w jaki powinniśmy się udać, by długo go nie szukać. Wskazówki okazują się na tyle cenne, że już po kwadransie mamy wystarczający zapas drewna. Szef znów pokazuje klasę i rozpala ognisko bez użycia zapałki i papieru. Do przybycia damskiej części grupy ogień pali się już w najlepsze.

 

Wreszcie nasze damy pojawiają się, ale ku naszemu zaskoczeniu omijają nasze ognisko szerokim łukiem udając się w siną dal. No cóż, nawet Jarek twierdzi że kobiety trudno zrozumieć. Na szczęście towarzyszy nam jeszcze jedna przedstawicielka płci pięknej - Agata, która zajmuje się bardziej właściwymi rzeczami. Bawi się w kucharza przygotowując i piekąc nam kiełbaski. Kobietki jednak wracają, niosąc ni mniej ni więcej, tylko... tort urodzinowy dla Jarka. Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszyscy wyciągamy poukrywane wcześniej prezenty. Nie wiemy czy Szef się tego spodziewał czy nie, bo jego zwykła maska indianina na twarzy niczego nam nie zdradza. Ale sądząc po ilości czasu jaki stał nic nie mówiąc z prezentami w dłoni, musi być mile zaskoczony. Tort podczas swojego transportu na górę (niesiony, jak się okazało, w reklamówce z hipotetyczną psią karmą) stracił trochę ze swojego pierwotnego wyglądu. Ale nikomu to nie przeszkadza. Jest pyszny i zjemy go później już w pokoju.

 

Przy ognisku, oprócz standardowego wspólnego "Sto lat", Antenka odśpiewuje jeszcze swoim niesamowitym głosem kilka góralskich piosenek. Jest zimno więc siedzimy blisko ognia. Nagle, o zgrozo! Jendrusz wyciąga żubrówkę! Jako nowy, nie zna widocznie naszych zasad. Ale my sami ich chyba też nie znamy, bo prawie wszyscy bez żadnych skrupułów, by nie powiedzieć z zadowoleniem, wlewamy w siebie rozgrzewający napój.

 

Siedzimy długo, jednak zdając sobie sprawę że jutro musimy wcześnie wstać (w końcu Lubomir nadal czeka) powoli zbieramy się i odchodzimy w stronę schroniska. Jeszcze tylko zostaję chwile dłużej z Jarkiem żeby ugasić ognisko, po czym obaj udajemy się do schroniska za resztą.

 

Tu dowiadujemy się o ogłoszonym właśnie "Dniu brudasa". Łazienka jest zamknięta na klucz. Spoglądamy na nasze czarne dłonie i uśmiechamy się do siebie. Idziemy się myć w śniegu. Kasia posuwa sie o krok dalej i kombinując od Jendrusza trochę wody mineralnej udaje się na pole (dla mieszkańców Wrocławia i okolic czytaj: dwór) by umyć zęby. Gdy wraca, wszyscy juz leżą w swoich śpiworkach. Wyjątkiem jest Lary, który ma jeszcze ochotę się przespacerować na zewnątrz. Kasia znów więc wybywa w ciemną i wietrzna noc. Przy akompaniamencie chrapania Jendrusza (co by Anetce nie było smutno bez mantka) i niepokojących odgłosach skrzypienia górnego łóżka (cóż oni tam robią?) wspominamy jeszcze przez chwilę wrażenia kończącego się dnia. Po chwili wraca Kasia z Larym i tuz przed północą wszyscy powoli zapadamy w sen.



Dzień Drugi

W niedziele budzimy się o 6:00. Jako pierwsza ze swojego śpiworka wypełza Agata. Inni jeszcze chwile leżakują. Ale pół godziny później wszyscy już wstają. Zupełnie niepotrzebnie i nie wiadomo po co. Umywalnia nadal zamknięta. Nawet nasze głośne tupanie po schronisku nie robi na nikim żadnego wrażenia. Dopiero przed godzina ósmą ktoś się zlitował i zszedł do nas na dół, otwierając łazienkę i kuchnię. Na śniadanie wykańczamy resztki urodzinowego tortu przegryzając go zwyczajowym kabanosem. Jeszcze tylko fotka na tle schroniska i ruszamy znów na szlak. Kierunek - Lubomir. Początkowo zimno, jednak wraz ze wzrostem wysokości robi sie coraz cieplej. Jest też coraz więcej śniegu. Mokrego i wilgotnego. Przynajmniej się nam buty umyją. Ładnych widoków jest jak na lekarstwo, ale świadomość zbliżającego się zdobycia kolejnego szczytu Korony gna nas do przodu.

 

Po drodze Kasia próbuje zastąpić Jarka w zamykaniu tyłów. Szybko się to jej jednak nudzi. Teraz ja przejmuje rolę "czerwonej latarni". Z plecakiem na plecach i statywem w łapie nie mam się gdzie spieszyć.

 

W końcu dochodzimy na szczyt. Tu - lekkie rozczarowanie. Wszystko co widać to niewielka polanka z kamieniem oznaczającym wierzchołek i drzewa wkoło. Widoków zero. Za to wieje zimny wiatr. Ruiny obserwatorium astronomicznego ograniczają sie do trzech kamiennych schodów, gdzieniegdzie porośniętych mchem. Nie zaprzeczę, że liczyłem na coś więcej. Ponieważ czeka nas jeszcze długa droga do domu, po pstryknięciu zwyczajowych zdjęć, ruszamy z powrotem. Po drodze w schronisku zatrzymujemy się jeszcze tylko na bigosik i piwko. Po posiłku zabieramy plecaki, żegnamy się z właścicielami i wyruszamy ponownie na szlak.

 

Po dwustu metrach zatrzymujemy się. Ups. Tu stoi samochód Antenki. Z szybkością błyskawicy poraża nas jedna myśl: to początek końca wyprawy. Tak, to prawda, tu rozstajemy się z Agatą i Anetką. Żegnając się, wiemy że więcej ich już nie zobaczymy. Gdzieś tam w środku każdy z nas czuje coś jakby lekki smutek. Do odjeżdżających dziewczyn dołącza jeszcze Dżagietka, ale ona będzie na nas czekać w Krakowie.

 

Trasa w dół mija nam o wiele szybciej niż dzień wcześniej. Bez zbytniego opóźnienia docieramy do Pcimia, wsiadamy w samochód i wyruszamy do Krakowa. Dajemy się namówić Jarkowi i jedziemy spróbować "najlepszą czekoladę na świecie". W Krakowie szukając miejsca parkingowego robimy tylko dwie pętle. Przed wejściem do kawiarni spotykamy Dżagietkę. Tam mamy poważne obawy czy takich brudasów z plecakami jak my, i jeszcze z wielkim psem, gdziekolwiek wpuszczą. Nasze wątpliwości rozwiewa zdziwiony pytaniem sam kelner. Wchodźcie, mówi.

 

Czekolada, a później szarlotka i kawa są wyśmienite. Niestety wszystko co dobre, kiedyś sie kończy. Na parkingu musimy pożegnać się z Kasią, Jendruszem i Larym, Czeka ich jeszcze długa droga do domu. Po krótkim instruktażu jak mają jechać żeby wyjechać z centrum na autostradę, odjeżdżają. Zostaje nas tylko troje. Smutno robi sie tak jakoś coraz bardziej.

 

Idziemy jeszcze na chwilkę pod Wawel usiąść nad brzegiem Wisły by pożegnać Kraków. Potem szybkim krokiem udajemy się w kierunku dworca autobusowego. Tu odbywa się ostatni akt spektaklu.

 

Godzina 19:00. Pożegnanie Dżagietki. Basia wsiada do autobusu i odjeżdża. Wewnętrzny smutek narasta. Piętnaście minut później na przystanek podjeżdża mój autobus. Szybki uścisk dłoni z Jarkiem i znikam w otwartych drzwiach pojazdu. Mój smutek osiąga apogeum. Ale trwa on tylko ułamek sekundy. Chwilę później podejmuję decyzję: jadę następnym razem, bez względu na koszty. To wystarcza by powrócił do mnie dobry nastrój. Autobus wyjeżdża z Krakowa, a ja uśmiecham się w duszy na myśl o następnym spotkaniu. Do Zobaczenia Na Szlaku!




Opis autorstwa: mpie

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com
 

Objęliśmy patronatem:

 



Grupa Górska